Ostatni krąg muszkowego piekła

– Twoja przygoda z ludźmi, źle się dla ciebie skończy –
mówiła mama. Mama mówiła wiele rzeczy, ale Muszka rzadko zwracała na to uwagę.
Może dlatego, że jak każdy nastolatek, miała gdzieś co rodzice mówią a może
dlatego, że mama Muszki zbyt często przesiadywała na jabłkach, przez co
rzeczywistość, w której żyła nabierała cech co najmniej mętnych.

Po raz pierwszy z ludźmi Muszka spotkała się, przez zupełny
przypadek, kilka lat wcześniej niż teraz. To znaczy, kiedy była jeszcze
dzieckiem. W przedszkolu wisiały plakaty zachęcające do wzięcia udziału w
eksperymentach medycznych i Muszka się zgłosiła. Nie umiała czytać i nie
wiedziała czym są eksperymenty medyczne, ale plakat był ładny i chcąc go sobie
obejrzeć dokładnie, Muszka przez nieuwagę się do niego przykleiła. Nie wystraszyła
się, wręcz przeciwnie, uznała to za dobry omen, czy coś co pozwoli jej uniknąć
zajęć z rytmiki. Muszka nie lubiła rytmiki, ponieważ umiała tylko poruszać się w
rytmie swojego bzykania, co uznawane było, za blokadę rozwojową i kończyło się
wzywaniem mamy do przedszkola. A mama była zawsze zmęczona, bo od rana
siedziała na jabłkach.

Pierwsze eksperymenty były dość zabawne – rola Muszki
polegała na leżeniu sobie pod mikroskopem i wdzięczeniu się do oka. Oko było
szkliste, mokre i jakieś wystraszone. Po kilku tygodniach dopiero Muszka
dowiedziała się, że Oko jest wystraszone bo wie, że Muszka zagląda mu w duszę.

Dowiedziała się tego od innej Muszki, jej własnej dalekiej
krewnej, która była już wprawna w zaglądaniu w dusze każdego oka, które się do
niej zbliżyło.

Pewnego dnia kuzynka zniknęła a Muszce wyrosła dodatkowa
para skrzydełek. Zdziwiło ją to nawet bardzo, ale po dogłębnej analizie, uznała
to za dodatkowy atut. Słyszała już bowiem kiedyś historie o ludzkich potworach
specjalizujących się w wyrywaniu skrzydełek, więc uznała, że posiadanie jednej
pary ekstra to jakieś zabezpieczenie na przyszłość.

Żyła tak sobie więc Muszka we względnym spokoju, poddawana
przeróżnym eksperymentom, bowiem nie zdając sobie nawet z tego sprawy, jako
przedstawiciel swojego gatunku, posiada genotyp podobny do ludzkiego. Gwiazdorzyła
czasami, bo mogła. A to mdlała, a to się odwadniała. Czasami udawała, że gada a
czasem nawet fruwała używając swoich bonusowych skrzydełek.

Fruwać lubiła ponad wszystko i kiedy okazało się, że ludzie
szukają ochotnika do wyprawy w kosmos, z pełną gorliwością, która mogła
zmieścić się w jej małym ciele, używając przy tym swojej muszej duchowości, wyprosiła
Wszechświat i Wernera no i poleciała. Sukces, kwiaty, fanfary- poleciała,
zobaczyła, wróciła. Po tysiącach wywiadów, powrót do laboratoryjnej
rzeczywistości bolał jak cholera. Muszka wiedziała jak boli cholera, bo musiała
ją przechorować a potem poddać się szczepieniom przeciwko niej i jeszcze innym
ospom.

I wtedy to, pod wpływem chwili bądź LSD, które wymagało
przetestowania, postanowiła opuścić laboratorium. No znudziło jej się. Świat na
zewnątrz do zbyt przyjaznych nie należał. Muszka szybko popadła w jabłkowe
uzależnienie, ale ze względu na traumy z dzieciństwa, związane z widokiem mamy,
postanowiła, że będzie żyła inaczej.

Trzymała się swojego postanowienia. Była dzielna jak żadna
muszka owocówka przed nią. Dawała sobie radę ze wszystkimi pokusami- jabłkami, wiśniami, chlebem itp.

Pewnego feralnego dnia o godzinie dziewiątej pięćdziesiąt,
przez nieuwagę, popełniła fatalny błąd, który już na zawsze zmienił jej cudowne
życie w pasmo nieszczęść zwane zespołem stresu pourazowego.

Muszka Owocówka – bohaterka, pierwsza żywa istota w
kosmosie, nie poradziła sobie, załamała się.

Cóż takiego spotkało biedną Muszkę? Naprawdę przykro o tym
mówić, żal ściska gardło, łzy cisną się do oczu.

– Jak mogłaś, biedna
oj biedna- jak mogłaś wpadając do nosa, nie zauważyć, że przez nos puszczona
jest autostrada do mózgu? Dlaczego nie wycofałaś się w porę – dlaczego nawet
wtedy przestrzegałaś zasad drogowych. Gdybyś zawróciła, gdybyś oj gdybyś. A tak
masz zespół stresu pourazowego, bo musiałaś, przez swoją brawurę dostać się do
mózgu Sadowskiej.

Muszka milczy. Odkąd cudem wróciła z mózgu Sadowskiej, już
tylko milczy. Pytania i lamenty terapeuty nie pomagają. Nie pomaga jabłko ani
LSD.

Muszka stara się zapomnieć, zgryza każdy obraz. Popada w
melancholię ale czasem, bardzo rzadko ale intensywnie uderza głową w szybę.

– Musisz to z siebie wyrzucić. Jeśli tego nie zrobisz
umrzesz- komar terapeuta nie należy do najlepszych, ale Muszce jest wszystko
jedno.

Muszka Owocówka wie, że to co zobaczyła nigdy nie pozwoli
jej wrócić do normalności. A widziała dużo rzeczy i w kosmosie była i tam
gadała z jakimiś istotami niebieskimi i wielowymiarowymi, ale nic absolutnie
nic, tak bardzo nią nie wstrząsnęło, jak podróż po mózgu Sadowskiej.

Miewa sny, koszmary, w których od nowa przeżywa całą tą
podróż. Od początku, krok po kroku. Napotyka te wszystkie myśli i wyobrażenia.
Te absurdalne słowa, kilka słów odtwarzanych przez popsuty adapter, od nowa i w
kółko. Rozchodzące się echo jakiegoś hasła, obraz neonu – jesteś nic nie warta- wypalający jej oczy. Ciemne,
błotniste zwoje mózgu, z którego nie ma wyjścia. I na koniec jeszcze to
spotkanie. Jakaś mała dziewczynka prosząca ją o wskazanie drogi wyjścia, zanosząca
się płaczem – Proszę pani Muszki, niech mnie pani stąd zabierze, bo ja tu nie
chcę być, ja chcę do serca.

W jaki sposób zdołała się stamtąd wydostać? Nie wie do tej
pory. Chyba dzięki tej małej dziewczynce. Musiała przecież ją zaprowadzić do
serca i to uczyniła. Po raz kolejny pomogła ludzkości, płaci teraz za to
olbrzymią cenę, ale mimo stresu pourazowego, uśmiecha się czasami na myśl o
tym, że zdołała uratować Sadowską przed utknięciem na zawsze w zwojach
błotnistego mózgu.

Dodaj komentarz