Kościół Katolicki a seksualna edukacja homoseksualistów


Jeżeli uważacie, że zdanie, które właśnie przeczytaliście, jest największym kłamstwem na jakie może sobie pozwolić mieszkaniec planety Ziemia- bez różnicy na pochodzenie kulturowe- mówię Wam poczekajcie i posłuchajcie mojej historii.
Otóż nigdy nie przepadałam za niedzielnymi mszami. Trzeba było odrywać się od telewizora, w którym właśnie puszczano kreskówki- a były to czasy dwóch programów telewizyjnych i czarno- szarego telewizora i siedmiu kreskówek tygodniowo. Ale rodzinna tradycja i przymuszanie babci, która w mistrzowski sposób wpływała na ambicje moich rodziców, bycia dobrymi rodzicami- nie zostawiały wyboru. Trzeba było iść. Więc generalnie niezbyt fajnie.
Z czasem opór przygasał i obowiązek stawał się coraz wyraźniejszy aż do momentu całkowitego buntu lat nastoletnich.
Te czasy jednak niewiele mają wspólnego z edukacją seksualną- jak się pewnie domyślacie, chociażby dlatego, że mimo wewnętrznej już wiedzy, o tym, że ze mną coś nie tak- nie wiedziałam, że chodzi o homoseksualizm no i co to seks też nie wiedziałam.
I tak sobie mijały te niedziele, przez ładnych kilkanaście lat mojego życia, do czasów mojego pierwszego związku. Tak się jakoś wówczas podziało, że po pierwszej randce- jak przystało na prawdziwą lesbijkę- wprowadziłam się do mojej dziewczyny. Z moją dziewczyną mieszkała również jej matka- bardzo dobra, sumienna kobieta, której życie kręciło się wokół Jezusa i księdza proboszcza. Do tego stopnia się obracało, że zachwiało jej błędnik i trudno było jej dostrzegać rzeczywistość. Więc mieszkałyśmy sobie we trzy- ja z moją dziewczyną i jej matką- tak ta rzeczywistość wyglądała dla mnie, dla tej kobiety, którą w myślach nazywałam już matką, rzeczywistość wyglądała tak- mieszkam z córką, jej koleżanką, która potrzebuje dachu na głową, bo rodzice ją wyrzucili z domu.
Nie było sensu burzyć świata tej kobiety i jej dobroci opiekowania się przyjaciółką córki.
Na dłuższą metę życie w kłamstwie i zaprzeczaniu buzującym hormonom, byłoby prostą drogą do frustracji. Ale dzięki kościołowi katolickiemu i jego cotygodniowym zbiórką owieczek- ja i moja dziewczyna- raz w tygodniu miałyśmy chatę dla siebie.
Nie muszę mówić jak bardzo niedzielne dzwony zaczęły mnie radować. Jak zapach kadzideł wywoływał we mnie dziki wręcz entuzjazm.
Od 45 do 60 minut- tyle czasu miałyśmy dla siebie, zanim na następny tydzień staniemy się przyjaciółkami- co swoją drogą było dla mnie koszmarem, bo ja nie bardzo lubiłam moją dziewczynę.
Nasza wyobraźnia ograniczona jedynie czasem, prowadziła nas w najbardziej eksperymentalne zakątki życia seksualnego, sprowadzając się do skrupulatnie, przez sześć dni planowanych rzeczy, które chcemy ze sobą robić. Czasami planowanie zabierało całą świeżość, ale nie było wyboru- jeżeli zdecydowałyśmy we wtorek, że coś z czymś robić będziemy, to nawet kiedy już w czwartek, traciło to znamiona namiętności- w niedziele robione było.
Więc- szczerze powiedziawszy, to właśnie kościół katolicki uważam, za największego swojego edukatora seksualnego. On to bowiem poprzez pozostawienie mi i mojej ówczesnej dziewczynie niedzielnego czasu- przyczynił się do rozwoju mojej wiedzy, na temat moich seksualnych możliwości, skłonił mnie do poszukiwań rozwiązań, które w jak najszybszy sposób potencjalnie mogą doprowadzić do orgazmu i skierował moją uwagę na pewne strony w internecie, do których pewnie nigdy bym nie zajrzała, gdybym mogła uprawiać miłość bez pośpiechu i w rytmie bijących dzwonów drogi krzyżowej- załapałam się w tym związku na drogę krzyżową- zyskując dodatkową godzinę w piątek i traumę, z której dopiero parę lat temu udało mi się uleczyć.
Może taki rodzaj edukacji- nie zamierzony i nie kontrolowany w czyimś umyśle, wywołuje burzę- ale cóż- taka jest rzeczywistość, kiedy dorasta się w państwie kontrolowanym przez ideologię katolicką.

Dodaj komentarz