Skrzatołapy i tajemnica znikających pięćdziesiątek

 Mówili o nich ludzie z lasu. Na początku było to dla nich krępujące – raniło jak nowe buty. Z czasem, przyzwyczaiwszy się do tego poczuły dumę. Zanim jednak ten czas nastąpił, musiało upłynąć wiele wody w rzece, wielu ludzi musiało odejść. Taki przecież jest porządek świata. Nic nie jest nam dane na zawsze i nic nie jest nam dane przez przypadek.

Chcielibyście pewnie usłyszeć, jak to się stało, gdzie był początek i jak to wszystko się tkało, zanim znaleźliście się w tym miejscu, w którym teraz pochylacie się nad tym tekstem.

Otóż początek zawsze jest umowny – można przyjąć, że jest nim czas narodzin – ale nie jesteście tacy naiwni, żeby w to uwierzyć. Ja nie jestem.

Zakładam więc gumowce, ciepły sweter i ruszam w poszukiwanie odpowiedzi w głąb lasu. Może, jeśli będę miała szczęście Brzoza Szamanka wyśpiewa mi pieśń o Ludziach z Lasu? Może jeśli, albo jeśli – pytania i wątpliwości się piętrzą, oczekiwania ranią stopy – tak, one też są jak ludzkie gadanie.

Wędrując krętymi ścieżkami, co rusz potykam się o uschnięte gałęzie, niszczę kopce mrówek, a ich rozpacz rozdziera mi serce. Ta droga nie jest przyjemna, tyle trzeba zabić – również w sobie – by móc wejść w dzikość lasu. Mogłabym przecież zostać, odpuścić, zapomnieć. I ta ja, która urodziła się pierwsza właśnie tego chce – ta jasna ja – naiwna, dobra, czysta. I kiedy już podejmuję decyzję – pojawia się druga ja – ciemna ja – niesforna, wściekła i zła. Kłócą się we mnie a ja przysłuchuję się z ciekawością – bo skoro ja słucham- to kto się kłóci? Uderza mnie moja wielość we mnie – wzbudza strach i pewnie bym umarła z tego lęku, gdyby nie Brzoza Szamanka, która przytula mnie do siebie i daje mi coś czego nigdy jeszcze nie zaznałam – ciszę pieśni.

Syta poczuciem bliskości z czymś więcej niż tylko swój strach – idę dalej. Przedzieram się przez obfitość splątanych ścieżek, szeptów i dźwięków tak pięknych, że już na zawsze tylko tam będę chciała wracać. Wilgoć umierających paproci drażni mi nozdrza, wędruje z krwią w najdalsze zakamarki ciała – tak, teraz już na zawsze będę częścią tego lasu. I dziwne, bo nie chcę uciekać. Słońce przedziera się przez liście – pieści je delikatnie, one naprężają swoje żyłki – widzę to tak wyraźnie, każdy fragment skóry pragnie poczuć tę pieszczotę, zazdrość miesza mi zmysły – słyszę ten obraz, widzę to westchnienie– Słońce to wytworny kochanek – już na zawsze – znowu – będę chciała tam wracać.

Któregoś ranka przysiądę się do dwóch kobiet. Będą siedziały na złamanym drzewie zagarniając przestrzeń w swoje serca. Kiedy je zauważę świat wokół nich będzie drgał, rozmazując kontury wszystkiego. Falujący obraz lasu pochylającego się nad nimi niczym transparentny strażnik tajemnic często będzie wyrywał mnie ze snu.

Któregoś ranka się do nich przysiądę – lecz nie dziś jeszcze. Teraz chowam się za drzewem, które wspaniałomyślnie postanowiło umrzeć dla mnie. Przyglądam się więc z oddali – zupełnie jak kochankowie przeżywający swoje miłosne śmierci w słowach tatuowanych jedynie w głowie.

Karmię się tym widokiem – wiedząc już, że moja wstydliwa nieobecność jest przez nie odczuwana po stokroć bardziej niż otwarte bycie z nimi. Jeszcze chwila – myślę sobie – dostrzegając ich wprawę w szabrowaniu czasu.

Dochodzą do mnie szepty ich rozmów – zwielokrotnione szemrzącym dźwiękiem starej, zmęczonej rzeki i histerycznego śmiechu, który automatycznie wywołuje drganie motyli w moim brzuchu.

Dopiero po chwili zauważam ruch czegoś więcej niż tylko przestrzeni. Wyraźne ślady wydeptane na miękkim mchu. Podczołguję się ostrożnie – nie chcę by mnie zauważyły – jeszcze nie teraz.

Więc zbliżam twarz do ziemi, bardziej, coraz bardziej – i wtedy dostrzegam to co miałam zobaczyć.

Mało istotna z tej perspektywy jest dla mnie wasza opinia – mimo, że czuję krytyczny wzrok i niesmak w sercach – tak, jako kronikarz tamtych wydarzeń i to też muszę napisać – ślady na mchu należały do skrzatów. Całych zastępów śmiesznych w swej powadze istot, które tropione przez wieki nagle postanowiły, że ujawnią tym kobietom swoją niczym niezachwianą obecność – w bliższym poznaniu jednak trochę chwiejną – jak okaże się później.

I nagle świat nabrał w końcu swojego sensu – ubrał się w kolorową sukienkę utkaną z kwiatów, szeptów i miłosnych westchnień, rozpuścił włosy. Jego bose stopy obmywa rosa a on zdaje się nie czuć jej chłodu, bo uśmiecha się w swojej wolności.

A one patrząc sobie w oczy zdają się tego nie zauważać. Nie krępuje je obecność owego zastępu rozbawionych skrzatów, upitych trochę – bo nagle i ta zagadka się rozwiązała – teraz już wszyscy wiedzą, gdzie podziała się ta pięćdziesiątka, której od jakiegoś czasu tak boleśnie brakuje.

 Przyglądając się im z daleka widzę, jak patrzą sobie w oczy i poprzez to patrzenie stwarzają świat pełen magii – a wieść o niej przyciąga do nich najbardziej czarodziejskie istoty wszechświata – zapomniane i niekochane, spragnione i połamane.

A one wiedzą, że to co mają to to jedyne które się mnoży poprzez dzielenie.

Festyn rozpoczął się na dobre. Trwa już od paru nocy. Pieśni cichną tylko na moment, tuż przed świtem – dając Słońcu wytchnienie przed jego miłosnymi wyzwaniami.

A ja podnoszę się z ziemi. Przesiąkłam zapachem błogiego umierania i radosnego odradzania się ku życiu – karmelowymi cukierkami, którymi karmiły mnie upite skrzaty. Odwracam się – tym razem ani nigdy – nie przysiądę się do tych kobiet – to jest ich miejsce – a ja muszę znaleźć sobie swoje. Biorę więc na drogę pięćdziesiątkę, ulegam zmysłowemu pięknu Słońca i ruszam w wir dzikość romansu bez przyszłości – w końcu zaraz będzie zima.

 

 

Jedna odpowiedź na “Skrzatołapy i tajemnica znikających pięćdziesiątek

  1. szorstkim dotykiem
    rozpoznaje
    gdzie korzy się każda z dwóch

    drzewny zaśpiew przenika krąg
    _wiesz jak oddać
    by nadal mieć?

    szukając drogi pośród mchu
    pozwala
    by stopy łaskotał mrówczy bieg

    przygląda się – poddana próbie
    decyduje:
    zniszczy by przejść

    pewna – jest serce!
    gdy ściska żal

    to wszystko nie wina!

    czego nie widzisz – tam w dali rozgrywki prowadzi skrzat

    swoim istnieniem
    upija świat
    /w dysonans/

    nie musisz wierzyć
    zobaczysz
    co zniknie

    a teraz festyn, kolory
    połamanym
    muzyka niech gra!
    /romans/

    umiera czy dopiero kwitnie?

    Polubienie

Dodaj komentarz