Nie odkładaj marzeń na później. Ile razy się to słyszy, ile chwytających za serce wypowiedzi ludzi, którzy stoją na krawędzi życia, jest właśnie o tym – chwytaj dzień. Żyj tu i teraz. Słucha się tego i nie słyszy bo jakoś tak dziwnie człowiek ma w głowie poukładane, że zawsze myśli, że ze wszystkim zdąży. I zazwyczaj tak się dzieje, do chwili pierwszej diagnozy, pierwszego wypadku, osiemdziesiątki na karku albo ataku rwy kulszowej. Jakie to banalne, prawdziwe ale nudne. Będę się skupiać na wąchaniu kwiatków, jak zachoruję, powiem jej, że ją kocham jak zostanie mi tydzień życia potwierdzony przez lekarza. A na razie dam sobie spokój, naiwność cieszenia się z tego co się ma mnie zawstydza, bo w zasadzie nie mam zbyt wiele. Z drugiej strony jestem wdzięczna i zawstydzona podwójnie. Bo dziś spędziłam cały dzień w łóżku, w którym nie byłam w stanie leżeć – tak rwa kulszowa dotyczy mnie. Temat niezbyt wyrafinowany ale aby dodać pikanterii nadmienię, że jutro ja i moja corsusia jedziemy do Polski a to jakieś tysiąc dwieście kilometrów, by za pięć dni skoczyć ze spadochronem. Śmieszne to ogromnie, ponieważ teraz nie jestem w stanie przejść dwóch metrów do łazienki.
Od dwóch miesięcy, odliczałam dni do tego dzisiejszego, w którym będę się pakować, by wyruszyć na spotkanie siebie w przestworzach. Śniłam, że wyskakuję z samolotu, w tych snach czułam jak wiatr pieści moje ciało, czasem sen wymykał się spod kontroli i zmieniał sam z siebie tematykę, ale nie odbiegał od pieszczenia. W każdym razie, żyłam tym co miało się wydarzyć. Oczywiście zdawałam sobie sprawę, że popełniam błąd, ponieważ umyka mi codzienność, ale moja codzienność jest taka codzienna, że w ogóle przestała dla mnie istnieć. Godziny dłużyły się w nieskończoność, choć dostrzegałam w tym szansę na rozbudowę wyobrażenia mojego marzenia. Bo tak, ten skok to moje marzenie, dzięki niemu będę mogła się poczuć wyjątkowa, nietuzinkowa i w ogóle taka zwariowana. Bez niego jestem tylko sobą. I to nawet nie w pełni.
Dlaczego w ogóle o tym piszę? Od kilku lat szaleję za samorozwojem. I idzie mi z tym różnie, no ale podstawy opanowałam. Więc na spokojnie mogę powiedzieć, że jestem w czarnej dupie.
Ale kocham siebie. Czasami. Po pierwsze, uznałam, że mogę trochę ponaginać zasady Wszechświata, to znaczy trochę dopasować je do siebie. Więc cieszę się z tu i teraz a między czasie żyję marzeniem o tym co będzie potem. Po drugie, kocham siebie, ale nie zaszkodzi, trochę się pocisnąć i spróbować za wszelką cenę udowodnić światu i sobie, że robię i jestem kimś nieprzeciętnym. Na koniec, jeszcze wszystko to opisać w poście, bo mimo, że nie wchodzę już w rolę ofiary, to liczę na pocieszające komentarze.
I tak oto dochodzę do puenty, chodź chodzenie dzisiaj w moim przypadku to słowo na wyrost.
Cholernie mi żal siebie, bo prawdopodobnie będę musiała zrezygnować ze skoku ze spadochronem, ale tak naprawdę najbardziej to jest mi przykro, że wychodząc wczoraj z pracy, nie przytuliłam moich koleżanek, bo liczyłam, że zrobię to dzisiaj. A dzisiaj nie dałam rady dotrzeć do pracy. Więc zamiast wściekać się na Wszechświat jestem mu wdzięczna za ten zimny prysznic w postaci rwy kulszowej.
Bo oto, co dziś kolebie mi się po głowie – nie odkładaj marzeń na później, nie odkładaj życia na później i zauważ w końcu, że marzenia są tym co sprawia, że czujesz, że żyjesz. I tak naprawdę nie o skoki ze spadochronem chodzi, ale o ludzi, których chce się przytulać.
A na koniec jeszcze tylko jedna rada – nie odkładajcie golenia nóg na potem, potem może się okazać, że jest to ekstremalnie ciężkie zadanie.