Nigdy nie lubiłam układać puzzli. Przerażały mnie te setki cząsteczek,
które trzeba było dopasowywać, żeby powstał obrazek z pudełka. Nie potrafiłam
bez lęku, rozsypywać tych kartonowych cząsteczek, zawsze w głowie pojawiała się myśl, że którąś zgubię. I zawsze gubiłam. Potem już tylko było gorzej. Bo bez
tej jednej części, reszta nie chciała się dopasować. Tak jakby coś z góry niekompletne, nie miało prawa zaistnieć. Frustracja, która się pojawiała, odbierała mi całą zabawę. Nie było zabawy, było uczucie braku.
Tak bardzo się to we mnie zakorzeniło, że odruchowo, można by powiedzieć
podświadomie, puzzle zaczęły tworzyć w mojej głowie obraz świata, w którym raz zgubiona część, już nigdy się nie znajduje. Albo znajduje się potem, a potem
jest już niepotrzebna.
Kiedy w pewnym wieku, zaczęłam utożsamiać się ze światem,
jego puzzlowa forma, przełożyła się na moją osobowość. Dzisiaj postanowiłam
przyjrzeć się tej grze od wewnątrz. Uwaga- rozsypuję cząsteczki. Pierwsza myśl–
mam za mały stolik, któraś część na pewno spadnie. No i spada. Gubi się gdzieś
kawałek – praca. Na razie nie wpadam w panikę. Zostawiam, niech będzie zgubiona przez chwilę, mam jeszcze pełno innych kawałków. Skupiam się więc, by z porozrzucanych fragmentów ułożyć obrazek z pudełka. Dzisiaj ja jestem pudełkiem. Myślę sobie, że będzie ciężko, jak bowiem mam ułożyć coś, co oprócz tego, że jest w ciągłym ruchu, to jeszcze na starcie jest niekompletne, przez zgubioną część?
Ale układam dziwiąc się, że puzzle przybierają formę kalejdoskopu.
Brnę w to dalej jednak. Od czegoś muszę zacząć. Wybieram najbliżej leżącą
cząstkę. Dostrzegam kawałek obrazka. Nic nie znaczący fragment, niezły
początek. Mój wzrok ślizga się po innych cząstkach, próbując odnaleźć coś, co
można dokleić. Po paru chwilach, mam dosyć. Sięgam po pierwszy z brzegu. Znowu nie pasuje do niczego, nic mi nie mówi. Kładę go obok pierwszego i ogarnia mnie ogromna wewnętrzna radość. Tak jestem dzieckiem. Układam swoje dzieciństwo. Taka właśnie byłam, żadna całość, po prostu fragment sam w sobie doskonały. Nie potrzebowałam wtedy dopasowywać się do innych, nikt nie musiał uzupełniać mnie.
Zaczyna robić się fajnie. Coraz bardziej się odprężam, i
cudem jakimś natrafiam na cząstkę, która idealnie pasuje do poprzednich. No to
ją dokładam, potem następną i następną. Ręce zaczynają mi drżeć. W głowie pojawia się presja. Coś musi z tego wyjść. Jakaś całość, obraz, człowiek.
Zaczynam dostrzegać kształt. Jeszcze tylko zarys, ale już mam
wyobrażenie tego co się pojawia. Stopniowo więc dokładam i dokładam. Próbuję trochę oszukiwać, wciskać na chama kawałki, które nie pasują. Powstaje coś z czego nie jestem zadowolona, bo nie wygląda tak jak sobie wyobraziłam.
Odrzucam nie pasujące fragmenty by stworzyć, coś co sobie
wyobraziłam. Ale kawałki za nic w świecie nie chcą się do siebie dopasowywać. Kiedy wydaje mi się, że znalazłam coś co pasuje do poprzedniego, nagle ten fragment się zmienia i przed oczami pojawia się coś czego wcześniej tam nie było. Podchodzę do lustra by sprawdzić wzór. Tak ciągle jestem tam jeszcze ja. No przynajmniej, tak czuję. Bo wyglądam inaczej. Inaczej niż w dzieciństwie, inaczej niż kiedy leżałam wtulona w ciebie.
Zostawiam swój obraz w lustrze i wracam do gry. Tym razem,
poszukam wskazówek w internecie. Przecież są jakieś reguły. Ludzie zawodowo
zajmują się układaniem puzzly. Podpatrzę, nauczę się i skleję to co na ten
moment wydaje się niesklejalne.
Uzyskuję profesjonalne podpowiedzi i pełna entuzjazmu zaczynam
je stosować. Po minucie już wiem, że się nie sprawdzają, ale postanawiam, mimo wszystko, że wprowadzę je w czyn. Na stoliku miast obrazu mnie w sobie,
powstaje totalny chaos. Szybko poszło. Frustracja osiąga szczyty. Teraz już
wiem, że nie ułożę nic, bo przecież wszystko się rozsypało bez fragmentu praca.
Bez tego fragmentu mnie nie ma. Nie ma całości. A ja potrzebuję całości i
fragmentów, które je tworzą. Tak sobie wmówiłam, zapominając, że kiedyś
fragment był całością.
Przyglądam się więc tym cząsteczką na stoliku i szukam w
nich siebie. Ale teraz już inaczej. I nagle dostrzegam, że obrazek z pudełka pokazuje się w każdej cząstce osobno. Każdy fragment to zamknięty obraz całości. Pełen życia i miliardów kolorów. Kartonowy ułamek, który niczym kalejdoskop bawi się iluzją narzuconych reguł. Każda część jest osobnym, całościowym bytem. Gubiąc jedną część można zgubić siebie ale można też siebie odnaleźć w innej części. Taka to gra. Całkiem przyjemna nawet.