-No ja ciebie chłopie rozumiem, przecież taka pogoda nawet w Holandii rzadko się zdarza. Tak wiem, że teraz musisz przeze mnie rozplątywać sznurki spadochronu, czy jak to tam nazywasz, ale to do cholery nie moja wina, że wiatr mnie porwał i przywiał w sam środek twojej trajektorii. Więc po prostu się uspokój. Jak na kogoś kto uprawia sporty ekstremalne to ty strasznie nerwowy jesteś.
– Mogłaś uważać! – wydziera się na mnie facet w tak obcisłym stroju, że widzę żyłki na jego tyłku i trochę mnie to peszy, kiedy uzmysławiam sobie, że nie mogę przestać patrzeć na jego tyłek choć stoi do mnie przodem. No a wtedy ten obraz w ogóle wytrąca mnie z czegokolwiek- pewnie nie uwierzycie, ale zobaczyłam potencjalnych potomków tego pana.
Zrobiłam pauzę w pisaniu, bo sami rozumiecie, że pewne obrazy zasłaniają wszystko i zamiast klawiatury, te żyłki na tyłku widzę.
Opiszę całe zdarzenie od początku, bo może nie wszyscy siedzą w mojej głowie.
Poszłam nad morze i wpadłam na gościa, który skakał na desce. To znaczy pływał na desce ale przy okazji ma też spadochron i fruwa. Absolutnie to rozumiem, choć nie umiem. Rozumiem natomiast pęd ku adrenalinie i satysfakcję z robienia rzeczy, które zapierają dech w piersiach a nie są objawem chorobowym ale może i są bardziej, niż bezobjawowa choroba.
Kilka lat temu postanowiłam, że w okolicach urodzin będę robić dla siebie jakieś wyjątkowe rzeczy- nie będę ukrywać zależało mi na tym, by były to rzeczy spektakularne, ekstremalnie przyjemne. I tak dwa lata temu w ramach tego byłam na warsztatach rozwojowych w Portugalii u dr Izy Kopaniszyn – mentalny skok ze spadochronem. Cudowny czas, choć wiatr przemiany sponiewierał mi ego. Wracając z Portugalii nie byłam już tym samym człowiekiem, w końcu bardziej byłam sobą i to mnie zachwyca do dzisiejszego dnia, kiedy pozwalam sobie pamiętać jak wspaniałą istotą jestem. Bo wiem, że jestem poznałam ją wtedy nad oceanem.
Rok temu, postanowiłam skoczyć ze spadochronem fizycznie, doświadczyć oderwania od myśli. Udało mi się, tak bardzo, że potem skoczyłam drugi raz. W tym roku miałam zostać samodzielnym skoczkiem, zapisałam się na kurs, strzelił mi kręgosłup. Nici z prezentu na urodziny.
No ale wtedy pojawił się pomysł wyjazdu do Włoch – polecieć, potem pojechać, potem znów polecieć aż w końcu doszło do tego, że międzyczasie trafiła mi się nowa praca, choć miałam ciągle starą. Nigdy wcześniej nie zmieniałam pracy tylko dlatego, że nowa jest lżejsza i lepiej płatna. Krótkoterminowa – na kilka tygodni, ale niedawno sobie uświadomiłam, że miesiąc składa się z tygodni. A rok czy nawet lata całe to nic innego jak zbiór tygodni. Tak więc prezent w sumie fajny ale nie ekstremalny.
Nie musiałam długo myśleć – ekstrema samo zapukało do moich drzwi – weekend w Belgii z eks.
Połączenie mentalnego i fizycznego skoku ze spadochronem. Nagle wszystko poukładało się w całość – uraz kręgosłupa, zmiana pracy, to właśnie przyczyniło się do tego bym mogła spędzić sobie kolejne cudowne chwile i choć absolutnie nie byłam na to przygotowana – w ogóle się nie spinałam.
Dlatego kiedy dzisiaj ten pan tak się spienił, że wiatr rzucił mnie w jego sznurki, pomyślałam, że on jeszcze nie wie, czym jest ekstrema i dopóki, tak się gorączkuje, to pewnie żadnej przyjemności z tego nie ma. A skoro nie ma przyjemności – to jaki to ma sens?
Tak się go zapytałam, oczywiście w myślach i przed chwilą, w zasadzie teraz to robię – wtedy nie było sensu i tak by mnie nie słuchał.
A ja teraz w ramach kolejnego prezentu w okolicach urodzin, właśnie to robię – zadaję pytanie, na które nie znam odpowiedzi ani nawet nie wyobrażam sobie jaka może być. Jakie to niesamowicie ekstremalne jest – pozostawienie odpowiedzi komuś innemu i przyjęcie jej nawet jeśli wcale takiej się nie spodziewałam. Jejku ile obfitości w tym roku – dziękuję Wszechświecie.