Od zawsze czuła, że na nią czeka. Był cierpliwy czasem zbyt
może nachalny. Ale był. Pewność jego istnienia dodawała jej siły. Do dziś nie
była gotowa ale dziś wybrała. Poraz pierwszy w życiu samodzielnie podjęła
decyzje. Nikt nie szeptał jej do ucha, nikt w głowie nie gadał. Spakowała swoją
starą, dziadkową torbę na ramię i wyszła w sam środek nocy. Ścieżka, którą
wybrała prowadziła ją wprost ku niemu, osobliwemu przyjacielowi, który przyświecał
jej z wysokości szarością, nucąc hipnotyzujące pieśni. Znała te pieśni więc
strach, który na chwilę zmarmurowił jej serce, rozsypał się muśnięty dźwiękami
nucącymi przez starą szamankę. Kobieta nuciła pieśń o odwadze i bojaźni
splecionych ze sobą od zarania wieków, sączyła się melodią w samym środku jej
serca.
Wtedy zrozumiała, że jej podróż musi zacząć się od końca i
trwać dopóki nie dotrze tam gdzie wszystko się zaczęło. I mimo, że nieśmiała
odwaga i skulona bojaźń chciały ją od
tego odwieść – wyruszyła. Przebyła kręte leśnie ścieżki pochowane między
paprociami. Szła szerokimi ulicami, które stworzone były tylko po to by nimi
chodzić w pośpiechu, bez wytchnienia. Szła pośród kwiatów i obumarłych krzewów.
Dotarła na koniec świata, który okazał się jego początkiem ale nie był jej
początkiem. Czasami przystawała na moment by odpocząć, nakarmić dzieci i
zabłąkane zwierzęta. Kiedy była głodna przepowiadała napotkanym ludziom
przyszłość a oni w zamian ją karmili. Szła bowiem z tego miejsca, w którym
wszystko już się wydarzyło.
Mijała wiosnę, która w pośpiechu biegła przed siebie gubiąc
za sobą sznur rozkrzyczanych jeszcze niewprawnych w lataniu ptaków. Potem
przyjęła zaproszenie od lata. Słuchając jego opowieści, poczuła znużenie i
rozkoszną błogość upalnego wieczoru. Jesień rozkochała ją w sobie spokojem
odchodzącego piękna. Zima otuliła puchem nadziei i dała jej odpocząć przy
żarzącym się ogniu, który nigdy nie dawałby
tyle rozkoszy niż tylko wtedy kiedy zima przykrywa lodem każde żywe stworzenie, każde źdźbło trawy.
Wędrowała górami i przepastnymi dolinami. Ocierała kłykcie w
wąskich uliczkach średniowiecznych miasteczek. Szukała swojej drogi wśród miliona ulic olbrzymich miast, które ziały ogniem i nienawiścią jak nieoswojone smoki. Potem zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy – znalazła się na wielkim okręcie, który zabrał ją w nieznane. Płynęła długo choć czas na morzu nie ma punktu odniesienia i nie wiadomo czy długo to już czy może za chwilę.I pewnie zgubiłaby się w tym bezruchu, gdyby po raz kolejny jego magnetyzm nie sprowadził jej na ląd. Uśmiechnęła się do niego, teraz już wiedziała, że nad nią czuwa. To dobre uczucie wiedzieć, a jeszcze lepsze tylko czuć, wyszeptała do siebie by nie zostawiać tego uczucia w głowie na pożarcie myślom.
Czasami przystawała na dłużej. Budowała dom, rozpalała w
piecu. Zapraszała mężczyznę i spędzała z nim życie, dawała mu w prezencie
fragment Wszechświata, akurat ten na który zasługiwał. Rodziła mu dzieci, jedno po drugim – koronkowe serwety, swetry z wełny. Potem dzieci wyruszały w drogę, niektóre wołane wyciem wilków, niektóre śpiewem syren. Po jeszcze inne przybywali królewicze na białych koniach a jeszcze inne ginęły z rąk
Sinobrodego. Kiedy nadchodził czas, pakowała swoją dziadkową torbę i wychodziła z domu, pozostawiając po sobie jedynie zapach świeżo pieczonego chleba.
I chodź droga zdawała się nie mieć końca jej ciało nie
więdło. Z każdym rokiem stawała się jędrniejsza a zmysły się wyostrzały. Ludzie
mówili, że to czary, nic nie robiła sobie z ludzkiego gadania. Dalej wybierała
iść. Wbrew temu co inni o niej mówili i temu co sama o sobie wiedziała. A było
tego dosyć dużo jak na jedno życie. Kiedy w końcu dotarła do łona matki, zrozumiała, że nigdy nie wędrowała sama. Każdy człowiek, którego spotkała od zawsze był częścią jej krwiobiegu, a przed nią krwiobiegu jej matki, babki, prababki aż do końca początku i początku końca.
A kiedy dotarła tam gdzie dotrzeć miała, spojrzała wprost w
jego stęsknione oblicze. Otuliła go swoją miłością, której starczyłoby do
obdzielenia całego Wszechświata.
– Jestem tutaj bo wsłuchałam się w twoją tęsknotę. Każdego
miesiąca czułam, że mnie wołasz. Stałam się dla ciebie boginią, czarodziejką,
matką i czułą kochanką. Pokonałam smoka w sobie i oswoiłam wszystkie strzygi. Byłam
tym kim byłam i cieniem tego kim być nie zdołałam. A teraz stoję tu przed tobą
w nagości okryta niewinnością.
– To nie moja tęsknota cię tu przywiodła i nie moje wołanie.
Ja jestem tylko po to byś mogła widzieć w ciemności.
– Więc co mnie zmusiło do drogi, co wołało, co tęskniło?
– Droga, którą wędrowałaś, ty sama nią jesteś.