Jak sobie poradzić ze szczęśliwym życiem? Z miejscem w sobie, w którym akceptacja przejmuje dowodzenie i rozstawia po kątach strach, ból i wyrzuty sumienia. No jak z tym żyć?
Bo tak normalnie to do tej pory było wiadomo- szarpanie wewnętrzne, wycie po nocach, przytulanie ofiary w sobie- im bardziej przytulana tym bardziej ofiara. I tak przez czterdzieści lat- byle przeczołgać się do kolejnego dnia, a kolejnego dnia od nowa- świat moim wrogiem -ludzie jego twarzami.
Zupełnie normalnie, tak na automacie, bo przecież każda pretensja znajdowała swoje uzasadnienie, każda miała swoją wyjątkowo, przykrą przyczynę i była taka piękna w swojej rozpaczy, dodając swoim pięknem szczyptę znaczenia do jałowego życia. Im bardziej cierpisz tym bardziej sensowne jest twoje bycie na tej planecie. Można dorobić sobie do tego cudowne teorie, choć wystarczy dopasować czasami już istniejące społeczno- religijne.
Ale pewnego dnia się budzisz i doznajesz olśnienia w postaci histerycznego śmiechu- bo oto przychodzi do ciebie ktoś, kim myślałaś, że nigdy nie będziesz. W moim przypadku Sadowska przychodzi i popijając kawę mówi: „ Dobra nie ma co ściemniać, trzeba już do cholery zacząć być szczęśliwą” . No i ja się na to godzę- na tą Sadowską i na to szczęcie.
Taki happy end- jasne, nic z tego. Bo sekundę później zjawia się rój myśli i głosów- bzdura, bzdura, kłamstwo, bzdura, bomba z opóźnionym zapłonem. Nie chwal dnia przed zachodem słońca, z czego się tak cieszysz, jutro będziesz płakać. Wszystko wróci, nie przerobiona trauma, skąd w ogóle pomysł, że można dotknąć traumy- tarzać się po ziemi przez dziesięć minut, a potem po prostu uwierzyć, że jej już nie ma. Bo co? Bo tak sobie powiedziałaś i już?
Takie tam standardowe myślenie się odpala, kiedy odważę się sobie pomyśleć, że tak po prostu postanawiam akceptować w sobie i w świecie wszystko, wraz ze swoją odwagą bycia szczęśliwą.
Mimo wszystko jednak, gdzieś pod skórą wiem, że czuję spokój. Pewnie- szarpie- ciągle się wkurzam, cierpię, czasami- tak z automatu- wybieram kogoś do nie lubienia, włażę w relacje, które ani dobre są ani rozwijające, no ale czuję, że teraz już mogę, bo jestem silna sobą.
I to wystarczy, żeby akceptacja rozgościła się w moim wnętrzu, tak po prostu, wysyłam jej zaproszenie na fejsie. Ona oczywiście przyjmuję mnie do grona znajomych, choć fb blokuje moją prośbę, ale się już tym nie przejmuję. Bo akceptacja wie, że prośba została wysłana i zaprosiła mnie na warsztaty rozwojowe, które od jutra- przez dwa tygodnie będą się odbywały w moim rodzinnym domu w Polsce- o ile Jarek mnie do niej wpuści, mimo tęczowej orientacji- i o ile prowadzący- Bożena i Stanisław- jako od urodzenia moi rodzice- też w nich wezmą udział.