Jaskółcz misja – kryptonim kupa

Jaskółcza misja – kryptonim kupa.

Jaskółka Krystyna zapikowała tuż nade mną. Potem stało się nieuniknione. Zrzuciła na mnie całą swoją frustrację, która dla mnie jako przedstawiciela ludzkiego gatunku, oznaczała szczęście. Ponieważ znam się trochę na lataniu, dwa razy skakałam w tandemie ze spadochronem i mam kurs teoretyczny niezaliczony, to wiem, że zrzucenie w cel czegokolwiek z powietrza jest nie lada umiejętnością. Krystyna musiała ćwiczyć to wcześniej na innych Basiach w Polsce i w Afryce. Mozolne ćwiczenia, godziny prób w Afryce, by w końcu w Polsce oprócz oznajmienia wiosny, oznajmić Sadowskiej, że spotkało ją szczęście. Wszystkiego tego dokonała dwudziestogramowa ptaszyna, która akurat wtedy w dupie miała szczęście jakiejś Sadowskiej.  

Historia Krystyny jest dość po ludzku banalna. W czasie, kiedy ona wysiadywała jaja, jej mąż łobuz fruwał sobie bezkarnie po okolicy i wyrywał inne jaskółcze laski. Wprawdzie ona rok temu, dała się skusić Arnoldowi, wysportowanemu osiłkowi o długich sterówkach, ale to był krótkotrwały epizod, pozostawiający jako konsekwencję, parę dodatkowych jaj w gnieździe. Kiedy Ignacy się zorientował, że jaja nie wykazują żadnego podobieństwa do jego rodu, trochę się zdenerwował, ale w końcu po paru cichych dniach, musiał przyznać, że sterówki Arnolda nawet na nim robią wrażenie. Udali się potem na wakacje do Afryki i tam pod wpływem cudownych widoków sawanny, a wcześniej pod wpływem tysiąca kilometrów podróży, na powrót zbliżyli się do siebie. Krystyna nie wiązałaby dzisiejszego szczeniackiego zachowania męża z tamtym wydarzeniem. W zasadzie w ogóle nie powinno jej obchodzić, że Ignacy lata po Chorzowie w poszukiwaniu przygód, dopóki wraca do gniazda z zakupami.  Ale w Krystynie coś pękło. Może chwila, w której Ignacy opuszczał gniazdo, w jakiś dziwny sposób, przywołała w jej pamięci, moment odejścia jej ojca? Poczuła, że na nowo budzi się w niej lęk separacyjny, którego doznała, kiedy nieobecny ojciec i zobojętniała matka, wypchali ją z gniazda, odmawiając karmienia.  I Krystyna nie wytrzymałą. Wbrew wielopokoleniowej tradycji, zdrowemu rozsądkowi i szacunkowi do samej siebie, wyruszyła za Ignacem, by na własne oczy przekonać się do kogo jej mąż się wymyka, dokonując przed wylotem z gniazda skrupulatnej higieny i oliwienia piór, by połyskiwały kusząco w promieniach zachodzącego słońca.

Prowadzona instynktem, szybko ich znalazła. Siedzieli na drutach wysokiego napięcia w okolicy Poczty Polskiej w centrum Chorzowa. Patrzyła na nich jak zahipnotyzowana, w zasadzie na swojego męża tylko. Już dawno, nie dostrzegała w nim przystojniaka o delikatnym ale po męsku zachrypniętym głosie. Nie pamiętała, że jego sterówki, choć nie tak imponujące jak Arnolda – za tę myśl szybko się skarciła – są jednak silne i nie raz uratowały im życie w drodze do Afryki. Spojrzała na swojego męża tak jak to robiła kilka lat temu z uwielbieniem a teraz robi to Andżelika, do której nawet nie może mieć za to pretensji. Małe serduszko filigranowej Krystyny, na moment się zatrzymało, by po chwili pod wpływem ludzkich słów dobiegających z dołu, z ławki na skwerku, zacząć bić jak szalone. Co usłyszała Krystyna, co spowodowało, że wkurw, który zgromadził się w niej musiał zmaterializować się w postaci kupy na moim ręku?  Otóż usłyszała narzekanie, moje wstydliwe przyznanie się do braku sukcesu w życiu. Dokonywałam tego wynurzenia w obecność mojej przyjaciółki, z którą nie widziałam się dwanaście lat z dręczącego wstydu, że sukcesu nie mam.

Krystyna się wściekła, bo uderzył ją bezsens takiego gadania. Ona bowiem doznała olśnienia, że prawdziwy sukces polega, na umiejętności dostrzegania w innych tego jakimi wspaniałymi istotami są oni i jak oni dostrzegają to samo w nas.  Tak więc Krystyna postanowiła zadość uczynić swojej wściekłości. Jak już wcześniej wspomniałam, najpierw zniżyła lot, upodabniając się do nietoperza, chcącego wplątać się we włosy, czym mnie przeraziła, choć bardziej przeraził mnie widok jej oka, w którym odczytałam to co powinnam – doświadczasz właśnie największego sukcesu w życiu, siedząc na tej ławce, z osobą, która po dwunastu latach, będąc po pracy wybrała spotkać się z tobą, zamiast pędzić do rodziny.  Krystyna wiedziała, że trzeba mi to jakoś uświadomić. Wprawdzie chciała mnie obsrać bo była wściekła na Ignaca, ale postanowiła wykorzystać ten wściek do czegoś pożytecznego i obsrać mnie z takową intencją.

Zrozumiałam przekaz od razu.  A działo się to w Dniu Przyjaciela, w ten dzień właśnie spotkałam się z Żanetą, licząc na sentymentalne spotkanie po latach. Okazało się, że z niektórymi ludźmi wspomnienia są fajne, ale najbardziej wartościowe jest to, że można być z taką osobą w tu i w teraz, bez potrzeby trzymania się przeszłości. Gdyby nie Krystyna pewnie bym sobie tego nie uświadomiła. Mój największy sukces w życiu, to relacje z ludźmi, którzy ciągle są przy mnie. I są zawsze, nawet jeśli mieszkamy tysiąc kilometrów od siebie, to ludzie, przy których jestem sobą, choć sama często nie wiem co to tak naprawdę znaczy. Moi przyjaciele to najwspanialsze osoby na świecie, jestem wdzięczna, że Was mam i że Wy macie mnie. To był magiczny dzień, ponieważ jaskółka Krystyna tak naprawdę wykonywała misję, powierzoną jej przez Martę, moją przyjaciółkę, z którą łączy mnie więź ponadwymiarowa. Marta zgadała się z Krystyną a Krystyna z Żanetą. Wszystkie tak to jakoś obmyśliły, żeby w końcu do mnie dotarło, jak wielkim szczęściarzem jestem.

Co do kłopotków małżeńskich Krystyny, no cóż w czasie kiedy Ignacy zawodził serenady Andżelice, Krystyna wsłuchiwała się w fałszywe śpiewki Arnolda, który im bardziej fałszował tym bardziej naprężał sterówki, a temu żadna jaskółka oprzeć się nie może. Z naturą nie wygrasz, trójkąty to znowu nie taka zła sprawa, stwierdziła Krystyna zasypiając przy dźwiękach pieśni Ignaca, wtulona w silne sterówki Arnolda.

Dodaj komentarz