Całuj krzyż, całuj martwe stopy, zakrwawionej woskowej postaci leżącej w głównej nawie kościoła. A potem na drugi dzień – Raduj się! Chrystus zmartwychwstał!. Czy ktoś się jeszcze dziwi, że do czasu osiągnięcia zdolności myślenia symbolicznego – u niektórych może to trwać całe wieki – ludzie wolą Gwiazdkę? Wprawdzie Boże Narodzenie to też thriller, ale happy end jest jednoznaczny i po ludzku przewidywalny. Nie pomagają tłumaczenia władców papieskich pierścieni, że Wielkanoc ważniejsza jest i basta. Gdyby się jednak głębiej nad tym zastanowić, przypomina to odwieczny spór prowadzony między miłośnikami kotów i psów, nikt jeszcze nie wygrał a zwierzaki jakie były takie są- czyli wiadomo kochane.
Jednakże wiosna za oknem majaczy, słońce jeszcze trochę ponure – niewątpliwie Wielkanoc powraca na tapetę.
I ja się cieszę, bo odkąd zdołałam zrzucić kożuch przekonań, nakazów i katechizmów, dostrzegam niewiarygodną wręcz radość bijącą akceptacją, czegoś czego wyjaśnić się nie da. Bo cud zmartwychwstania nie zamyka się już tylko do rytuałów kościelnych, ale przyjęty do serca, staje się też moim udziałem. Oczywiście ja nie zmartwychwstaję co weekend, ani nawet co rok, w tak spektakularny sposób, jak przyjaciel Chrystus. Ja to robię po swojemu – wiecie, tu utulenie małej Basi, która akurat przeżywa jakąś traumę, tu poczucie wdzięczności, że niebo ciągle na swoim miejscu. Zdarzają się też bardziej medialne sprawy -jakiś uśmiech do przechodnia czy uścisk łokcia – wiadomo obostrzenia. Miłość rzucana przez okno do przechadzającego się kota, a czasem nawet człowieka, zrozumienie bez angażowania umysłu i słów, które już nigdy nie zostaną wypowiedziane, bo nie potrzeba słów tam, gdzie daje się całą siebie. Wszystkie te drobne rzeczy, które stanowią codzienność, to moje zmartwychwstania, czyli normalnie, powroty do tej którą jestem, A Jestem Który Jestem.
Tak więc – radosnego zmartwychwstania do tego kim jesteście. Jaka to jest w ogóle dobra nowina, aż trudno uwierzyć, że kościół tego nie spieprzył.