Podobno podświadomość kocha rytuały i symbole. Postanowiłam więc poprosić wiejący dziś wiatr, by w symboliczny sposób a nawet w całkiem dosłowny, wywiał z mojego umysłu złe myśli. Po chwili zastanowienia stwierdziłam, że w sumie mógłby wywiać wszystkie, włącznie z tą dotyczącą tego co ma a czego ma nie wywiewać. Dla lepszego efektu i może bardziej efektywnego, wybrałam się nad morze bo mam blisko.
Szłam więc szargana to z prawa to z lewa przez wariujący z radości wiatr, który wyrwał się niczym filip z konopi, wypłoszony przez psy myśliwskie. Szłam i myślałam, choć wiatr powoli wywiewał mi myśli z głowy, pozostawiając gdzieniegdzie na poły urwane fragmenty – A więc to lekcje do przerobienia, nie ma się co porównywać z innymi, tak naprawdę nie lubię i nigdy nie lubiłam pracy fizycznej na etat, nic nie mam, nic nie osiągnęłam, jeszcze tylko kilka lat i co dalej? po co w ogóle to wszystko?.
Takie fragmenty jakiejś odwrotności tego co mogłoby się fajnie myśleć, zalewają mnie od jakiegoś czasu. I nie pomaga moja sprawdzona metoda ucieczki, bardzo inteligentnie kamuflowana potrzebą wyjścia ze strefy komfortu, ponieważ moja strefa komfortu wcale zbyt komfortowa nie jest. I jeżeli kiedyś sobie wyobrażałam, że jest to przytulne miejsce, jakiś mały domek na skraju lasu nad jeziorem, z pełnym wyposażeniem w sprzęt AGD , w dostęp do neta i bieżącą wodę, no to nie. To nie jest strefa komfortu. Ta moja pełna jest demonów i cieni z przeszłości uwieszonych na moich ramionach i ciągle zginających mnie ku ziemi. To miejsce, w którym złe i dobre mieszają się ze sobą, pozwalając mi zanurzać się w ich bladym blasku. Weranda z której w miarę bezpiecznie mogę oglądać szarpiące się strzygi nie mogąc jednak przekroczyć progu domu. Od kilkunastu lat stoję na tej werandzie, przemieszczając się z jednego jej kąta w drugi, nie za daleko domu i nie za blisko świata.
Tak więc dziś dostrzegłam szansę w wietrze, żeby z jego pomocą, wywietrzyć tę całą werandę, świat i dom.
Wiatr jak to wiatr, kiedy go o coś poprosić, ochoczo się zgodził i choć już nie mam długich włosów od dwudziestu dwóch lat, wplątywał się w krótkość mojej fryzury nie bacząc na śmieszność swoich poczynań.
Plącząc mi włosy zdołał poplątać myśli bardziej, niektóre wywalając na piasek niczym małe żyjątka z dna morza, które umarłe, wyrzucone zostały przez wzburzone fale.
Podchodzę do nich ostrożnie, bo choć martwe mogą jeszcze parzyć – weź przestań jesteś nie dość dobra, co z tego że nie palisz skoro robisz się coraz grubsza, po co w ogóle jesteś na tej ziemii, tak serio no po co, żeby na szklarni pracować?
Potem oddalam się od żywych trupów moich wdruków, które symbolizują obślizgłe żyjątka zalegające plażę. Nawet nie wiem jak się nazywają – zarówno te stworzenia morskie jak i moje przekonania, choć wspólnie wyglądają na rasową depresję.
A moja przewietrzona strefa komfortu zyskała nowe życie – nie jest już teraz wymówką i nie stanowi o lenistwie. To ciągle miejsce z którego warto wyjść, ale nie dlatego, że jest takie wspaniałe, ale właśnie dlatego, że nauczyłam się wmawiać sobie, że takie jest.
Chciałabym dzisiaj posiedzieć na tej werandzie, tak na spokojnie, bez wyrzutów sumienia, że siedzę i zobaczyć dlaczego do cholery wolę być tutaj zamiast gdzie indziej.