Niedzielny poranek powitał ją zamglonym, ledwo dostrzegalnym – jak to we mgle – przeczuciem, że oto rodzi się coś czego jedno zdanie nie zdoła opisać.
Przeczucie było irytujące w swojej niedoskonałej, nienamacalnej formie, dość jednoznacznie jednak uwierało rozbiegane po głowie i całym ciele, pozbawione osłony neurony.
Z każdą sekundą stawało się jaśniejsze, że w takim stanie nie da się nic konkretnego dostrzec, nic ogarnąć, nic zbudować.
W tym wszystkim – w owej wojnie – bo co do tego nie mogło już być wątpliwości, że jest to wojna – poranek przywlekł ze sobą coś jeszcze. Niedostrzegalny z początku, zupełnie niepozorny rozdźwięk światła. Nadzieja umiera ostatnia i w jej konaniu, w tej poezji dramatu i zalatywaniu grzybicznej woni rozkładu, świat rozbryzgną się swoją różową jutrzenką.
I na tym można by było skończyć. Różowość przyniosła zwycięstwo, okleiła rany słodkością i delikatnością smaku rozpływającego się w ustach.
Niestety akcja potoczyła się dalej, utartymi koleinami skarg i lamentów, aż do nieskończoności i z powrotem. Z powrotem oddechu – chciałoby się rzec.
W końcu końców, niełatwo poruszać się we mgle, w ogóle niełatwo się poruszać z kulą u nogi i z garbem rozmiarów Mont Everest. Dzięki Bogu ona robić tego nie musi – planeta, na której przyszło jej żyć, sama dba o ruch – kręci się w swoim derwiszowym zahipnotyzowaniu ułatwiając swoim mieszkańcom wszystko co tylko się da, nie dając nic ponadto, czego nie zdołają udźwignąć.
W niedzielny zamglony poranek otrzymała od planety świat niewyraźny i drgający u podstaw niczym rozgrzane powietrze nad trasą szybkiego ruchu, którą jechała od trzech godzin, unikając korków i własnego pasa.
Spoglądając na nią z boku – to znaczy, wychodząc ze swojej perspektywy i przejmując perspektywę obiektywnego obserwatora – mogę dosadnie powiedzieć, że nic czego doświadcza w tym momencie, nie doświadczył ktoś inny, bardziej może doświadczony i świadomy.
Słowa ugrzęzły na rondzie, gdzieś na obrzeżach Lizbony. Bo właśnie tam teraz jest – choć poranek zamglony i w ogóle – ble, ble, ble.
Nagłe olśnienie, zbyt długiego wstępu – przecież o recenzje tu chodzi, w ten dzień, w tym roku, w tym życiu – i szyderstwo – recenzje? Naprawdę nie ma ładniejszego słowa, żeby napisać o Spacerowniku Lizbońskim Robert Ruszkiewicz , i również o Przeszłość jest teraz Izabela Ewa Kopaniszyn i Nalewce Z Pigwy od Małgorzata Koszela ?Słowa mają znaczenie – szczególnie ładne słowa, mówione ładnym głosem w ładnym rytmie.
Zrobił się niezły trójkącik dramatyczny – nalewka jako uwewnętrzniony, od wewnętrznie aplikowany krytyk, wewnętrzne dziecko – idealnie dostrzeżone w momencie acha na stronach książki no i dojrzały dorosły łażący obrzeżami miasta bardziej w sobie niż w okolicznościach przyrody i w obdrapaniach budynków, z których melancholia spada zakurzonym tynkiem.
Symultaniczność moich myśli i myśli czytanych na kartach Spacerownika zasypanych w popiele ogniska sprzed czterdziestu lat, smakowanych teraz z rozkoszą kwaśno- słodkiego smaku pigwowej nalewki brudzącej dłonie zwęglonymi ziemniakami, którymi następnego ranka zwymiotuję, bo popijam pieczone ziemniaki zimną wodą – ta właśnie jednoczesna radykalność i ulotność somnambuliczności życia odkleja mnie zupełnie, wkręca w wir wydarzeń i ponad światów.
-Przepraszam, czy jest już ta godzina, o której przychodzi moja mama? -pytam zalana łzami u drzwi przedszkola nr 1 w Przygłowie- tej dziecinnej miejscowości, od której tak trudno się uwolnić w dorosłym życiu.
Nie sądzę, żeby ktokolwiek zrozumiał, ktokolwiek, nawet ten kto widział i wie. Ktoś wyje do mojego głuchego na światło ucha – „pójdę boso”, „nad rzekę zabierz mnie synu”, „ogarniemy kuwetę, w jedynej racji – wibracji”. Pochylam głowę, tak robi mądre stworzenie, kiedy napór powietrza lepkością smolistej energii atakuje niewinność – „brak dostępu bez zezwolenia”, brak dostępu dla nieskalanych, złudnych pierdów intelektu. „Nigdy nie kupuj koszuli od nagiego” – tak mówią w Afryce, ci których uważamy za mniej ogarniętych od nas.
Idę dalej z rozkoszą iścia poza siebie – ‘niezły tu mamy burdel w tym archeo’ – znowu nie moje słowa, nie moje pretensje. Znowu kokon, z którego mam się wykluć – kojarzysz? Ktoś, coś?
Przeszłość jest teraz – tak jak przyszłość, jak palące gardło, ciepło rozpływające się po ciele. Zanurzam się w rozkoszy miłosnego niebytu. Chcę więcej słów, więcej opowieści, więcej kaw wypitych z umarłym dziadkiem, gdzieś w zrozumieniu, w tej małej kawiarence, na obrzeżach serca, które drga kompulsywnie, nieprzyzwyczajone do błogiego stanu zakochania się w sobie.
Zaczyna świtać – trójkąt dramatyczny powoli wygładza swoje wierzchołki – kąt prosty, rozwarty aż w końcu pełny – niezauważalny przez oko przywykłe do wypukłości.
Jestem zainteresowana, uwikłana i rozkojarzona – jestem tam, tu i w tam które już minęło a jeszcze nawet nie zaczęło majaczyć na horyzoncie.
Może kiedyś napiszę coś jeszcze, a może już dawno napisałam? „Słowa, słowa, słowa…”
Cóż – niezbadane są kierunki myśli, kiedy aplikujesz w siebie Spacerownik Lizboński, Przeszłość jest teraz i Nalewkę z Pigwy Rocznik 2024.