Rozdział Pierwszy- Gejsza
Mała Kim od zawsze wiedziała, że miejsce, w którym się urodziła, na pewno nie będzie tym, w którym umrze. Kiedyś powiedziała o tym mamie, ale ta tylko spojrzała na nią – a że była mądrą kobietą, nie zaprzeczyła ani nie potwierdziła przeczuć córki.
Dzieciństwo Kim minęło zupełnie spokojnie. Jej rodzice nie byli zbyt zamożni ale ani ona ani jej dwójka rodzeństwa nie cierpiała również z powodu głodu.
Ziemia, której właścicielem był jej ojciec utrzymywała rodzinę na powierzchni życia klasy średniej. Cała trójka rodzeństwa chodziła do szkoły i choć nie było nawet co myśleć o uniwersytetach, to czytać i pisać umieli a że zdolni byli to i angielskiego się nauczyli.
Rodzina Kim miała mało wspólnego z innymi chińskimi rodzinami. Nie dlatego, że byli tacy wyjątkowi, wręcz przeciwnie byli zupełnie jak inni, tylko może trochę bardziej tajemniczy. A o ich tajemnicy milczała cała wioska już od dwóch pokoleń.
Nikt nigdy z Kim o tym nie rozmawiał, więc kiedy zaczęła wspominać o wyjeździe postanowiono to zignorować. Nie wiadomo skąd Kim dowiedziała się o planach, które istniały w jej rodzinie od dwóch pokoleń i dotyczyły wysłania członka rodziny do Europy – to właśnie owa tajemnica, którą znali wszyscy, ale o niej nie mówili nawet przed sen.
Kiedy ojciec usłyszał jak Kim wspomina matce o swoim przeczuciu, że to nie jest jej miejsce na ziemi, najpierw spanikował, a potem uznał, że oto dokonuje się przeznaczenie.
Wprawdzie liczył, że to jego syn, będzie tym wybranym, ale skoro los naznaczył Kim, nie miał zamiaru protestować. Wtedy Kim miała sześć lat, teraz ma dwanaście. I teraz jest ten moment.
Wioska leży niedaleko malowniczego miasteczka, które jest celem odwiedzin licznych grup turystów, przybywających w te rejony by podpatrzeć życie na chińskiej prowincji. Nie trzeba zapuszczać się zbyt daleko od Pekinu, dlatego jest idealnie – bezpiecznie i bezpiecznie.
Dużo turystów to dla miejscowych kłopot, ale przecież nieoficjalny. Tego roku dla rodziny Kim turyści to przepustka do Europy. Obserwacje trwały sześć lat. Ojciec był dobrym strategiem. Wiedział, że trzeba wybrać znudzonego życiem, podstarzałego biznesmena, w którym tli się jeszcze pożądanie na tyle silne, by nie wygasło po pierwszym stosunku, gdzieś w bocznej uliczce.
Tak więc kiedy znajdzie się już takiego turystę to on się z Kim ożeni i wywiezie ją z Chin jako swoją żonę. Problem polegał tylko na tym, by przekonać turystę do ożenku nie czyniąc mu przy tym krzywdy, choć takie sugestie otrzymał ojciec Kim od swoich przyjaciół z wioski. Bo choć nikt o tym nie mówił, to wszyscy zaangażowali się w realizację planu związanego z tajemnicą rodziny Kim.
Szantaż i groźby nie mogły mieć miejsca, mimo wszystko tutaj chodzi o dobro Kim, które mogłoby być narażone na chęć zemsty ze strony turysty, kiedy już szczęśliwie wylądują w jego europejskim kraju.
Nie pozostawało nic innego jak tylko wnikliwa obserwacja potencjalnych kandydatów, przebywających w wiosce od dwóch do czterech dni w zależności od rodzaju wykupionej wycieczki.
Paru zostało skreślonych zupełnie na początku- to ci bardzo hałaśliwi, którzy udają, że świat jest ich choć po raz pierwszy odważyli się wyjść z domu i po powrocie już nigdy, nigdzie nie pojadą. Będą tylko opowiadać anegdotę o tym, jak to nie dali się oszukać starej Chince na parę tych ich groszy. Sprytnie wywęszyli bowiem przekręt, polegający na chęci wciśnięcia im zgniłego jabłka. Nie dali się nabrać na ślepotę starej i przewrócili, niby przypadkiem, cały kosz z tymi zgniłkami. Uczyniło to z nich w ich własnych oczach – sprytnych i przebiegłych panów, umiejących zadbać o swój interes w każdej sytuacji, czym bez wątpienia zaimponowali swoim małżonkom a mieszkańców Chin czy innej Afryki po prostu zniesmaczyli.
Kolejni odpadli ze względu na zbyt posunięty wiek albo wręcz przeciwnie – na zbyt młody.
Akcja obserwowania turystów rozplanowana była co do najmniejszego szczegółu, mimo tego wyników zadawalających nie było.
Coś musiało zostać przeoczone, jakiś drobiazg nie dopracowany. Dyskusje na ten temat trwały często do bladego świtu, nie wnosząc nic prócz zwyczajowego kaca następnego dnia.
Kiedy w końcu głos zabrała matka Kim, wszyscy wiedzieli, że nastąpi zdiagnozowanie problemu i naszkicowanie rozwiązania.
– Kim będzie Gejszą.
Zdziwienie wszystkich było ogromne. Matce Kim od tej mądrości pomyliły się kraje i kultura. Gejsze żyją sobie spokojnie w Japonii a to przecież Chiny są. To nawet turyści wiedzą. Poza tym niech i tak będzie, tyle że to rozwiązanie a co ze zdiagnozowaniem problemu?
– Zauważyłam, że jeden turysta na breloczku przy kluczach ma wizerunek Gejszy, więc dajmy mu to czego mu brakuje, nawet kosztem prawdy.
– Breloczek z chińskim murem? – dopytywał ojciec
– Nie, kochanie, zrobimy z Kim Gejszę, w której zakocha się turysta.
– Świetnie, tyle że Kim już jest za stara na Gejszę ma dwanaście lat, poza tym skąd weźmiemy te wszystkie stroje? No i co to w ogóle ta Gejsza?
– Ja zajmę się szczegółami, Gejsza to prostytutka, ale tym nie zawracaj sobie głowy, twoja rola polega na odseparowaniu tego turysty od reszty grupy. Musisz się postarać, bo przyjechał na wycieczkę z matką.
– Kochanie ale to miał być dorosły mężczyzna a nie jakiś podlotek.
– Doskonale zdaję sobie z tego sprawę – to jest około czterdziestopięcioletni mężczyzna.
– Który podróżuje z matką? Hmm przypadek naszego sąsiada, więc poproszę go o pomoc.
– Świetnie a teraz bierzmy się do pracy.
Mama zawołała Kim z samego rana, choć nie miała wcześniej takiego zwyczaju. Dzisiaj jednak dokonywało się przeznaczenie, dlatego nie było mowy o powtarzalności zdarzeń w kolejności do której całe pokolenia były przyzwyczajone.
Po zasięgnięciu opinii sąsiadek, które miały mgliste pojęcie nie tyle o tym czym gejsza jest ale, że w ogóle istnieją inne państwa, w tym także Japonia, nie było już więcej czasu do stracenia.
Mama Kim była oczytaną osobą i pamiętała, że w jednej książce czytała o gejszach, różne rzeczy, w tym jak się ubierają. Niestety nie było tam fotografii, jedynie rysunek, który przypominał, ten z breloczka turysty.
Tak więc babci Kim przypadła misja zdobycia breloczka w najmniej inwazyjny sposób z możliwych. Miała do tego użyć, jako narzędzia swojej ślepoty.
Oczywiście się jej udało, okazało się, że nawet nie bardzo musiała się wysilać. Turysta sam zgubił klucze, dokonując niekontrolowanego zakupy ulicznego jedzenia.
Zaopatrzone we wzór odzieży – kobiety z wioski mogły zabrać się za szycie i to też uczyniły.
Pewnie plan nigdy nie doszedł by nawet trochę dalej, gdyby nie powódź, która zupełnie przypadkowo nawiedziła wioskę, zatrzymując wycieczkę na kolejny tydzień a po tygodniu, na jeszcze jeden.
Ten czas był na tyle wystarczający, by Kim została zaopatrzona w najpiękniejsze i najbardziej dziwaczne kimono pod słońcem. O jego dziwaczności nie wiedział nikt, nikt bowiem, nigdy na oczy nie widział prawdziwego, więc sprawa rozeszła się po kościach. Największy problem był z włosami – Kim od zawsze miała krótką fryzurę, żeby włosy nie wplątywały się w gałęzie drzew, po których uwielbiała łazić.
Gejsza musiała mieć włosy na tyle długie by zrobić z nich taką klasycznie nie budzącą żadnych innych — prócz gejszowych- skojarzeń. Po tygodniu wszystkie kobiety zgodnie stwierdziły, że z pustego nie naleje nawet Salomon, czego dowiedziały się, przesiadując na zmianę w bibliotece, w której były dwie książki – biblia i jakaś taka czerwona, zupełnie nie dotycząca snów i podświadomości w sposób w jaki należałoby się spodziewać znając świat z perspektywy fizyki kwantowej. Problem fryzury więc został rozwiązany poprzez zaprzeczenie, że w ogóle istnieje.
Pozostał jeszcze makijaż- tym zajęła się już sama mama Kim. Jakoś tam coś porobiła przy twarzy córki, która po godzinie przestała być podobna do kogokolwiek – więc komisyjnie stwierdzono, że wypisz, wymaluj- gejsza.
Przekształcenie małej wiejskiej Chinki w Gejszę, pod względem fizycznym może i jest możliwe, jeżeli natomiast chodzi o mentalność i wszystkie rytuały związane również z parzeniem herbaty, które Gejsza znać musi- no cóż, pewnie też by było możliwe, gdyby ktokolwiek wiedział, że coś takiego istnieje.
Tak czy siak Kim narodziła się jako Gejsza. Pora wprowadzić w życie plan zapoznania z nią turysty.
Rozdział drugi – konfrontacja.
Matka turysty była dziarską staruszką, która miała serdecznie dość fanaberii syna. Chciała, żeby po zobaczeniu kawałka świata, przestał w końcu bujać w obłokach i wziął się porządnie za rozwijanie rodzimego interesu hodowli pomidorów.
Chciała by ożenił się z jakąś porządną holenderską dziewczyną i mimo, że istniało ryzyko, że może to być jego kuzynka – bowiem, tylko ich rodzina jest porządna – to mimo wszystko warto jednak zaryzykować.
Syn jednak wykazywał zupełnie inne zainteresowania i wprawdzie szły one w kierunku kobiet ale zupełnie o wiele dalej na wschód niż serce matki, mogłoby przypuszczać. Pewnego dnia, naruszając odwieczne prawo do prywatności, wtargnęła do jego pokoju. To co ukazało się jej oczom, na początku ją sparaliżowało, wywołując mały lewopółkulowy wylew, po czym zupełnie przez przypadek ją olśniło. Jej syn miał obsesję na punkcie Japonii. Na ścianach jego pokoju wisiały plakaty wymalowanych panien o niezdrowym odcieniu skóry, w różnych pozycjach i konfiguracjach.
Po wnikliwym zbadaniu objawów obsesji, z którymi w tak drastyczny sposób się zetknęła w pokoju swojego syna, zapobiegawcza matka, postanowiła zorganizować wyjazd, by obsesja syna skonfrontowana z rzeczywistością, sama się wypaliła. Motyw ognia pojawił się jako pierwszy w odpowiedzi na upstrzone plakatami ściany.
Plan musiał być dopracowany i przebiegły. Wprawdzie jej syn nie należy do zbyt lotnych umysłowo, no ale całkiem głupi też nie jest. Ma czterdzieści pięć lat i matka go ciągle utrzymuje – do tego trzeba sprytu i umiejętności wzbudzania poczucia winy u matki, która kiedyś za bardzo go walnęła w głowę będąc raz w życiu pod wpływem marihuany.
Trzeba było myśleć szybko – nigdy nie wiadomo, kogo syn jutro może przyprowadzić do domu. W tych czasach, w tym państwie, jest więcej cudzoziemek niż kuzynek.
Plan był prosty, trzeba obrzydzić synowi Japonię wywożąc go do Chin i wmawiając, że tak właśnie wygląda wymarzony przez niego świat. A jak mianowicie, miały wyglądać Chiny w czasach, w których matka turysty go chce tam zawieźć? Zabita deskami wioska, pełna małych ludzi, ubranych w łachmany.
Żadnych trupiobladych mimoz, czy jak się nazywają te kobiety z plakatów. Tutaj matka turysty zdała sobie sprawę ze swojej ignorancji i postanowiła, całkiem słusznie zresztą, że dopełni swoją wiedzę o znajomość kultury japońskiej, by tym łatwiej manipulować faktami.
Zabranie syna na lotnisko i wmówienie mu że Chiny to współczesna Japonia, naprawdę nie kosztowało ją zbyt wiele wysiłku, wzmogło jednak wyrzuty sumienia, że tamto uderzenie go w głowę było o wiele poważniejsze niż myślała.
Po dotarciu na miejsce, szarość naprawdę rozczarowała wiekowego młodzieńca z Europy. Jego nadzieja uwiesiła się wizji miasteczka, według przewodnika- pełnego wschodnich tajemnic.
Niestety tam nie dojechali. Ze względu na nieprzewidzianą przez prognozę pogody powódź, utknęli w jakieś obślizgłej wiosce pod Pekinem, albo pod Tokio, jak myślał jej syn.
Mimo wszystko, matka turysty nie mogła narzekać – jej plan, pozbycia syna pasji związanej z Japonią świetnie się sprawdzał. Turysta zaczął wykazywać znudzenie, brak zainteresowania nowościami a nawet wspomniał kilka razy o kuzynce Marian.
Dni płynęły powoli jak zabrudzona woda ulicami wioski, nawet nie ulicami tylko tak gdzie popadnie bo ulic nie było. Pewnego dnia turysta zgubił nawet breloczek z Gejszą i prawie tego nie zauważył. Na pewno w każdym razie nie było mu żal.
Chodził więc taki sobie nawet i wesoły i smutny, jadł, rozmawiał z mamą i zaczynał już tęsknić do swoich, ale po prawdzie maminych pomidorów, aż stało się to nieuniknione. Przed nim ni stąd ni zowąd, w ciemnym, oświetlonym tylko bladością jej twarzy zaułku, pojawiła się ona – Gejsza z krwi i kości. Niczym zjawa jakaś, bo z pewnością nie anioł – ich nie ma na wschodzie, tak sobie szybko turysta pomyślał.
Była piękna w swej niedoskonałości. Wzrostu za dużego, prawie takiego jak on, w krótkich włosach, które dziwnie nastroszone, przypominały mu fryzury kobiet w zwykły wietrzny dzień w jego kraju.
Twarz miała białą, poprzecinaną bruzdami jakimiś, tak jakby zapomniała, że jest umalowana i co chwilę to sprawdzała, powodując prawdziwą katastrofę. Nie było w niej nic z usłużnej istoty, jaką powinna być, ale przecież skąd turysta miał o tym wiedzieć.
Spojrzała na niego przeciągle, zasiewając ziarno ciekawości i pożądania i zniknęła, odwróciwszy twarz, przez co sprowadziła na zaułek totalną ciemność.
To co stało się w duszy turysty, nie sposób opisać – jego matka jednak zdołała to zrobić krótko i dosadnie – jej syn zwariował.
Rozdział trzeci – wyjazd
Pewne wydarzenia zostały owiane mgłą zapomnienia. Należy do nich wyjazd z rodzimej wioski, poprzedzające je pożegnania i ślub, który musiał się odbyć, inaczej bowiem nie było by mowy o wyjeździe.
Wiele rzeczy w życiu można zakopać głęboko w pamięci, tak głęboko, że nawet gdy po latach ktoś stara się dotrzeć do prawdy trafia tylko na szkielet. Pod tym względem życie jest łaskawe.
Mimo, że Kim nie pamięta samej drogi do Holandii, doskonale pamięta chwilę przybycia do małego miasteczka pod Amsterdamem. Padał deszcz i było naprawdę zimno jak na sierpień. Zadbane ulice wydawały się jakieś nieprzyjazne, wręcz martwe. Drzewa rosły równo i nienaturalnie, Kim pamięta uczucie, które wtedy nią zawładnęło i nigdy już jej nie opuściło – była to gęsta, głucha, nieprzenikliwa pustka.
Urokliwość miasteczka poprzecinanego kanałami, uśmiechy ludzi oraz sklepy kolorowe od różnego rodzaju produktów, urzekały Kim, która mimo pustki postanowiła zaadoptować się tutaj, gdzie przecież będzie jej lepiej niż było jej tam skąd pochodzi.
A pochodziła, jak dowiedzieli się jej nowi sąsiedzi z Chin, choć jej przodkowie byli Japończykami i stąd jej wygląd gejszy.
Nikt z sąsiadów nie wydał się zaskoczony tym, że Kim tak szybko stała się żoną Johana, ani nawet się nie zdziwił, że jego wybranka ma dwanaście lat. W zasadzie nikt o tym nie wiedział, żaden urząd w Holandii nie podważył prawdziwości aktu ślubu, na którym wyraźnie stało, że Kim właśnie teraz za dwa dni czyli piętnastego sierpnia skończy dwadzieścia jeden lat.
Tylko Kim wiedziała ile ma lat i jej rodzice, którzy przecież w realnym świecie nie istnieli, a w tym alternatywnym, wiek Kim nie miał najmniejszego znaczenia.
Po kilku tygodniach przebywania w Holandii, Kim zaczęła dokładniej rozglądać się po okolicy i udało się jej nawet trafić do chińskiej dzielnicy, w której spotkała wielu życzliwych ludzi i jeszcze więcej mniej życzliwych . Pomogło jej to jednak na tyle, by mała chińska dziewczynka, absolutnie zależna od swojego męża półgłówka, zaczęła myśleć o swojej przyszłości. I wtedy również przyjrzała się ludziom, zamieszkującym ten kraj. Zdała sobie sprawę, że przysłowie, które za dziecka często słyszała, o tym, że gdy wieją wichry zmian jedni budują wiatraki a inni mury, dotyczy tych właśnie ludzi, ponieważ nigdy wcześniej w życiu nie widziała tylu wiatraków, a jak na ironię to jej państwo słynęło z muru.
I chyba dzięki temu, że trafiła do tego kraju po raz pierwszy zrozumiała to przysłowie a może jednak dzięki starej Lin, która wytłumaczyła jej, że czas w tym państwie nie jest jej sprzymierzeńcem i pora wziąć się za siebie – oznaczało to tyle, że trzeba było przestać być Gejszą. Nie było mowy o tym, by pracować u męża w szklarni – jakoś nawet sama teściowa nie brała tego pod uwagę, chyba z obawy, że ktoś w końcu zacznie podważać czystość małżeństwa jej syna.
Szczególnie można się obawiać Polaków zatrudnionych w szklarni, wielu z nich bowiem to dość inteligentne osoby, z jakimś tam wyższym nie rzadko wykształceniem.
Z tegoż to między innymi powodu no i chyba też z lekko perwersyjnej chęci trzymania żony w złotej klatce, nie było jej dane przepracować nawet jednego dnia w szklarni.
By jednak nie zrywać ze swoimi korzeniami, których nie do końca była pewna, postanowiła przypatrzeć się innym kobietom z jej pochodzeniem, zamieszkujących jej okolice. Co ciekawe, każda świetnie sobie radziła prowadząc swój własny interes. Tak jakby nie były sprowadzone do tego kraju przez mężczyzn, przez co do końca życia miały być im posłuszne wręcz usłużne.
Czasy kupowania sobie służących już dawno minęły i wprawdzie sypianie ze starym, obleśnym mężczyzną nie należy do przyjemnych, to jednak po wszystkim można wyjść z domu i zaczerpnąć powietrza, jak każda wolna, niezależna kobieta. Seks nie jest wygórowaną ceną za wolność – tak tłumaczyła Lin, wciskając w dłonie Kim zawiniątko z jakimiś ziołami, które koniecznie miała wsypać mężowi do piwa. Zioła wkrótce się skończyły podobnie jak i wymagania łóżkowe męża, który mimo wszystko wydawał się nad wyraz szczęśliwy z możliwości posiadania tak egzotycznej żony. Matka Johana również była szczęśliwa, ponieważ mimo swojej szeroko zakrojonej tolerancji, nie dałaby rady bez kolejnego wylewu zdzierżyć chińskiego wnuka
Tak więc życie było dla Kim łaskawe, nawet wtedy, kiedy podjęła pracę jako masażystka. O tradycyjnym masażu chińskim dowiedziała się na kursie organizowanym przez Urząd Pracy w Rotterdamie. Ukończyła kurs z wyróżnieniem, może dlatego, że prowadząca – młoda holenderka, od początku darzyła ją ogromnym szacunkiem. Można było zaryzykować stwierdzenie, że prowadzącej jest głupio mówić o starożytnej technice masażu komuś kto ma ową technikę w genach, dlatego cokolwiek Kim mówiła czy robiła, absolutnie nie było poddawane w wątpliwość.
Niestety jednak, pochodzenie nie oznaczało w przypadku Kim odziedziczenia uzdolnień i umiejętności, ale mimo wszystko pomogło w otwarciu i rozreklamowaniu jej własnego salonu.
Zdarzało się, że klienci wychodzili od Kim niezadowoleni, nikt jednak nigdy w twarz jej tego nie powiedział. Ona była Chinką, więc na pewno znała się na masażu, a że mięśnie bolą za bardzo czy skóra jest poparzona, bo bańki jednak źle postawione były – no cóż bez ryzyka nie ma co marzyć o obcowaniu z egzotyczną urodą i umiejętnościami Kim.
Droga Kim z małej wioski pod Pekinem do małej wioski pod Amsterdamem, nie była długa, choć może nie dla wszystkich wyobrażalna. Zajęła jej dokładnie tyle czasu, który Wszechświat zarezerwował na jej dzieciństwo, o czym wcale nie chciała pamiętać.
Kim od zawsze wiedziała, że opuści Chiny. Miała takie przeczucie. Rozmyślała o tym całymi dniami w sierocińcu. W jej życiu nie było nigdy mądrej matki ani w miarę bogatego ojca. Nie było również przyjaznych mieszkańców wioski, którzy pomogliby jej zorganizować wyjazd do lepszego kraju.
W jej życiu był za to przypadek, który pewnego dnia sprowadził do sierocińca grupę turystów uciekających przed powodzią.
Dziś Kim ma swój salon masażu, który o dziwo jeszcze funkcjonuje, mimo licznych skandali związanych z brakiem profesjonalizmu właścicielki. Ma również męża, który na swój sposób ją kocha i kolekcję motorów. Kim bowiem nie należy do typowych chińskich pań w średnim wieku – nigdy też nie należała do typowych chińskich dziewczynek i z pewnością nie będzie też typową starą chińską panią.
Jako świadoma kobieta, Kim dokładnie wie, jak wyglądałoby jej życie, gdyby została w Chinach, wie również, że to jak wygląda jej życie teraz zależy tylko od niej. I to jest jedyne o czym mała chińska Gejsza chce pamiętać, patrząc na mnie z zdjęcia a może nie na mnie, ale na dojrzałą kobietę, która w motocyklowym stroju ma zamiar postawić mi bańki.