Mój brat zdobywa Koronę Gór Polskich – zainspirowana jego przykładem, mierząc zamiar na siły czy siły na zamiar – jakoś nigdy tego nie mogłam odróżnić– zaczęłam sobie zdobywać Koronę Dołów Własnych.
Bez odpowiedniego sprzętu, za to uzbrojona w lata przygotowań i doświadczeń, zaraz po przebudzeniu opracowuję szlak i pętle i te różne inne co to ma mi pomóc w zdobyciu od jednego do trzech Dołów dziennie – zaczynając się i kończąc w miejscu łóżka.
Bardzo wciągająca rzecz. I wyczerpująca – ale po zdobyciu szczytu ogromna satysfakcja się pojawia, tylko jakoś odwrócona – jakby z ujemnym ładunkiem.
Bardzo chcę się pochwalić, że udało mi się już zdobyć – Rozczarowanie, Nienawiść i Wypalenie Zawodowe – więc przede mną jeszcze jakieś dwadzieścia trzy szczyty vel doły. Bo wiadomo – liczba końcowa to dwadzieścia osiem – tyleż szczytów co dołów.
Spoglądając przez okno dziś, biję się z myślami, gdzież to mogę się udać, by sobie pieczątkę przybić – wiadomo, lepiej mieć potwierdzenie, że było się na przykład w czarnej dupie, bo bez pieczątki nie bardzo to widać, ze względu na istniejące ciemności.
Wybór dość spory jest przecież – ale chodzi o to, żeby trafić ze szlakiem w pogodę ducha. Przynajmniej zaczynając wędrówkę, bo potem to już nic nie wiadomo.
Wracając jeszcze do poziomów trudności szlaków – korzystam z porad brata, który się pewnie teraz wścieknie, że o nim piszę, bo jego skromność jest wręcz rysowa. Przegadujemy więc razem czas jakiś już te moje wędrówki i szczerze powiem, w ogóle to nie pomaga. Okazuje się bowiem, że po rozmowie z nim muszę usunąć z listy parę dołów, przez co moja podróż do Braku Sensu – czyli największego Doła w Koronie oddala się miłosiernie. A nie muszę wspominać, że kiepską kondycją fizyczną dysponuję.
Więc dzisiaj sobie pomyślałam, że ni chuja z nim nie pogadam, ale akurat napisał i to już wystarczyło, żeby mnie oderwać od zamiaru ataku na Dół największy. Trudno – zdobędę dzisiaj mniej wymagający – tylko który?
Chyba wybiorę się na Dół Braku Cudów Przyglądam się pętli – nie jest zbyt wymagająca – więc dziś dam radę. Widzę, że można się na niej zgubić, bo gdzieś po drodze łączy się ze szlakiem przeciwnym – ale jak zachowam czujność to odrzucę manowce i będzie już z górki.
Zbieram się więc, uzbrojona w swój racjonalizm i wyruszam, nie ruszając nawet okiem. Początki są takie nudnawe, żeby trafić na główny szlak, trzeba się przedrzeć przez industrialną dżunglę, potem przez smog unoszący się nad autostradą, potem przez śmieciowe umowy o pracę, potem przez listę oczekujących na operację. Idzie się mozolnie i w miejscu.
Dlatego teraz zrobię sobie przerwę. I już. po przerwie. Nie można mieć zbyt długiej przerwy, bo wtedy naraża się siebie na niespodziewany atak radosnego promienia słońca albo podstępne wspomnienie osoby ukochanej, więc krótka piłka -fajka w oknie i dalej na szlak.
Idę, wędruję, zaciskam oczy i uszy – Brak Cudów dumnie majaczy na horyzoncie, trzeba jeszcze tylko przejść masyw pod nazwą wiara i dociera się na szczyt Dołu.
Właśnie tutaj zaczynają się „schody do nieba”. Bo te szlaki są tak zaplątane, że nagle okazuje się, że oprócz ich poplątania – każdy szczyt na swój dół i na odwrót a ścieżka do nich jedna.
To ten wspomniany wcześniej masyw – wiara prowadząca na szczyt Dołu. I w niej cały problem – w tej wymagającej niczego – wierze.
Trudność szlaku właśnie w niej się zamyka. Bo jak odróżnić wiarę w Cuda, od wiary w brak cudów – skoro wiara ta sama? – tak samoż błotnista i trawiasta – z tymi samymi uniesieniami i uskokami raz w kierunku górnym raz dolnym.
Ostatecznie więc dociera się do celu tą samą drogą, która nagle zdobywa wiedzę kwantową i trochę ją do siebie adaptując mówi – to ja droga, cel stwarzam, niczym obserwator wpływający na zachowanie cząsteczki obserwowanej. I nie mogę sobie dzisiaj przybić pieczątki na czoło – bo zgubiłam się w wierze, wybierając, że zarówno Dół i Szczyt jest tym samym bez różnicy, w którą stronę pójdę, bo zawsze idę szlakiem wiary i już tylko ode mnie zależy czy się mu poddam czy go zaobserwuję.