Wszechświat płata figle statecznemu rozumowi, co rusz wystawiając go na próby, chowania uśmiechu, pod poważnymi oczami.
Bywają chwilę kiedy kapitulując, rozum zaśmiewa się sam z siebie, łapiąc się pod boki i zalewając się rzewnymi łzami. Bo oto dociera do niego wzruszenie. Po długiej podróży rozsiada się przy stole i opowiada o latających motylach i taniej żywności.
Wzruszenie jest swobodne i nieprzewidywalne- zmęczone wędrówką miesza fakty i tworzy niesamowite obrazy. Popijając herbatę, dzierga sweter, który na zawsze ma chronić rozum przed zimnem. Robi to bo lubi, bo wdzięczność w nim jest tak wielka, że tylko sweter może ją wyrazić.
A rozum po włożeniu swetra zaczyna rozumieć. Jeszcze nie wie jak to określić, ale najbliższe wyjaśnienie tego zjawiska, to uczuciowe rozumienie. I oddycha z ulgą. Nie musi bowiem już dłużej udawać, że nie wie o co chodzi z tym uczuciem. I mimo, że przecież to niemożliwe, staje się czymś, co absolutnie nie może istnieć- a jednak istnieje.
Czasami budzę się bezrozumowo. W panicę staram się przypomnieć- przez chwilę nie wiedząc komu- gdzie jestem i kim jestem. Panika połączona z totalną wolnością niebycia sobą, a jednak totalnego poczucia, że to właśnie ten moment jest potwierdzeniem mojej najgłebszej i najczystrzej postaci.
Lubię te chwile, choć lęk też je lubi. Wtedy się zaprzyjaźniami – ja ze swoim lękiem. Tworzymy dla siebie wspólną przestrzeń- już nie zaprzeczamy, że nie istniejemy dla siebie. Mój rozum ogarnięty ciepłem swetra sprezentowanym przez wzruszenie, staje się bezpiecznym schronieniem dla mnie i mojego przyjaciela lęku.
Po pierwszym uderzeniu energi, która drży dłońmy, budzi się serce. Zawsze udaje, że śpij, ale wszyscy wiedzą, że czuwa. Wkracza ze swoją błogą naturą, oświetlając drogę trzem zagubinym zjawiskom- mnie, rozumowi i lękowi. Bierze nas w swoje tętniące ramiona i nucąc skoczne folkowo- szamańskie pieśni- zaprasza do tańca, za nic mając, cel naszej podróży.
A my się temu poddajemy, nie sposób bowiem zaprzeczyć , że oto następuję prawdziwie boska interwencja z przytupem.
Czas, w którym przebudzenie staje się prawdziwym śnieniem. Świadomym rozpoznaniem swojej natury, uwolnieniem sie od groźby obłędu. Wszystko jest takie jakie powinno być. W każdym odcieniu życia, w kształcie cienia rzucanego na ziemię. Bo jeśli dobrze się przyjrzeć – w tym cieniu właśnie tańczy Wszechświat – bo niewiadomo dlaczego łatwiej dostrzec boskość, która jest uziemiona.