– Dzień dobry, witam na terapii rodzinnej. Bardzo się cieszę, że zdecydowaliście się skorzystać z moich usług, tym bardziej, że nie mam żadnych zadawalających wyników i każda para, która wychodzi z mojego gabinetu bez skrupułów obsmarowuje mnie w internacie.
Nie jesteśmy tu jednak po to, żeby dyskutować słuszność obsmarowywania mojej osoby, choć niewątpliwie pomogłoby to wydłużyć czas wizyty, za którą płacicie.
Skoro ciągle milczycie, to może powiem parę słów o sobie – jestem Nikiforem wśród psychologów albo jak wolicie – psycholożką amatorką. Nie będę się przedstawiać z nazwiska, ze względów oczywistych, wystarczy, że znacie mój pseudonim w sieci. Od kilku lat skutecznie pomagam parom zrozumieć, że nie potrafię im pomóc. Na tym polu mam niemałe osiągnięcia – dziewięćdziesiąt dziewięć procent małżeństw różnej konfiguracji, po rozmowie ze mną stwierdza, że nie tylko nie nadają się do wspólnego życia, ale również osobno to już nawet nie bardzo.
Tak więc, nie przedłużając zbytnio, ponieważ bardzo nudzi mnie patrzenie na wasze twarze, skupię się przez pięć minut, a wy opowiecie mi o sobie.
Zbita z tropu takim przywitaniem, Vita zaczęła nerwowo rozglądać się po gabinecie. Wprawdzie ekran w telefonie zajmowała twarz psycholożki, ale odchylając głowę, można było dostrzec kilka szczegółów. Pierwszą rzeczą, na jaką zwróciła uwagę, był stojący na parapecie kot machający do niej łapką. Kojarzyła go ze sklepu chińskiego. Nigdy jakoś jej się nie podobał, był zbyt wymalowany jak na kota. Podskórnie wiedziała jednak, że nie jest to zwykła zabawka a jego mechaniczne machanie ma znaczenie duchowe. Vita w ogóle bardzo było związana ze skórą, wręcz od niej, na jakimś poziomie zależała. Nie była to taka zależność, którą dzieliła z Wątrobą czy Nerkami, ale podczas wiosny i lata w tym klimacie, miała kluczowe znaczenia dla jej funkcjonowania.
Na ten moment jednak postanowiła uciszyć myśli i pozwolić się prowadzić terapeutce. Ta nie czekając na ich odpowiedź, zaczęła mówić.
– Z tego czego nie powiedzieliście, wnioskuję, że wasz związek jest toksyczny – wypowiedziała to zdanie w zwolnionym tempie, podkreślając tym ich znaczenie a może po prostu zapełniając w ten sposób pustą przestrzeń między słowami, których oni nie byli w stanie wyartykułować.
– Czy ja bym mogła jednak coś dodać do pani słów? – Vita odważyła się zareagować. Wiedziała, że od jej zaangażowania zależy jej życie i życie jej partnera Organizmu.
– Oczywiście, zanim jednak pani coś powie, proszę o uważniejszy sposób zwracania się do mnie – proszę mi mówić Pani Doktór, tak będzie łatwiej dla nas wszystkich, pomoże nam to zachować odpowiednie proporcje i ustali pozycje – ja wyżej, wy niżej.
– Także Pani Doktór, to wszystko jego wina – mówiąc te słowa Vita z wielką czułością pogłaskała swojego partnera po podudziu, powodując w nim nieoczekiwane ożywienie.
– Mamy jeszcze pół godziny, za wcześniej na takie podsumowania – psycholożka wyraźnie się zdenerwowała – proszę powstrzymać się od bezzasadnych oskarżeń. Wina to pojęcie względne a to ja jestem od formułowania pojęć i ich relatywności, jako zupełnie subiektywny obserwator, używający naukowego żargonu.
– Tylko, że zaraz będzie piętnasta a na tej szerokości geograficznej po prostu zniknę. Tym bardziej, że jedyna przestrzeń- jak pani doktor zauważyła – dostępna dla mnie to podudzia i ramiona partnera, a ramiona ma zakryte, zgodnie z pani wymogami przekazanymi nam mailowo, że na sesję przez skaypa, trzeba się ubrać w garnitur.
– Hmm, ciekawe spostrzeżenie, nie wiem które czy to pani, czy moje, raczej pani, bo moje zawsze są ciekawe. Dobrze więc, co do tych podudzi, pani wyjaśni, ale szybko, żeby nie marnować czasu.
– Otóż Pani Doktor, Doktór – mój partner Organizm, nie bacząc na moje szczęście, ba nawet na elementarne i podstawowe moje potrzeby, zdecydował, że zamieszkamy w Holandii. W kraju, w którym królową jest depresja, morze jest na górze a słońca nie ma w ogóle kompletnie. A dobrze wie, że grozi mi to śmiercią, a jak mi to i jemu. Więc on chce się zabić albo zabić mnie, zabijając siebie.
– Chwileczkę proszę pani, tak dla jasności – porady z zakresu kryminologii wymagają dodatkowej opłaty, proszę kiwnąć głową, jeśli pani zrozumiała.
– Mogę odpowiedzieć, jestem plejotropowa.
– Proszę nie wprowadzać słów, które mogą wywołać problemy interpretacyjne albo są nieznane ogółowi w mojej postaci – zmitygowała ją psycholożka.
– Przepraszam Pani Doktór, ale tak mam. Poza tym buduje kości, wspomagam układ krążeniowy, zapobiegam bezsenności, o ile jestem za nią odpowiedzialna, bo różnie bywa. No i wspieram odporność. Wszystko na raz, wszystko dla niego- oj ja niedoceniona!
– Kochanie, nie ma układu krążeniowego, przynajmniej na tej planecie – ku zaskoczeniu pań, odezwał się organizm.
W jego słowach dało się wyczuć wyraźny dystans. Ciężko określić, wobec czego i kogo, ale on tam był. Razem ze zmęczeniem i ręką w gipsie. Obraz nędzy i rozpaczy, który prezentuje sobą ktoś, kto wbrew rozsądkowi postanawia rozwieść się z partnerką stanowiącą jakość jego życia albo i samo życie.
– Pani Doktór to słyszy? On podważa wszystko czym jestem, co robię, co jest moim sensem istnienia. Czepia się szczegółów, a że badania niby potwierdzają, ale nie były tak naprawdę wiarygodne, a to znowu, że nie jestem tym kim jestem, że niby nie Vita, a Prohormon.
Tak jakby nazwa miała znaczenie, gdyby czytał Szekspira to by wiedział, że imię znaczenia nie ma więc czemu nie używać ładniejszego?
– Nie czepiam się kochanie, jestem zmęczony tylko. Kiedy się poznaliśmy byłem noworodkiem. Nie miałem świadomości, że będziesz ze mną do końca życia. Wszystko co robię, naraża ciebie i mnie na kiepskie życie. Nie mogę nawet wyjechać, bo zaraz się wściekasz i znikasz nie wiadomo, gdzie. Malutki stresik powoduje, że wyprowadzasz się do matki na kilka tygodni zabierając peptydy ze sobą.
– Peptydy to wasze dzieci? Jako Doktór muszę wiedzieć, czy jesteście dzietni.
– A czy dzieci są antybakteryjne? – pytanie zadane wprost psycholożce, spowodowało zakłócenia w przekazie internetowym.
– Halo, jesteście tam jeszcze coś na łączach przerywa.
– To nie łącza Pani Doktór. Łącza są w porządku w przeciwieństwie do jego opinii na mój temat, a ja to wszystko dla niego, żeby się opamiętał, otworzył umysł, dopuścił do siebie trochę wiedzy, może kiedyś i dzieci się pojawią. No to jak już w ogóle nie zwraca na mnie uwagi to się wyprowadzam, ale zamiast reakcji z jego strony jest tylko apatia, łamanie członków, sprowadzanie patologicznych znajomych, Nowotworów spod budek z piwem i tej lafiryndy Cukrzycy.
– W porządku, wróćmy do dzieci i łączów, łączy, więzi- kolejny raz w swojej karierze, psycholożka zaczęła bardzo nie lubić swojego klienta i zupełnie z tym nie walczyła.
– Nie ma żadnych dzieci! – Organizm się zdenerwował, odkąd oddalili się z Vitą łatwo ulega irytacji.
– Nie unosi się, bo zaraz zakończę to bezsensowne spotkanie. Pani już dawno powinna go zostawić. Mówiąc te słowa, psycholożka jednocześnie wsłuchiwała się w ich dźwięk – jakie to zaskakujące -pomyślała – że można mówić i słyszeć jednocześnie, nie kontrolując zupełnie tego co się mówi.
Vita nie może znieść widoku ukochanego w takim stanie, dlatego nie słucha krzyków dobiegających z łączy. Kiedyś często zwracała się o pomoc do przyjaciółek. Spotykały się na brunczach zajadając tłuste, morskie ryby. Solidarność kobieca powodowała, że Wątroba i Nerki współczuły Vicie. Pożyczały jej trochę pieniędzy, namawiały na spacery w środku dnia. Jakoś ją wspierały. Tylko, jak to bywa z przyjaciółkami, po pewnym czasie przestało im się chcieć wspierać kogoś, kto sam nie ma zamiaru wyjść z bagienka. Bo tak to już jest, w gówno jest się i może wpychanym, ale otrzepać się z niego trzeba samemu. A Vita przywykła to swojego smrodku a jej przyjaciółkom odechciało się udawać w restauracjach, że to zapach z kanalizacji. Poza tym lista knajp, w których się spotykały szybko zapełniła się tymi, do których nie miały wstępu, ze względu na restrykcje sanitarne. Wątroba i Nerki wiedzą, że niedługo już nigdzie nie będą mogły wychodzić.
– Pani Doktór, chyba sama pani dostrzega, że życie w takich warunkach nie jest normalne. Ta odpowiedzialność mnie zabija. Nie mogę znieść myśli, że ciągle muszę o nią dbać, sprawdzać jej poziom we krwi, tak jakby świadomość tego, że partnerka żyje dosłownie w twoim wnętrzu, nie była już dostatecznie okrutna. No i to jej gwiazdorstwo w ostatnim czasie. Te wyjazdy na badania do Stanów, Szwajcarii, Hiszpani, jakby nie było oczywiste, że w Hiszpani to ona ma się dobrze.
– O czym pa mówi, o tym na literę K, co to teraz świat tym żyje i szuka sposobu, by wiadomo co?
– Nie, ja mówię o tym na literę C.
– A to nie mówimy jednak o tym samym – w twarzy psycholożki dało się zauważyć pierwsze oznaki znużenia i coś jeszcze, jakiś przebłysk w kierunku Vity. Zaskoczona tym auto spostrzeżeniem, zaczerwieniła się nieprofesjonalnie – no tak – pomyślała – chyba mi jej zaczyna brakować.
Trochę to dziwne biorąc pod uwagę wszystkie społeczno – kulturowe naleciałości, którymi została namaszczona.
– Mam już dość tych pierdół – psycholożka uznała, że najwyższa pora zakończyć sesję i udać się w świat fantazji, w której główną rolę odgrywać będzie Vita.
– Ale my jeszcze nie skończyliśmy – ze łzami w oczach wyszeptała Vita.
– I nie skończycie – odpowiedziała Pani Doktór, mrużąc zalotnie oczy.
– Ale przecież…
– Żadnego przecież. Organizm musi się pogodzić z twoją chorobliwą, zdrowotną chęcią dominowania w jego życiu. Nie macie dzieci, więc powiedzenie do niego, nie bądź dzieckiem, nie zostanie przez niego zrozumiane.
Uwaga ta zaimponowała parze bystrością diagnozy.
– Co do ciebie, to znaczy pani, Vito, mam propozycję, czysto terapeutyczną. Tak się składa, że w przyszłym tygodniu wyjeżdżam na wakacje do RPA. Zapraszam panią ze mną.
– No ale ja nie mogę, tak bez partnera.
– Ależ może pani! Jego i tak zatrzymają na lotnisku.
– Tyle, że on beze mnie to nawet na lotnisko nie dojedzie.
– Czyż to nie lepiej?
– Ale ja go kocham.
– Syndromem sztokholmskim zajmiemy się na wakacjach. Teraz kończę, bo mam rozprawę sądową.
– Oj poważnie brzmi.
– Brzmi poważnie, ale nie jest poważna, jakieś tam oskarżenia o rozbicie małżeństwa, które i tak było w rozsypce. Także Vita pakuj się. Podjadę po Ciebie jutro albo dzisiaj.
– Ale wyjazd miał być w przyszłym tygodniu.
– No cóż, ale ja bez ciebie żyć nie mogę. Do zobaczenia za godzinę, zjemy łososia w solarium, choć tyle tam słońca co w waszym pożałowania godnym związku.