Od dłuższego już czasu, nie mam problemów w opisywaniu zdarzeń. Układam zgrabne zdania, czerwieniące się puenty. Wręcz żongluję gramatyką i ortografią- ot taki sobie pisarz ze mnie.
Dłuższy czas jednak nieubłagalnie się skończył, natrafiwszy na swój kamień- skok ze spadochronem- w tandemie- czyli z instruktorem i z drugim instruktorem, a właściwie z instruktorką, która nagrywała z tego wydarzenia film. Więc pomyślicie, po co opisywać coś z czego jest film? Całkiem słusznie myślicie- ale ja lubię pisać- ot taki sobie pisarz ze mnie.
Bo w zasadzie co się wydarzyło na tej odmierzanej w stopach wysokości- a było ich dziesięć tysięcy, tych stóp? Generalnie wzrost napięcia jaki powoduje świadomość, że te dziesięć tysięcy stóp jest po to, żeby z nich skoczyć, trochę zaburza klarowność zmysłowego ogarniania rzeczywistości.
Więc się nie ogarnia- Sadowska siedzi na podłodze samolotu, rozważając zagadnienia psychologii kwantowej, i tylko głos Jacco- instruktora jest zbawieniem dla jej płuc, bo inaczej nie wiedziałyby, że trzeba oddychać. Więc atmosfera całkiem swobodna, żaluzja zamiast drzwi w samolocie, przyjemnie bawi się z wiatrem. Miłe krajobrazy- piękna panorama Rotterdamu, a tam na lewo Haaga- żeby zobaczyć na lewo, Jacco znów przychodzi z pomocą- tym razem głowie, odchylając ją delikatnie w rzeczone- na lewo. A że Jacco się uśmiecha, Sadowska też się uśmiecha, choć Haaga z tej perspektywy trochę rozmyta.
A potem żaluzja zostaje podniesiona i to jest ten moment, kiedy wszystko co wiesz na swój temat zostaje wydmuchane, porwane, zaszumione- i nawet czas już nie jest linearny, w ogóle go nie ma- następuje bowiem droga ku nieodwracalnemu- nigdy w życiu, żadna kolejka nie przesuwała się tak szybko- pierwsza para, druga no i już ja- nie ma Lianne, wyskoczyła, nie, jednak czekała, tak po prostu na zewnątrz samolotu- nie patrz w dół- pierwsze co robię to patrzę w dół- i nie chodzi o to, żeby się nie bać, ale o pozycję do skoku, może żeby się coś z szyją nie stało- nie pamiętam.
I już- nie pamiętam obrazów- zostały mi emocje ze swobodnego spadania- mam je teraz w sobie- łaskocząco- świdrujące iskry. Uczucie, że tylko coś niesamowicie kruchego powstrzymuje mnie przez zapadnięciem się w całkowitym- no właśnie- nie wiem, nareszcie, autentycznie nie wiem- żadnej koncepcji, żadnego doświadczenia, żadnej wyobraźni- tu i teraz-mój oddech i nic więcej.
Potem chmura i praca zmysłu dotyku- bo cudownie jest dotykać chmury, być w niej, czuć jej delikatność na skórze, wtulać się w jej kropelkową szorstkość i pozwalać by ona wtulała się we mnie. Otwartą dłonią szukam jej kształtów, tych cudownych wypukłości, które z taką tęsknotą oglądałam leżąc na ciężkiej ziemii. Ciągle ją czuję, kiedy umyka spod moich palców, wywołując na nowo starą tęsknotę- a może to ja odpływam?
Zdecydowanie to ja- Jacco daje znak, że można już rozłożyć ręce- o jeee, jestem ptakiem- jestem cholernym orłem, albo wroną, albo albatrosem- jestem takim ptakiem jakim chcę, jakim może być człowiek, który decyduje się na podniebną turystykę. Apropos- jest i kamera- jest Lianne- jak ja się ucieszyłam, że ona przyfrunęła, przez romantyczny epizod z chmurą, poczułam się trochę osamotniona- paradoksalnie oczywiście- ciągle wiszę przecież na hakach przypiętych do kombinezonu Jacco, który przecież jest w jego środku. Ale Lianne mogłam spojrzeć w oczy- jako, że okoliczności więcej niż sprzyjały- oczywiście się zakochałam.
A potem – jak już zdążyłam się przyzwyczaić przez te czterdzieści sekund- nastąpił najszybszy i najbardziej zmysłowy pomach ręką a potem dwa kciuki w górę- na podkreślenie wulkanu uczuć, który właśnie we mnie procesował erupcję. I świat się zatrzymał- dla niewtajemniczonych – absurdy i abstrakcje, są nieodzownym smaczkiem takich wyskoków- dojaśniam, jeżeli świat może się zatrzymać-to tylko w ruchu, inaczej nie byłby światem- spadło na mnie takie objaśnienie w chwili, kiedy Jacco na dobre otworzył spadochron. I zrobiła się cisza, tak ni stąd ni z nikąd- więc sobie pogawędziliśmy- a to o wolności, a to o priorytetach w życiu, a to o podkulaniu nóg przy lądowaniu. Dawno już nie czułam się tak bezpiecznie, może to było czterdzieści dwa lata temu jak logowałam się w brzuchu u mamy.
Jacco jest fajny- zapytał czy będę wymiotować- zaprzeczyłam- bo w ogóle nie chciało mi się rzygać, mimo dwóch kaw i paczki papierosów, które to używki bezmyślnie spożyłam przed skokiem( lepiej tego nie róbcie, może wasz organizm, nie jest do tego przyzwyczajony), skoro było wiadomo, że nie puszczę pawia, trochę sobie poskęcaliśmy, przezornie omijając kolejne chmury—wydaje mi się, że jak się jest z kimś połączonym hakami podczas lotu, to też jednak telepatycznie- więc mój instruktor wiedział co zaszło podczas swobody lotu minutę wcześniej.
Do tej pory nie wierzę, że wylądowaliśmy. Że jest już następny dzień, że właściwie- że co?
Gdybym powiedziała, że przeżyłam katharsis- to będzie prawda, gdybym wam powiedziała, że przeżyłam całkiem tantryczny orgazm sama ze sobą- to też będzie prawda- tak jak prawdą jest to, że przyciąganie ziemskie i podmuchy wiatru zostawiły we mnie jedynie radość i miłość- gdybym powiedziała, że się oświadczyłam- to nie będzie prawda- ale prawdą jest już to, że od wczoraj nie mogę uspokoić motyli w brzuchu; no i jeszcze- intencje dodają odwagi- to prawda, gdyby nie intencja odpuszczenia lęków, pewnie bym nie wyskoczyła z tego samolotu- gdyby nie tych dwoje wspaniałych ludzi Jacco i Lianne, których autentycznie kocham- gdyby nie mała Basia, a potem ta starsza, i w końcu gdyby nie Ego, które wrzeszczało, że nie dam rady- gdyby nie to wszystko i trochę perwersyjna tęsknota za chmurą, to nie wiedziałabym ile to jest to -moje dziesięć tysięcy stóp – ile mnie i ile świata pokazuje taka wysokość.