Jak ja lubię te momenty, w których tuż nad ranem zachłystuję się życiem. To uczucie ciepła rozlewającego się w ciele wraz z rytmicznym szmerem krwi. Kurwa ja żyję! – entuzjazm miesza mi zmysły, głowa porzucona gdzieś w kącie łóżka łypie podejrzliwie – no wariat, po prostu świr. A ja spokojnie głaszczę ten oderwany kawałek wszechświata z czułością. Bo mój obłęd jest tym czym jest i na ten moment wywołuje we mnie falę zalewającej mnie wolności.
Bo moje życie jest takie jakie powinno być. Zmiany czające się na parapecie szykują się do skoku. Ale czy to tak ma być? Moje szczęście pojawi się dopiero gdy coś się zmieni? Mówią, że jak będę się rozwijać duchowo to moje życie się zmieni. Woła mnie to kuszącym śpiewem syren. Pewnie, że chcę mieć ładne mieszkanie, porządną pracę, wakacje dwa razy w roku. Pewnie, że chcę żeby przestała boleć mnie głowa i mądrą, piękną kobietę, z którą pospaceruję sobie nad morzem w blasku zachodzącego słońca w samym środku sztormu, taką, która potrafii wyjść poza schemat tego jak coś powinno wyglądać, żeby wyglądało. Wiadomo, kto by nie chciał.
Więc się rozwijam ale w złym kierunku. Bo nie o zmiany tu chodzi ale o dostrzeżenie tego co już jest w zupełnie innym świetle. I tu już zaczynają się schody. Bo po co mam się katować medytacjami, skoro i tak muszę wstawać o czwartej rano, żeby iść do pracy, która boli mnie fizycznie? Po co mam afirmować wdzięczność skoro ledwo mi kasy na rachunki starcza? Co z tym Wszechświatem jest nie tak, że po tylu latach pracy nad sobą pozwala mi spotkać kogoś kto równie dobrze mógłby pochodzić z odległej galaktyki, tak różne wartości reprezentujemy. Wprawdzie okrasza to uczuciem ale jednym z tych, które nigdy nie wystarczają.
Dziś przypomniałam sobie słowa Jana Bosko. Długo myślałam, że to słowa fanatyka religijnego w głębokiej depresji, który już niczego nie oczekuje, który pozbawiony jest marzeń
„ Gdybym wiedział, że świat się jutro skończy, robiłbym dokładnie to co robię dzisiaj”
Chciałabym móc też tak powiedzieć. Wtulić się w swoje życie i nie oczekiwać zmian ale kochać je dokładnie takim jakie jest teraz. Wypycham więc zmiany szeregiem ustawiane na parapecie przez okno, niech lecą w świat porwane przez szalejący wiatr. Nie chcę zmian, chcę siebie i tego co jest, tak bardzo niedoskonałego i nierozwojowego, że tylko kochać.