Kura pustelniczka

– Dzisiejsze spotkanie, jak pewnie szanowny pan się domyśla, nie będzie miało dla pana przyjemnego przebiegu. Myślę, że wszyscy tutaj, jak jeden wąż, zgodzimy się, że nawet dla nas nie będzie to zbyt przyjemne. Podział takiego marnego ciałka między dziewięć wygłodniałych istot, może i z pewnością- przysporzy nam trochę kłopotu.

Po tych słowach nastąpiła wymowna cisza. Była ona bardziej nawet wymowna niż słowa. Zdruzgotany i drżący, na półślepy orzeł bielik, od paru lat pisany małą literą, przeczuwał swój koniec. Walczył do końca. Tak przynajmniej powtarzał sobie każdej nocy przed zaśnięciem. Ale z kim walczył i o co? Tego akurat nie wiedział, ale poczucie klęski potwierdzało, że od jakiegoś czasu prowadził wojnę.

Teraz, zbierając się w sobie – a niewiele do zbierania prawdę powiedziawszy zostało, ośmielił się zabrać głos, niczym Napoleon pod Waterloo albo ostatni chrześcijański misjonarz na bezludnej wyspie.

– Ależ ja nic nie zrobiłem bardziej niż zazwyczaj, nawet mniej niż zazwyczaj nie zrobiłem.

– Drogi kolego, statystyki nie kłamią – trzy istoty z gatunku ludzkiego – podkreślam trzy na dwieście – aż hańba zalewa mi trzewia – otóż tylko tyle osób spojrzawszy na kolegę, poczuło chęć doświadczenia bycia wolnym.

I znowu ta cisza zawierająca w sobie wszystkie pomruki zawiedzionej Komisji Od Spraw Regulowania Pragnień Na Okręg Centralno-Zachodniej Europy. Pomruki typu – o ja pierdolę, syczane przez zęby jak i inne tego rodzaju ojeje. Jednym słowem owe pomruki wywołały apokalipsę w układzie pokarmowym orła bielika – co niestety nie przysporzyło mu, już i tak wiszącej i kołyszącej się na cienkiej pajęczynie sympatii.

Widząc zażenowanie na licach komisji, orzeł próbował wzbić się w górę i odlecieć. Szybko jednak zrezygnował z tego zamiaru – kto by potem posprzątał to pomieszczenie – ciężko zmyć ekskrementy z lustrzanych odbić lęków i jęczących zawodzeń rozczarowania. Trzymał więc skrzydła na uwięzi – i absolutnie zdając sobie sprawę, że to już ostatnia szansa dla niego na ocalenie, wykrzeczał – choć wiadomo było, że i tak nikt go nie zrozumie

– Bo ludzie nie chcą być wolni już. Za dużo filmów przyrodniczych oglądali, wiedzą, że mój swobodny lot, to ściema, że wszystko jest ściemą, nawet ten zachód słońca, nawet ta komisja. Teraz tylko kura pustelniczka ich interesuje, teraz chcą być jak ona.

Wbrew oczekiwaniom, komisja w swojej szacowności i jednak wszechwiedzy, zrozumiała przekaz orła, świadczy o tym pytanie

– Kura pustelniczka? A co to takiego?

Sama komisja zdziwiła się swoim zainteresowaniem, ale skoro się pojawiło, to najwidoczniej coś było jej godne.

Orzeł natomiast usilnie starał się uspokoić swoje galopujące serce, które niczym szczur, chciało jak najszybciej opuścić tonący statek.

Serce ma zawsze rację – bez różnicy w jakim formacie cielesnym się znajduje. Koniec orła bielika był okrutnie nic nieznaczący. Nim wszystkie pióra opadły, komisja zebrała swoje notatki, przetarła krew z rękawów togi – toga w liczbie mnogiej, więc krwi było dużo i odeszła zniesmaczona zachowaniem półślepego orła i swoim, ale do tego nie widziała powodów by się przyznawać. Już na korytarzu, między jednym beknięciem a drugim – stare mięso, cholera, już nigdy więcej – a więc już na korytarzu uznano, że trzeba zbadać sprawę kury pustelniczki, która uzurpuje sobie prawo do kształtowania pragnień, bezprawnie, i z pewnością przez zawiść i chęć przewrotu istniejącego porządku wszechświata, a to robota komisji przecież. Badać sprawę nie będzie nikt. To już nie te czasy. Zawoła się jakiegoś bajkopisarza i on naskrobie całą historię, opierając ją na własnych wyobrażeniach. Wyjdzie na to samo i będzie taniej. Jak postanowiono, tak zrobiono.

Pewnego ranka, po mocno zakrapianej nocy, ulicą, tuż pod oknami mieszkania jednego z członków komisji, przechodził, a ściślej biorąc, przetaczał się bajkopisarz w postaci kobiecej. Po drobnej korekcie gramatycznej i płciowej – została ona zatrudniona do wykonania zadania. Komisja działa tajnie, a więc zatrudnienie było lipne i wynagrodzenie również. Ba, sama zainteresowana nawet nie była świadoma, że ma w końcu oczekiwany od piętnastu lat etat – jako umowę o dzieło – ale zawsze coś.  Tylko to coś niewiele jest warte, skoro się o nim nie wie.

Zbyt długo skupiamy się jednak na świecie, którego nie widzimy i nie doświadczamy na co dzień. Pora powrócić do niezwykłej historii, która, poza tym, że niewiele wnosi w całokształt świata, może jednak stać się inspiracją dla następnych pokoleń.

Tak więc kura, zwykłe stworzenie, która jest bohaterką opowieści, miała świadomość wyjątkowości siebie. Może to przez obciążenie genetyczne, które nosi w sobie od urodzenia – od małego bowiem wie, że jej gatunek zaprzątał głowy największych przedstawicieli podgatunku człowiek – co było pierwsze – jajko czy kura?

Żenada tego pytania ciągnie się za ludzkością od zarania wieków, i nawet to, że ludzie zjadają ze smakiem obie części zagwozdki filozoficznej, nie powoduje, że kury się ich boją. Czasami ludzie myślą, że kury wiedzą, że będą zjedzone, a czasami myślą, że nie. Prawda leży pośrodku w powiedzeniu – daj kurze grzędę a wyżej siędzie.

Kury jako gatunek łażą po podwórku – to te szczęśliwe, albo siedzą w klatce – jedna ściśnięta przy drugiej, czekając na pewną śmierć, która wcale się nie spieszy. Farmy kurze to miejsca, do których śmierć nie lubi chodzić. Robi to z musu, bez przyjemności – można zaryzykować powiedzenie, że z niesmakiem.

Chyląc głowę nad losem kur zamkniętych w farmach a potem w ociekających tłuszczem żołądkach ludzkich, wracam myślami do kury szczęśliwej, bo puszczonej na pastwę losu, gdzieś w małym miasteczku w zachodniej Holandii.

Kiedy po raz pierwszy ją spotkałam – teraz muszę napisać kto to ta ja. Ja jestem. Jako bajkopisarka chodzę po świecie i wypatruję, wypatruję. Czasami spoglądam w niebo – ale już rzadko – odkąd oglądałam film przyrodniczy o życiu orłów, w ogóle nie myślę, że wolność istnieje w przestworzach. Orły się przejadły – jaka ironia zawisła w powietrzu – bajkopisarka nie zdaje sobie sprawy z losu orła bielika pisanego małą literą – czytelnik ma nad nią przewagę i wie. Dlatego pozwól czytelniku dalej snuć to beznamiętną opowieść bajkopisarce, która myśli, że istnieje poza światem, w którym jej bohaterowie i ona stają się dla kogoś innego takimi samymi bohaterami ich własnych opowieści. Mam nadzieję, że to jasne – jak te babki rosyjskie – jedna duża, potem mniejsza, potem mniejsza i tak w nieskończoność.

-Orły się przejadły – ciągnie bajkopisarka, powtarzając to zdanie na głos, jakby właśnie dokonała wiekopomnego odkrycia. Po chwili jednak jej zbłąkany umysł wrócił do kury i ich pierwszego spotkania.

 -Przechodziłam sobie właśnie pod drzewem. Zupełnie normalnym. Pień, rozgałęzienie przeciętne, postawa trochę koślawa. Zwykłe drzewo jakich w życiu widziałam może ze trzy sztuki. Szłam spokojnie, spóźniłam się już na wszystkie umówione spotkania dzisiaj, choć w sumie żadnego nie miałam, bo okazało się, że pomyliłam dni i miałam je rozłożone na każdy dzień tygodnia – więc skoro dzisiaj jest niedziela, to logiczne, że dzisiaj się na nie spóźniłam. Nie spiesząc się nigdzie szłam. Skupiałam się na krokach. Od tego zaczynam moją praktykę obserwacji – skup się na tym co widzisz. Więc szłam powoli, żeby dobrze widzieć kroki. Kroki zazwyczaj wykonywane są tuż przy ziemi, więc wzrok miałam skierowany do dołu z ukosa, żeby lepiej widzieć moment zero – wymiany między krokami.

Drzewo pojawiło się wcześniej – jako własny cień, który przydeptała lewa stopa, potem prawa nastąpiła na koronę, cierń przebił mi podeszwę. I to był ten moment – właśnie wtedy przeszedł mnie dreszcz świętości i tajemnicy doznań seksualnych pod wpływem bólu, albo jego wyobrażenia – czy od ciernia można dostać zakażenia?

Ciałem mym wstrząsnęły konwulsje jakich nie doznałam od poprzedniego ranka, za sprawą Janka sąsiada. Tym razem jednak wstrząs był prawdziwy a woń alkoholu nie łzawiła mi oczu.

Wystraszyłam się. Czułam, że mam bóle fantomowe stopy, która nie została przecież odcięta. Ciekawa sprawa – nagłe – skoro mózg nie boli- jak zgodnie twierdzą naukowcy, to znaczy, że ludzkość cierpi na bóle fantomowe w odniesieniu do bólu głowy?

Pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi, było nicią łączącym mnie z kłębkiem. Podniosłam głowę i nie wierząc własnym oczom, zapytałam serca, a serce moje wykrzyknęło – tak, tak, to Szymon Słupnik.

Krzyk mojego serca poruszył liśćmi na rachitycznym drzewie, rozwiał pióra Szymona Słupnika, który znudzonym głosem kury odpowiedział

– Jestem Kura Joanna- Pustelniczka.

Średniowieczny święty rozłożył swoje marne skrzydła i łypną leniwym prawym okiem w stronę bajkopisarki. Zaiskrzyło, zaszumiało i zapuściło korzenie owo spojrzenie w czymś o wiele większym niż mózg – tak chodzi znów o serce. Potrzeba doznań metafizycznych, szukania dziury w całym albo po prostu dzielenie włosa na cztery, spowodowały, że nagle ni stąd ni zowąd, niczym na olbrzymim telebimie gdzieś między chmurami burzowymi, można było dostrzec całkiem nieźle nakręcony film biograficzny o kurze.

Film utrzymany w konwencji Bollywood – świetnie oddawał atmosferę transformacji żółtego pisklaka – mięciutkiego i milusiego – w stworzenie o brzydkich oczach i brzydkich nawykach robienia wszędzie kupy. Ale jak to bywa we współczesnym świecie – im szkaradniej tym piękniej – kura wzbudzała ogólne zainteresowanie wśród innych gatunków – w tym ludzkich gatunków – dziwne, że ktoś ciągle decyduje się na jedzenie tej kupy piór. Kiedy po chwili na ekranie ukazał się ekstatyczny taniec stworzeń podwórkowych, przyodzianych w swoje codzienne, kolorowe ubrania, było już wiadomo, że coś jest na rzeczy i że właśnie ekstaza będzie teraz tym co już zostanie z kurą na zawsze. W każdym razie to tylko film – propaganda na skalę europejską, nakręcony w Indiach, w celu zachęcenia ludzi do odrzucenia swoich przekonań na temat każdy.

Może ktoś chciałby usłyszeć, jak doszło do tego, że zwykła kura nagle wlazła na drzewo i doznała iluminacji bycia świętym Szymonem i świętą Joanną w jednym?

Ktoś pewnie wysunie daleko idące wnioski o dylematach moralnych toczących wojnę w ptasim móżdżku kury. Jej długa droga do świętości upstrzona rzucanym ziarnem i tym co tam nawinęło się pod dziób wydaje się z perspektywy pokolenia instant przesadzona i co najmniej wzbudzająca niesmak w ustach, niczym niedogotowany żołądek. Mimo tego jednak świat zawirował, ruszył w swój dziki taniec, śmieci po batonikach zajadanych, przez tych którzy łańcuchami przywiązali się do drzewa, wirowały z góry do dołu i w bok. Sceneria się zmieniła – nie było już mnie i moich kroków – była kura dumnie nosząca imię swojej ludzkiej poprzedniczki Joanny dArc – znosiła to imię dumnie niczym kolejne jajka. Choć zawstydzało ją wystawianie dupy na wszystkie strony, z których błyskały flesze aparatów. Natury jednak nie da się oszukać. Jajko zniesione być musi, tak jak dokonanie przewrotu moralnego i zrobienie kupy na głowę bajkopisarki.

Bajkopisarka poraz pierwszy w życiu uznała, że oświecenie duchowe, jest tym o czym zawsze marzyła. Przyjrzała się tym wszystkim ludziom, którzy z takim zapałem bronili świętego drzewa, na którym to dokonuje się transformacja duchowa kury Joanny, że sama z zapałem dołączyła do grupy wyznawców.

Dni mijały szybko. Szczególnie pierwsze pół dnia, dnia pierwszego. Potem zaczęło padać. Stopniowo przycichały modlitwy, gasły świeczki trzymane na wietrze. Ludziom się nudziło. Grupa traciła morale. Kura Joanna tylko raz wygłosiła swoje kazanie z najwyższej gałęzi drzewa, ale mimo początkowego entuzjazmu, nikt nie zrozumiał pointy. Bajkopisarka jednak wiedziała, że nikt nie jest prorokiem w swoim państwie – a już na pewno żadna kura.

W nocy większość poodpinała swoje łańcuchy od drzewa i udała się do domów. Wrócą jutro, przecież i tak nie mają nic do roboty. A każdy potrzebuje w życiu czegoś – a jak już nic nie ma, to i wiara się przyda. Ludzie nie patrzą już w niebo, najwyżej ich wzrok sięga drugiej gałęzi zmutowanego genetycznie drzewa, na której od czasu do czasu przysiada kura, w której odradza się duch Joanny albo Szymona – za karę?

Bajkopisarka w końcu przeciera oczy, słońce pali jej źrenice – jest świadkiem okrutnej sceny, widzi jak niebo spada na ziemię, pogrążającą się w mroku. Nagły podmuch wiatru wywołuje dreszcze na ciele dżdżownicy pełznącej przy jej stopie.

Spadające niebo przez moment przybiera kształt olbrzymiego orła pikującego ślepo między gałęzie drzewa – pożre kurę, pożrę jak nic.

I pożera. Ale to tylko sen, bo jak inaczej wytłumaczyć nagłe zmartwychwstanie rozczłonkowanego, ślepego orła? No, nie da się logicznie wytłumaczyć przecież. Wolność albo duchowość – co było pierwsze?

Ze wszystkich opowiadań na świecie, akurat to, nie chce się napisać. Prosta historia o wyższości wolności nad duchowością – w daleko idącej interpretacji – a tak naprawdę o kurze na drzewie, opowiadanie na jedną stronę, godzinę pisania, snuje się ciężko i sapie, zmusza do pauz i nieprzemyślanych myśli.

Wystawiam głowę za okno – świetnie – zewsząd dobiega mnie szyderczy śmiech mew, które akurat teraz też się obudziły – przynajmniej one się śmieją – i czy to ważne z czego?

Komisja szybko zamyka notatki bajkopisarki. Jest tak jak się tego spodziewali – bełkot bez znaczenia. Teraz czeka Komisję trudniejsze zadanie – wbić ludziom do głowy, że pragną, powrotu lat osiemdziesiątych na modowe salony. Pierwsze zadanie wykonane – fryzura na czeskiego piłkarza święci triumfy na głowie autorki tego tekstu.

 

 

4 myśli na temat “Kura pustelniczka

  1. „kura pustelniczka”

    zamknięta w klatce czekasz pokornie

    śmierć nie musi się spieszyć

    robaki już nie są na zachętę

    uczta będzie gdzie przedni

    strawisz się sama 

    patrząc zbyt krótko szukasz wyższej grzędy?

    ocierając krew z kątów ostrych piór

    piszesz bajeczki o proroctwach domowych

    kur

    z wysokich stołów tuczeni

    orłami już się przejedli

    dla mnie co ludzkie

    fermy to zwykły blamaż

    nadal pragnę

    zaboleć

    w wolności, serca i ducha

    zdążę?

    zanim się ściemni

    Twój tekst to istna perełka. Fantastycznie prowadzony i pełen mądrości. Uwielbiam❤️

    Polubienie

    1. Dzień dobry. Nie zawodzisz- co tym bardziej wspaniałe, że generuje we mnie wdzięczność a to błogie uczucie. Lubię Twój wierszowy sposób interpretacji moich tekstów- dzięki temu stają się bardziej czytelne. Pozdrawiam bardzo

      Polubienie

      1. Cholernie miło wiedzieć, że lubisz moją tu obecność…Sis.

        Ja jestem wdzięczna Losowi, że trafiłam na Ciebie na ‚artefaktach’. Sporo zrozumienia przyszło do mnie z refleksjami, które wywołały „zbieżności”. Pst. wiesz, słowo -pustelniczka- też ostatnio mi się wyliterowało;)) 

        Saluti❤️

        Polubienie

Dodaj komentarz