W ogóle nie będę sobie tym głowy zawracać. No bo co wtedy? Musiałabym zacząć chodzić do tyłu, żeby się nie przewrócić – a tylnochód nie wchodzi teraz u mnie w rachubę. Odkąd bowiem mam problemy z przemieszczaniem się w jakimkolwiek kierunku przednim to tylni by mnie pokonał. A ja nie chcę być pokonana i schodzić ze sceny, kark jeszcze flexible i stawy w miarę sprężyste.
Stanowczość mojej decyzji wstrzymała mi oddech w piersiach – a że piersi duże mam – to nazbierało się tyle powietrza, że teraz patrzę sobie z góry na świat i urzekam się jego szarością. Dryfuję niczym balon w Kapadocji i wyróżniam setki odcieni szarości – z górnej perspektywy łatwiej o dostrzeżenie ostrych krawędzi kolorów.
Po jakimś czasie – bliżej nieokreślonym- oczywiście- żadną zinstytucjonowaną definicją, po dostrzeżeniu i przeanalizowaniu osiemdziesięciu czterech odcieni szarości, ląduję sobie mięciutko na szanownej mojej i poprawiając papiloty, zmrużywszy na sam przód załzawione oczy od nadmiaru patrzenia – wygładzając zwoje myślowe w mózgu i jelitach – bo w końcu nie wiadomo, gdzie ta inteligencja, co ma mi życie ratować się umiejscowiła – po tych wszystkich zabiegach i lawinowo rozwijającym się zdaniu podrzędnie niezłożonym z logiki -w końcu robię nic.
Ulga sama się pojawia – w podskokach jakiś pokracznych, skacze mi przed twarzą i w nogi się rzuca. Na całe szczęście – bo przykurcz już się panoszyć zaczął i byłby mnie obezwładnił, a wtedy to już w ogóle groch z kapustą.
Poza ulgą – nie mylić z uległością – tak sobie sama szepczę – co wymaga ode mnie iście gimnastycznych umiejętności naciągania strun głosowych do ucha – że aż oprócz ulgi pojawia się zupełnie nieproszona wiara w cuda. Wiara w cuda nigdy nie pojawia się sama – bo za bardzo ufna naraża siebie na zupełny niebyt – wędruje zawsze incognito dla pozoru z naiwnością. Ale na naiwność dziś nawet okiem nie rzucam. Jakoś tak głupio w nią rzucać czymkolwiek.
A ja nie zawracając sobie a tym bardziej jakimś innym głowy, nucę pod nosem piosenkę o przekazie tolerancyjnym – bo w jej duchu mnie indoktrynowano – „Każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma…” i owijam się swoim odklejeniem na czas jakiś – akurat taki który wystarczy na podróż albo na drogę do kuchni. chociaż przecież ja zupełnie nigdzie się nie wybieram – wybór jest dzisiaj – nie boję się tego nazwać i napisać na głos – więc jest on zbyt testosteronowy jak na niedzielny, brokatowo-szary poranek.