Zabawa z miłością w miłość

Przyśniła mi się miłość. Nie uruchamiajcie wyobraźni zbyt pochopnie. W moim śnie, nie miała ona nic wspólnego z powabnymi kształtami, namiętnymi ustami ani nawet z szalonymi wcięciami tu i ówdzie.
Miłość w moim śnie była piłeczką kauczukową. Przykro mi, wiem, że to zabija cały czar, ale takie są fakty ze snu.
Jako że sen posiadał też fabułę, wspomnę tutaj również o niej. Otóż chodziłam sobie po ciemnych uliczkach miasta, w którym nigdy nie byłam i w ramach urozmaicenia tego chodzenia rzucałam piłeczką gdzie popadnie. A padało różnie. I któregoś razu rzuciłam w ścianę, a piłeczka zachowując się jak przystało na jej osobliwą osobowość, odbiła się od ściany i z impetem jaki został przeze mnie włożony w rzut, trafiła mnie między oczy, przekrzywiając okulary i wyrywając mnie ze snu. Do teraz czuję ból.
Siedzę teraz z kompresem na czole i myślę o miłości. Wprawdzie wiem, będąc już w miarę dorosłym człowiekiem, że miłość to nie kauczukowa piłeczka, że mimo jej żółtego koloru i zatopionych w jej wnętrzu okruszków brokatu, może ona jedynie stanowić reprezentację tego uczucia w moim umyśle.
Podobnie jak cały pozornie realny świat, który istnieje tylko dzięki umiejętnością moich neuronów do tworzenia obrazów.
Tak więc wracając do tu i teraz. Kocham kochać. Pozwalam sobie teraz na pobycie w moim śnie jeszcze przez chwilę. I zgodnie z zasadami w nim panującymi, rzucam piłeczką – miłością gdzie popadnie. Czasami ktoś ją złapię, poprzygląda się z zaciekawieniem, zafascynuje go nawet brokat pięknie błyszczący w jej wnętrzu i po jakimś czasie ją odrzuci do mnie. Czasami jednak piłeczka trafia na mur w okolicach czyjegoś serca, ale nawet wtedy nie traci nic ze swojej piłeczkowatości – odbija się i wraca do mnie.
Jest jeszcze jedna ważna rzecz określające istotę piłeczki kauczukowej a co za tym idzie miłości. Nigdy do końca nie wiadomo, w jakim kierunku poleci, kiedy już dotknie miejsca, od którego musi się odbić.
Rzuca się taką piłeczkę na przykład na schody. I na logikę, wyobraża sobie człowiek, że ona wróci do niego, czeka się więc na dole. Piłeczka jednak po odbiciu się od pierwszego stopnia na górze, zaczyna nabierać rozpędu i zachowuje się totalnie nieprzewidywalnie dla człowieka, który nie opanował zasad fizyki. Odbija się tak jakby w ogóle nie liczyła się z tym, że na dole ktoś na nią czeka. Można wtedy wpaść w panikę, bo jak złapać coś co ucieka w nieprzewidywalnym kierunku?
Są różne strategie. Można pozwolić neuronom lustrzanym przejąć zachowania piłeczki i podskakiwać w jej rytmie. Można stać i patrzeć gdzie ostatecznie się zatrzyma z nadzieją, że potem się ją znajdzie albo w ogóle jej nie rzucać. Ostatnia strategia jest najbardziej rozsądna ale kompletnie niezabawowa.
Jak już wspomniałam w związku z tym, że kocham kochać gdzie popadnie i kogo dopadnie, jestem absolutnym zwolennikiem rzucania kauczukiem zawsze i wszędzie – na schody, na ściany, do innych ludzi, do psów, które są lustrzanym odbiciem ruchów piłeczki. Bo skoro już jakimś cudem dostałem w prezencie od Wszechświata taki cud, to przecież nie ma powodu, żeby się nim nie pobawić, bo mimo wszystko miłość sprawia cholernie dużo radości. Wystarczy tylko przestać trzymać ją w zaciśniętej pięści i rzucić ku światu a potem z ciekawością patrzeć od czego i kogo się odbije i którędy do nas wróci.

Dodaj komentarz