Atlantyda

– O dziewczyny, co się stało? Przepraszam, że zapytam bladym świtem.

– Nie pytaj, to nie będziesz mieć za co przepraszać. Szybkaodpowiedź Kini, zwaliła mnie z nóg, na których i tak ledwo się trzymałam. Była trzecia nad ranem. Za godzinę zadzwoni budzik i będę szykować się do pracy. To znaczy tak bym zrobiła, gdyby nie fakt, że dziewczyny zaszczyciły mnie swoją
obecnością.

– Wpuścisz nas, czy mamy tak sterczeć pod drzwiami? – to znowu Kinia, ona w tym tandemie jest od spraw organizacyjnych.

– Przecież już weszłyście, witam w moich skromnych progach, tak lepiej?

– Lepiej zmień w końcu tą dziurę na prawdziwe mieszkanie, to wtedy może nie będą takie skromne, żeby nie powiedzieć..

– Kinia przestań – w porę zareagowała Olka – zawsze musisz coś pierdzielnąć

– Ale o co Ci chodzi, jeszcze nawet nie wspomniałam o jej włosach. – warknęła Kinia

– A jakie mają być o trzeciej nad ranem?- odważyłam się zapytać i w chwili, kiedy to zrobiłam, już pożałowałam.

– Widzisz teraz się obrazi, a miałyśmy ją o coś prosić – zawyła Olka, kompletnie już w rozsypce.

– Przecież Baśka się nie obraża, szczególnie na nas. –pewność w słowach Kini, totalnie mnie rozbroiła

– Oczywiście, że się nie obrażam, bluzgajcie na mnie do woli, do mnie i tak nie dociera. Do jasnej cholery jest trzecia w nocy, co tu
robicie? – wiedziałam, że mój ton musi nabrać charakteru stanowczego, inaczej
bowiem ta dyskusja nigdy się nie skończy.

– O teraz jest wściek. A mówiłam Ci, żebyś nie wspominała o włosach – Olka przejaskrawiła moją reakcję, ale dobrze, że intencje odczytała. Mimo wszystko nie chciałam by nasza rozmowa zawisła w próżni z powodu włosów, które są dla mnie mało istotne, przez co dla dziewczyn stały się od początku naszej
znajomości, życiowym priorytetem. Ściślej rzecz ujmując, chcą bym zmieniła koniecznie fryzurę, bo podobno, to, że oddaje ona mój charakter nie jest zachęcające.

– Dobra, zostawmy włosy w spokoju, skoro już tu jesteście, to może chcecie się czegoś napić?

– A co masz? – Kinia z dziwnie smutną miną, zareagowała na pytanie, nie czekając na odpowiedź Olki.

– Zielona herbata albo woda, poczekajcie chwilę, sprawdzę jeszcze w kuchni, bo chyba mam gdzieś kawę zbożową.

– Jezu, gorzej niż u mojej babci, u niej przynajmniej nalewki były – wycedziła Olka, a Kinia przytaknęła.

– Wiesz co, nie będziemy ci zawracać głowy – zgodnie skwitowały. Tak jakby wtargnięcie w środku nocy, nie było wystarczającym
zawracaniem głowy, przy którym zrobienie herbaty, to jak przewrócenie się na
drugi bok w łóżku.

– No to dobra. Może w takim razie do rzeczy? Wiedziałam, że herbata skutecznie je
odstraszy od przedłużania wizyty.

– Podwieziesz nas na lotnisko, jutro o dwunastej zero siedem mamy wylot.

– Ale, które jutro, to z wczoraj, czy to z dziś? – nauczona doświadczeniem, wiedziałam, że muszę dokładnie precyzować wypowiedzi dziewczyn.

– Cholera, co za głupie pytanie, a jaki jest właściwie dzień? – jak na zaszczytną rolę organizatorki życia swojego i Olki, tym razem
Kinia dała plamę po całości

– No weź przecież dzisiaj wtorek, a lecimy w środę – Olka zerka na telefon, by już bez najmniejszych wątpliwości określić dzień wylotu.

– Wylatujecie w środę a którego?- spodziewałam się, że odpowiedź mnie nie zaskoczy.

– Siódmego czerwca, a i nie o dwunastej zero siedem, tylko siódmej dwanaście. Czemu ciągle zmieniasz te cyfry, nawet jak są zapisane?

– Bo tak po holendersku się robi przecież

– Jasne ale tylko jak się mówi i na pewno nie dotyczy to godzin zapisanych na biletach. Porażka jakaś ta twoja nadgorliwość językowa.

– Raz tak raz tak, bez sensu, jak już zapamiętałam, że się zmienia, to już nie będę odpamiętywać, bez przesady. – na poważnie oburzyła się Kinia – poza tym językowo to ja jestem bardzo sprawna, gdyby nie ja to na pewno nie wymieniła byś tego kostiumu. Nie chcieli go w sklepie przyjąć bo niby
zakupiony dwa lata temu i jakieś tam – Kinia rozpoczęła swoją opowieść, jak gdyby w ogóle nic, a w szczególności to, że wybierają się w jakąś podróż – No to ja im od razu powiedziałam, że to dyskryminacja, ze względu na wagę i że przez to moja koleżanka ma teraz depresję. A oni jak słyszą dyskryminacja to są tak wystraszeni, że wszystko można im wmówić. Więc ja korzystam. Dziwne tylko, że jak spojrzeli na Olkę to się nie zorientowali, że ona żadnej depresji nie ma. Bo ja tu gadam, że ona taka chora, a ona w tym czasie lata po tym sklepie
jak poparzona, promienieje radością i w ogóle szczęśliwa jest, bo zobaczyła faceta podobnego do jej byłego. Chociaż w sumie to można podciągnąć pod jakiś rodzaj obłędu – skwitowała.

– Dobra dziewczyny – postanowiłam się wtrącić, skoro całe wydarzenie i mnie dotyczyło – to mamy jakieś pół godziny, przed wyjazdem na lotnisko, zakładając, że lecicie z Eindhoven.

– No tak, a skąd indziej, ale zaraz- o jest, przeskoczył neuron w mózgu Olki – to dzisiaj jest środa?

– No tak, od ponad trzech godzin, bardzo mi przykro dziewczyny, ale czas leci nieubłagalnie.

– Ale jak wychodziłyśmy z domu to był poniedziałek – w głosie Olki dało się wyczuć jakieś rozżalenie tudzież panikę

– No to nawet spoko – oznajmiła Kinia i zwróciła się do mnie– uczesz się i zawieź nas na lotnisko.

– Ale chcecie tak z marszu, bez bagaży, po pijaku? – znam dziewczyny nie od dziś, więc jestem przyzwyczajona do różnych niespodziewanych akcji, ale żeby wybierały się w podróż bez przyborów do makijażu i lokówek, czy prostownic albo dwóch w jednym, to już totalnie mnie zaskoczyło.

– Po pierwsze nie po pijaku, tylko po dezynfekcji, pandemia jest ciągle, po
drugie dasz nam kasę to sobie coś kupimy na lotnisku – zadecydowała organizatorka

– Tyle, że ja akurat nie mam kasy

– Ale twój bank ma, debet weźmiesz, przecież już nie rób problemów teraz, kiedy my już prawie mamy wychodzić, to ty jak zwykle zaczynasz wymyślać. Myślisz i myślisz, a my ci ciągle powtarzamy, że tym myśleniem to
daleko nie zajdziesz, i nie zachodzisz, ale przecież nie możesz posłuchaćdobrych rad, to za dużo na ten twój mały mózg.

– Weź Kinia, to myślę za dużo a mam mały mózg? To jakaś sprzeczność.

– Żadna sprzeczność, paradoks – zostałam sprowadzona do
parteru i zawstydzona w swoim własnym domu, bladym świtem, przez przyjaciółkę,
która omal się nie zakrztusiła wypowiadając to zakręcone słowo. Omal nie
dotyczyło Olki, która się zakrztusiła.

– Dobra, niech będzie jak mówisz, to może już się zbierajmy,
a tak przy okazji gdzie lecicie?

– Tam gdzie jeszcze nikt nie dotarł! – odpowiedziały chórem,
choć były tylko dwie. Rozpromieniły się i mogę przysiąc, że wytrzeźwiały
momentalnie, choć wydawały się jakby bardziej odurzone niż wcześniej

– Ok, to co tym razem? Olsztyn, Wałbrzych, Nowa Wieś?

– Weź, tam byli wszyscy, szczególnie w Nowej Wsi, my lecimy
z Kinią do Atlantydy.

– Lecicie do Atlanty, czym Wizzarem? – no to mnie dziewczyny
zaskoczyły, nie wiedziałam, że tanie linie lotnicze kursują też do Stanów

– Do jakiej Atlanty, coraz gorzej z tym twoim słuchem, nawet
ostatnio o tym gadałyśmy, co nie Kinia? Kinia potwierdziła z zatroskaną miną

– Do Atlanty – dy lecimy, albo na Atlanty – dę nie ważne. W
każdym razie jak ostatnio się nudziłyśmy i był jeszcze lockdown, to oglądałyśmy
wymarzone miejsce na wakacje. Tak jak wszyscy ludzie na świecie. Ale po dwóch
dniach nam się znudziło, i wtedy Kinia wpadła na genialny pomysł- uwielbiam te
twoje pomysły – Olka z pełnym podziwem, zwróciła się na moment w stronę przyjaciółki,
by i postawą ciała podkreślić swój podziw – no w każdym razie, Kinia mówi „choć
lecimy tam, gdzie jeszcze nikt nigdy nie był” a ja pytam – pamiętasz Kinia, no
weź powiedz, że pamiętasz

– Tak pamiętam – z wyraźnymi oznakami samozadowolenia,
przytaknęła.

– No to ja pytam, a niby gdzie jest takie miejsce? A Kinia
mówi, że trzeba zapytać wujka google. No i wyskoczyło – Atlantyda. Tam nawet
Indiana Jones nie był.

– Ani Lara Croft– dodała Kinia.

Co mogłam powiedzieć? Zamurowało mnie. Nie tylko fakt, że
dziewczyną pomieszały się fikcyjne postaci z rzeczywistymi ludźmi, ale również
to, że kupiły bilety lotnicze na nieistniejącą wyspę, która zatonęła jakieś dwa
czy trzy tysiące lat temu.

Postanowiłam jednak jakoś dyplomatycznie to rozegrać. Nie
mogłam przecież zachować się brutalnie i powiedzieć im, że pierdzielą głupoty.
W końcu, kiedy ja spałam, one były na mieście a w tym czasie, mogły zaistnieć
jakieś sytuacje, które w diametralny sposób zmieniły rzeczywistość i dziewczyny
były tego świadkami, jak na przykład, no nie wiem, chodzenie po ulicach bez
masek, albo odkrycie Atlantydy.

– A mogę zobaczyć ten bilet?- no cóż, nie zbyt górnolotna
dyplomacja, ale trudno.

– A po co? – ni stąd ni z kosmosu, Olka jakaś podejrzliwa
się zrobiła.

– Tak sobie, chcę sprawdzić z którego terminalu macie odlot.

– Przecież w Eindhoven jest tylko jeden – wtrąciła się z
lekka już poddenerwowana Kinia, zawsze tak miała jak wino, zamieniało się w
parę, która z niej ulatywała.

– No niby tak, ale wszystko tak szybko się zmienia. Niby pandemia
i zastój a ciągle coś dobudowują, bo czasu mają dużo i ludzie się nie kręcą.

– No masz racje, lepiej sprawdzić – ucieszyłam się, że
celnie trafiłam w zmysł organizatorski, tej rozważnej – czasami to twoje
myślenie nie jest takie bezmyślne.

– Dzięki Kinia, doceniam, to co pokażecie mi te bilety?

Z jakimś dziwnym oporem, w końcu pokazały mi bilety
lotnicze, na których wyraźnie napisane było, że moje cudowne przyjaciółki lecą,
a miejsce przeznaczenia to Atlantyda.

Nie namyślając się dłużej, zaproponowałam, żebyśmy już
ruszyły, bo skoro mam jeszcze debet ogarnąć, to jednak potrzebuję dodatkowe
minuty na lotnisku.

I w zasadzie było ok, tylko się zastanawiałam, czemu jest mi
tak cholernie zimno, skoro jestem święcie przekonana, że śpię?

Po dotarciu na lotnisko, dałam dziewczynom kasę, a one
ściskając mnie szybko na pożegnanie, ruszyły w kierunku sklepów.

Wróciłam do domu i pamiętam, że zaśmiewałam się z siebie, że
taki dziwny sen mam i w dodatku lunatykuję, prowadząc auto. Zupełnie nie
zwróciłam uwagi, że jak na trzecią rano, to całkiem jasno jest, tak jakby już
co najmniej trzynasta była i że właśnie dostałam smsa z pytaniem, dlaczego mnie
nie ma w pracy. Zignorowałam wiadomość, pewna, że dziewczyny znowu sobie ze
mnie żartują.

Po paru godzinach sen się wyczerpał a do mnie dotarło, że
przespałam cały dzień. Trochę spanikowałam, bo uświadomiłam sobie jaka była tego
przyczyna. Wywiozłam przyjaciółki na lotnisko a one wsiadły do samolotu, który
transportował je do nieistniejącej krainy szczęśliwości i dobrostanu.

Tak po prostu się na to wszystko zgodziłam, zawsze się
zgadzałam na ich pomysły. Chociaż już trzy lata pracuję nad asertywnością. Po
zbesztaniu siebie a potem kolejnym, za to, że zbeształam siebie, postanowiłam
przywołać zdrowy rozsądek i coś poukładać w zastanej rzeczywistości. Zaczęłam
od ubrań, bo już dwa miesiące chciałam to zrobić. Potem odpisałam do pracy i
robiłam jeszcze kilka jakiś ważnych rzeczy, byle tylko nie musnąć tej wiszącej
nade mną niczym topór na przedzierającej się lince. W końcu jednak nie byłam
dużej w stanie ignorować faktu – dziewczyny odleciały na Atlantydę. Mimo całego
dystansu do swoich możliwości percepcyjnych, rozumowych i w ogóle każdych, nie
mogłam wymazać z pamięci obrazu biletu lotniczego, na którym wyraźnie było
napisane – Atlantyda.

Nie było sensu dużej się bić z myślami, trzeba było
zadzwonić. Wybrałam numer Kini, odczekałam przykazane pięć sekund, ale nie
odebrała. Czasami się to zdarza, szczególnie jak dziewczyny są zajęte, a teraz
pewnie były, pławiąc się w cudownościach magicznej krainy. Myśląc to,
jednocześnie myślałam o tym, że oto mam epizod schizofreniczny, ale tym postanowiłam
się nie przejmować.

W oczekiwaniu na telefon upłynęło mi popołudnie. Mogłam próbować
dzwonić do Olki, ale w zasadzie to był ten sam numer co do Kini, więc odpuściłam
sobie. Po tym jak spłynęło wraz z ostatnimi słonecznymi promieniami, popołudnie
i nastał wieczór, poszłam znowu spać, bo mam niedobór witamin albo
niedoczynność tarczycy.

Ze snu wybudził mnie dżwięk telefonu – to Kinia

– Dobry wieczór, czy mogłabyś proszę, przyjechać po nas na
lotnisko?

– Dobry wieczór? Jezu jesteś na podsłuchu? – nie mogłam
wyjść z szoku.Kinia i podręcznikowe zastosowanie zasad dobrego wychowania?
Byłam pewna, że coś się stało i tak naprawdę zamiast na lotnisko, będę musiała
pojechać po nie do jakiegoś aresztu.

– Na jakim podsłuchu? A , to znowu jeden z twoich niby trafionych,
sytuacyjnych żartów. Tak śmieszny nawet. Ale nie po prostu, zastanawiam się,
czy wyświadczysz nam tę przysługę.

Tego było już za dużo, taka grzeczność bez ironii. Coś na
pewno musiało się stać.

– Słuchaj Kinia, podaj adres, zaraz po was przyjadę, bo Olka
jest z tobą prawda? Wszystko z wami ok?

Bardzo się bałam, kiedy na moment straciłam połączenie.
Szczerze, to przez te kilka sekund, postarzałam się o ładnych kilka lat.

– Nie rozumiem, to nie znasz adresu na lotnisko, wpisz w
nawigacje, tak jak zawsze. – wyczułam irytację w głosie Kini i odetchnęłam z
ulgą.

– Dobra już, nie gorączkuj się tak, już jadę.

Skończyłam rozmowę i sprawdziłam na wszelki wypadek adres aresztu
znajdującego się w okolicach lotniska.

Po dotarciu na miejsce, szybko zlokalizowałam dziewczyny,
nie trudno było tego dokonać. Czekały przy wejściu, paląc papierosy. Kiedy do
nich podeszłam. Rzuciły się mi na szyję, nic nie mówiąc. Ze spuszczonymi
głowami ruszyły w kierunku auta, które zaparkowałam w niedozwolonym miejscu,
mając w głowie przygotowane wyjaśnienie, dotyczące dyskryminacji, zgodnie z
naukami Kini.

Półtorej godziny jazdy w milczeniu, totalnie mnie
zaskoczyło, ale byłam tak szczęśliwa, że je widzę, całe i zdrowe, że nie miało
znaczenia na ten moment, co dzieje się w ich głowach.

Odwiozłam każdą z nich do osobnych mieszkań, choć zawsze
mnie dziwiło, że nie mieszkają razem, biorąc pod uwagę, że z dwudziestu
czterech godzin doby, spędzają ze sobą dwadzieścia pięć.

Nazajutrz, absolutnie spokojna, poszłam do pracy. Zdziwiło
mnie, że dziewczyny przez cały dzień nie przysłały nawet jednego zdania
wiadomości, ale postanowiłam, że po pracy się z nimi skontaktuję.

Nie musiałam tego robić. Kiedy dotarłam do domu, już na mnie
czekały. Wpadły z wizytą, jak zwykle nie zapowiedzianą.

– Ale niespodzianka, miałam nadzieję, że prześpicie ze dwa
dni, żebym mogła sobie od was odpocząć. Ale nic z tego jak widzę.

– No właśnie nic z tego – odpowiedziała Olka, bardziej żeby
zabić ciszę, niż by podzielić się swoimi myślami.

– Dobra no to zapraszam. Czemu tak dziwnie patrzycie?

– Normalnie patrzymy, tylko, że sprawa jest – Kinia
powiedziała to jakoś tak dziwnie, że aż wypadły mi klucze z rąk.

– Jezu, gdzie teraz chcecie znowu lecieć? – nie można chyba było być bardziej
zrezygnowaną, niż ja w tamtej chwili. Znowu je trzeba na lotnisko zawieźć.

– Nie chcemy nigdzie lecieć – zareagowała Olka, jak to
czasami miewa w zwyczaju – chcemy z tobą porozmawiać, ale każda z osobna.

– Świetnie, to po cholerę przyszłyście we dwie?

– Bo Kinia uznała, no i przecież ma rację, że tak będzie
szybciej.

– Dobra, więc co tym razem? Zaś ten sam obiekt westchnień w
postaci torebki czy chłopa?

– Nie, tym razem sprawa jest poważna – z miny Kini, wyczytałam,
że nie ma co żartować – chodzi o nasze zdrowie psychiczne.

– Weź KInia, to żadna sprawa, nie wygłupiajcie się,
wchodźcie, nie uwierzycie, ale specjalnie dla was zakupiłam wino, takie
alkoholowe. Rozczarowałam się, bo spodziewałam się jakiegoś entuzjazmu, a
dziewczyny sprawę przemilczały. Dlatego trochę z tego rozczarowania wypaliłam –
Zdrowie psychiczne i wy umieszczone w jednym zdaniu, to jest dopiero paradoks.
I wcale to nie jest aż tak bardzo złośliwe, żeby nie było. Pamiętacie jak wam
opowiadałam o psychologii procesu?

– Tak, że nie ma diagnozy, i że się podąża za klientem,
nawet jak idzie według nas i społeczeństwa na manowce. Lubię tą psychologię –
odpowiedziała Olka, ale nie wiadomo dlaczego, Kinia zareagowała na to dość nerwowo.

– No tak, ale mimo wszystko są jakieś wyznaczniki, tego czy
ktoś jest normalny czy nie, muszą być . Ku naszemu absolutnemu zaskoczeniu,
Kinia, ta nie wzruszona nigdy niczym ani nikim osoba, zaczęła płakać pod
drzwiami mojego mieszkania, zupełnie nie zważając, że korytarz, to jednak
miejsce na zewnątrz, i że ktoś może zobaczyć jej spływające rzęsy.

Jedyną możliwą reakcją, było szybkie pozbieranie kluczy,
które przy upadku pogubiły breloczki i siebie na nich i wpuszczenie dziewczyn
do środka. Ale nie chciały wejść obie. Olka wspaniałomyślne zrezygnowała z
kolejności, którą wcześniej ustaliły i oto siedzę w swoim ulubionym wiklinowym
fotelu a na przeciw mnie, na kanapie półleżąc, wciąż pochlipuje Kinia.

– Dobra, o co chodzi? Zaczynam naprawdę się bać. Stała się
wam tam jakaś krzywda? I do cholery, gdzie byłyście, bo przecież nie na
pieprzonej Atlantydzie, ona nie istnieje i prawdopodobnie nigdy nie istniała.
Naćpałyśmy się wszystkie czegoś, wy pewnie na mieście i jakoś mi dorzuciłyście,
bo ja nie pamiętam, żebym w ogóle z domu wychodziła.

Może nie był to najlepszy sposób na rozpoczęcie rozmowy z przyjaciółką
w histerii, ale trudno, ciągle się uczę odpowiedniego podejścia. Poza tym nie
na żarty się wystraszyłam i przemawiał przeze mnie zakamuflowany złością, lęk.

– No ale my byłyśmy w tym miejscu. Przysięgam! – wykrzyczała
ostatkiem sił Kinia – kiedy wylądowałyśmy, kapitan nas przywitał na
Atlantydzie. Powiedział, że jest to mała miejscowość, ale na pewno się nam spodoba.
Na zewnątrz jest szesnaście stopni poniżej zera a godzina jest odpowiednia do
temperatury czyli szesnasta czasu miejscowego. Mówiąc to, Kinia sięgnęła do
torebki i wyciągnęła jakąś ulotkę. Podała mi ją z miną osoby, która już wie, że
wygrała, każdy spór na świecie. Przyglądałam się pogniecionemu świstkowi z
uwagą. Faktycznie, stało na niej jak byk, że Atlantyda to miejscowość
turystyczna, przyciągająca ludzi z całego świata, w której corocznie odbywa się
festiwal duchowości pod patronatem prezydenta Ukrainy. Kompletny obłęd, ale
fakt jest faktem. Rzuciłam się na telefon, szukając informacji w internecie.
Dziwię się, że wcześniej tego nie zrobiłam. Znalazłam Atlantydę na Ukrainie. Rozbawiło
mnie to, bo jakoś się spodziewałam podświadomie, że jeżeli ktoś w końcu znajdzie ten zagubiony
raj, to z pewnością się okaże, że leży on na kresach wschodnich.

– Kinia, czy na tej Ukrainie stała się wam jakaś krzywda?
Proszę bądź ze mną szczera. Teraz już jesteście bezpieczne, cokolwiek się
zdarzyło to już przeszłość. Ze wszystkim sobie poradzimy.

– I tak i nie- odpowiedziała smutno.

– Ok, to może chcesz się czegoś napić a potem mi opowiesz?
Kinia przytaknęła a ja drżącymi rękami nalałam jej spory kieliszek wina.
Profilaktycznie zakupiłam też butelkę bezalkoholowego dla siebie, a teraz
postanowiłam je wykorzystać do zmylenia Kini. Nie chciałam, żeby piła alkohol,
zanim nie dowiem się co się stało. Moja przebiegła przyjaciółka, odrazu wyczuła
podstęp, ale absolutnie to zignorowała, czym wprawiła mnie w niemałe
osłupienie.

– Bo, wiesz – zaczęła – w zasadzie to nic się nie stało i
stało się wszystko. Kiedy wyszłyśmy z samolotu byłyśmy trochę oszołomione i
rozczarowane. Na lotnisku w Holandii kupiłyśmy sobie trochę ciuchów, ale
wszystkie letnie. Więc po pierwsze było nam zimno. Po drugie, zabrakło nam kasy
na drinki na pokładzie i trochę miałyśmy już kaca. Ja się dzielnie trzymałam,
jak zwykle, ale Olka zaczynała marudzić – jak to ona. No ale, w tym wszystkim była jeszcze
świadomość, że dotarłyśmy do jakiejś mitycznej krainy i to nas trochę
nakręcało. Zdziwiło nas, że było tam tylu ludzi, a przecież w necie pisali, że
nikt tam jeszcze nie dotarł. Najwidoczniej posiadali przestarzałe informacje,
sprzed tygodnia czy coś.

Nie chciałam przerywać wywodów Kini, postanowiłam, do końca
wysłuchać jej opowieści, wtrącając od czasu do czasu swoje Hmm i mmm,
czym ją zawsze irytowałam, ale tym razem, zdawała się w ogóle nie zwracać na
mnie uwagi.

– Tak więc poszłyśmy za tłumem. Na terminalu było tłoczno,
ale nikt nie przejmował się dystansem. Wszyscy byli jacyś podekscytowani, jakby
nieobecni, ale jednocześnie w brutalny sposób zajmujący przestrzeń. Nie wiem,
takie miałam wrażenie. Czułam się trochę nieswojo, a ja tak się nigdy nie
czułam i wtedy dostrzegłam, że nie ma koło mnie Olki. Zaczęłam jej gorączkowo
szukać. Pomyślałam, że poszła do toalety ale tam jej nie było. Pobiegłam do
informacji. Tam starałam się wytłumaczyć jakiejś kobiecie, pomalowanej na
różowo – dosłownie, ona nie miała makijażu, była różowa – że Olka się gdzieś
zapodziała i żeby ogłosiła przez mikrofon, czy megafon, czy czymkolwiek ona tam
dysponuje, że Olka ma podejść do informacji. Zrobiła to ociągając się. Weszła
na biurko i krzyknęła po angielsku – Olka chodź do informacji. Załamałam się.
Nawet ja nie słyszałam jej krzyku a stałam koło niej. Nie było wyjścia,
zaczęłam jej szukać sprawdzoną metodą, podążania w miejsca, w których mogłaby
się zapomnieć – wiadomo bar, butiki no i bar. Po godzinie byłam już totalnie
wykończona. Przeszłam to lotnisko, chyba ze sto razy wzdłuż i po przekątnej,
ale Olki ciągle nie było. Zaczęłam się cholernie bać, tak bardzo bałam się
wtedy, wiesz, kiedy miałam sześć lat a on przyłaził pijany.

Kinia urwała, z oczu znowu pociekły jej łzy, w pierwszym
odruchu, chciałam ją przytulić ale uznałam, że to może zahamować jej opowieść,
więc wstrzymałam swoje porywy serca. Przez chwilę jeszcze milczała, po czym
zaczęła na powrót opowiadać.

– Wtedy go zobaczyłam. Stał przede mną. Taki olbrzymi i
obleśny. Jego twarz, była obca, przepełniona nienawiścią. Z ust spływała mu
ślina, miał na twarzy jakieś zadrapania, z których sączyła się krew. Był
olbrzymi i jednocześnie taki mały, upodlony.

– Kogo zobaczyłaś? – zaczynałam na dobre gubić się w tej
opowieści

– Mojego ojca-wyszeptała. Spojrzała na mnie i dodała – wiem,
że on nie żyje.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wytrzymałam wzrok Kini, która
oczekiwała mojej reakcji, ale ja nie reagowałam, przynajmniej bardzo chciałam,
żeby niczego nie dostrzegła, niczego, co mogłoby świadczyć o ocenianiu i
diagnozowaniu, chciałam, by czuła się bezpieczna i by w końcu zaczęła mówić o
tym co ją spotkało w dzieciństwie. Milczała chwilę. Widziałam, że przetwarza w
głowie słowa, być może odbywa ze sobą teraz najważniejszą rozmowę w życiu.

– Kiedy tak stał przede mną – zaczęła – poczułam, że znowu
jestem w swoim pokoju, w domu, jest ciemno a ja czuję, że się posikałam. Bardzo
mnie to zawstydziło. Nie chciałam, żeby to zobaczył, usiadłam więc na ziemi, zakrywając
twarz dłońmi. Nie patrzyłam na niego, nie musiałam, nawet pod zamkniętymi
powiekami, widziałam jego minę, pełną pogardy i wyższości. Ale nagle do pokoju
wszedł ktoś jeszcze, nie była to matka, ona nigdy nie przychodziła w takich
chwilach. To byłam ja, tylko taka jak teraz, dorosła.

Kinia przerwała, nie patrzyła na mnie, tak jakby nic poza
tamtą sceną już nie istniało.

– Weszłam do pokoju, patrzyłam na siebie jednocześnie z
perspektywy małej, przerażonej, posikanej dziewczynki i dorosłej silnej, pewnej
siebie kobiety. Podeszłam do siebie, odgarnęłam dłonie z twarzy i spojrzałam
sobie w oczy. Poczułam olbrzymią miłość, do tej małej istotki i poraz pierwszy
w życiu, dostrzegłam w niej siebie. Ta miłość dodała mi siły, wstałam,
spojrzałam mu prosto w oczy, za plecami miałam małą, skrzywdzoną dziewczynkę,
którą za wszelką cenę chciałam zabrać z tamtego miejsca. Nie interesowało mnie,
że matka chowa się gdzieś w kuchni, nie bałam się, że potem ona dostanie
wpierdziel, bo ja jakoś zdołałam uciec. Nie liczyło się nic, tylko ta mała za
moimi plecami.

Byłam tak bardzo silna i pełna miłości. On stawał się coraz
mniejszy, aż w końcu zniknął. Kiedyś wyobrażałam sobie, że pewnego dnia podejdę
do niego i mu wygarnę, że napluję mu w tą paskudną gębę i go spoliczkuję, albo
jeszcze lepiej, rozwalę mu nos pięścią – Kinia się uśmiechnęła na tą myśl, ale
był to jakiś smutny uśmiech – ale wiesz, wtedy nie musiałam tego robić. W ogóle
nie było we mnie nienawiści, on po prostu przestał dla mnie istnieć. Rozpłynął
się w powietrzu. W chwili, kiedy spojrzałam na siebie, siedzącą w kałuży sików,
on się rozpłynął, razem z matką. I wtedy znowu znalazłam się na lotnisku a koło
mnie stała Olka, jakaś rozgorączkowana i wesoła. Opieprzyłam ją, że się gdzieś
szlaja, na co ona ze zdziwieniem, odpowiedziała, że cały czas stoi przy mnie i
że może pójdziemy jednak sobie gdzieś usiąść bo cholernie bolą ją nogi. Nigdy
wcześniej nie czułam się taka szczęśliwa i nie tylko dlatego, że ta wariatka
się znalazła, ale tak jakoś wewnętrznie, nie wiem jak to powiedzieć, od serca
może.

Nagle urwała swoją opowieść a ja siedziałam trochę
oszołomiona. Wiedziałam, że to co się stało, stało się naprawdę, nie byłam
tylko pewna, czy ta cała wycieczka w ogóle miała miejsce, chociaż fakty temu
jawnie zaprzeczały. Pomilczałyśmy jeszcze przez chwilę, po czym Kinia wstała,
otarła łzy i spływający tusz i wyszła, nie oglodając się za siebie. W głowie
kłębiło mi się tysiące pytań, ale nie wiem, czy uzyskanie odpowiedzi na nie
cokolwiek by mi wyjaśniło. Do pokoju tymczasem wkroczyła Olka. Pewny krok i
promienisty uśmiech, kontrastował z zawieszoną atmosferą, która osadziła się
powietrzu po wyjściu Kini. Nie czekając na zachętę z mojej strony, Olka
zaczęła.

– Bo ja kocham tańczyć i będę już tańczyć zawsze – wyśpiewała,
rozkładając ręce niczym skrzydła.

– No dobra, to tańcz- no bo co miałam innego powiedzieć.

– Ale tak naprawdę będę tańczyć, w kostiumach albo po nagu,
tak jak tam.

– Olka czy ja dobrze rozumiem, że tańczyłaś nago na ukraińskim
lotnisku, przy szesnastostopniowym mrozie?

– A żebyś wiedziała, i mało tego, Kinia tańczyła ze mną, a
na dodatek ty też, ale ty byłaś w ubraniu.

– Dzięki Bogu jednak, chociaż za to, tyle, że mnie tam z
wami nie było.

– No niby Kinia mi to też mówi, ale ja wiem swoje.

Czy coś sobie pomyślałam w tamtej chwili? Raczej nie. Nie
miałam na to czasu, bo nagle znalazłam się w samym środku roztańczonych kobiet.
Niektóre były ubrana w stroje ludowe, z najdalszych zakątków świata, a
niektóre, tak jak moje przyjaciółki, były zupełnie nagie. Ja wirowałam we fraku
z cylindrem na głowie i niepasującej do niczego długiej kwiecistej spódnicy. Słychać
było dźwięki muzyki, wygrywanej na jakiś dziwnych instrumentach i zawodzenie
pieśniarek, przerywane dźwiękiem bębnów. Wszystko to skąpane w świetle ognia,
czerwone i gorące. Nie było innego
wyjścia, jak tylko poddać się temu, tak też uczyniłam, by po chwili,
znaleźć się znowu w swoim wiklinowym fotelu z Olką siedzącą na przeciw na
kanapie, zastygniętej w jakiejś tanecznej pozie.

– Dobra Olka, tu się coś dziwnego dzieje. To, że ty tańczysz
to naturalne, to, że Kinia pozbywa się ojca tyrana, też naturalne, ale co ja
mam z tym wszystkim wspólnego, to już kompletnie nie wiem.

– Ale jak to, pozbywa się ojca ? Przecież jej ojciec dawno
nie żyje, chociaż wiesz co, ja go chyba też widziałam na tym lotnisku, nawet
chciałam to powiedzieć Kini, ale uznałam, że nie ma sensu jej nim głowy
zawracać, skoro tak dobrze się bawi.

– Poczekaj chwilę, to ona cały czas, z tobą, to znaczy z
nami tańczyła? I nie rozstawałaś się z nią nawet na chwilę?

– No tak przecież było. Ona się upiera, że niby ja się
zgubiłam a to przecież ty się zebrałaś w jakimś momencie i wskoczyłaś do
samolotu. Nie wiadomo dlaczego.

– No to wszystkie zwariowałyśmy, wy na tej Ukrainie a ja nie
wiem gdzie, ale z pewnością też zwariowałam.

– Czyli ciągle twierdzisz, że cię tam nie było?- Olka popatrzyła
na mnie z taką miną, że nie ulegało wątpliwości, że ona wie swoje i cokolwiek
powiem i tak nie będzie to miało dla niej żadnego znaczenia.- przecież ty
jesteś nami a my tobą.

– Przykro mi ale nie! – zaskoczyła mnie moja reakcja pełna
buntu i lęku. Jak to, pomyślałam z oburzeniem, taka jak one? Ja jestem inna,
tak cholernie inna, przez chwilę starałam się zapanować nad łzami i wkurwem,
który zamienił się w tupanie nogami i szarpanie za włosy. Czułam jak ziemia
usuwa mi się spod nóg, mogę przysiąc, że moje ciało zaczęło się rozpadać na
tysiące atomów, które po kolei, jeden po drugim, odrywały się od siebie, nie
pozostawiając nic z tego, co stanowiło by mnie. Lęk, który mnie pożerał, stawał
się tym bardziej zachłanny im bardziej starałam się utrzymać odrywające się
cząsteczki blisko siebie. W końcu wiedziałam, że przegrałam, opadłam z sił.
Przymknęłam oczy i usłyszałam swój własny głos w głowie – tak jestem wami i
wtedy lęk zmienił się w błogość. Olka chyba niczego nie zauważyła, bo
uśmiechała się do mnie, mimo, że przed chwilą się na nią wydarłam.

– A widzisz, to tak jak ta aktorka! – oznajmiła po chwili.

– Jaka aktorka, o czym ty mówisz?

– Prosiła, żebym nie wymieniała jej z nazwiska, to nie będę.
Pogadałyśmy sobie od serca, ona strasznie się wstydziła swojego ciała, a jest
piękna, mówię ci gdybym była tobą, to bym się w niej zakochała.

– Ok, to dobrze, że nie jesteś mną, bo jeszcze z wcześniejszej
miłości się nie otrząsnęłaś.

– Właśnie, że się otrząsnęłam i wiesz co, to wcale nie była
miłość.

– Od początku ci przecież to z Kinią mówiłyśmy, to nie jest
miłość, jak chodzisz spać w pełnym makijażu bo boisz się, żeby facet nie
zobaczył jak wyglądasz bez tapety.

– No teraz już wiem. Ale wtedy nie wiedziałam.

– To co się zmieniło?

– W zasadzie nic wielkiego, albo może to i wielkie jest, jak
mój brzuszek i piersi i stopy i pupa- mówiąc to Olka z czułością głaskała każdy
fragment swojego ciała- bo ja jestem wielka, tak po prostu już mam. Mówiąc to
zaczęła na powrót wirować po pokoju a ja zrozumiałam, że właśnie jestem
świadkiem komunii mojej przyjaciółki. Tak to był święty moment spłynięcia na
nią ducha akceptacji samej siebie.

– Jesteś cudowna – wyrwało mi się, chociaż nie chciałam
niszczyć słowami tej chwili

Olka spojrzała na mnie i odpowiedziała, zupełnie bez
sarkazmu, zawstydzenia ani żadnego z tych innych uczuć, z którymi zmagała się
od dzieciństwa, narażona na obelgi i wyśmiewanie.

– Dziękuję, ale wiem o tym. I tańczyła dalej.

Nie przerywałam jej tych pląsów, myśląc jednocześnie o sobie
na tym lotnisku i o Kini na moim korytarzu. Poszłam po nią, uznają, że nie ma
sensu dłużej udawać, że w jakikolwiek sposób wyjaśnimy to co się stało. Składanie
zeznań osobno i tak nie zmieni faktu, że każda z nich przeżyła jakiś epizod, który w normalnym
świecie, mógłby wydawać się objawem zaburzenia.

W tym wszystkim najbardziej zadziwiało mnie to, że i ja tam
z nimi byłam, choć w moim przypadku, nie ma na to żadnych fizycznych dowodów.

Kiedy Kinia weszła do domu, Olka na chwilę przystanęła w
swoim, teraz już naprawdę półprofesjonalnym tańcu, zakrzyknęła piskliwie i
podleciała do nas, ściskając nas bez zapamiętania.

– Bo ja was tak kocham, tak bardzo prawie jak Kate z
lotniska no i stanowczo mniej niż siebie – czyż to nie wspaniałe!?

– Wręcz magiczne – odpowiedziałam. Patrząc na Kinię, która teraz
była naprawdę szczęśliwa- w związku z tym proponuję się napić wina, co wy na
to?

Olka popatrzyła na Kinię, ale nie tak jak zwykle, z
nadzieją, że ta podejmie za nią decyzję, ale jakoś tak pewniej i z poczuciem
równorzędności jakiejś.

– Nie wiem jak Kinia, ale ja chętnie napiję się zielonej
herbaty.

– A ja kawy zbożowej, chętnie całkiem się napije.

Zaczęłyśmy się śmiać wszystkie. Tak po prostu, z niczego.
Śmiałyśmy się z życia, z mądrości, z kompleksów i cierpienia, przez które każda
z nas musiała przejść, by w końcu na lotnisku w jakiejś zapomnianej przez świat
mieścinie na Ukrainie, odnaleźć krainę własnej szczęśliwości. Czy to zdarzyło
się naprawdę, czy nie, nie ma już teraz znaczenia, odkąd ja i moje przyjaciółki
wiemy, że Atlantyda znajduje się na kresach wschodnich naszych dusz.

 

 

 

 

 

 





Dodaj komentarz