Dziś bez upiększania. Walę prosto z mostu- jestem w czarnym lesie- no akurat już ciemno jest bo w ogóle las to jest piękny złoto-jesienny. W tym lesie jestem ja i jeszcze trzydzieści parę wersji mnie. Czyli ja i ja. No i oczywiście ja z przeszłości, ja z teraz i ja ta którą będę jeśli ja się trochę wyciszy.
Cudowna, wspaniała ja. Na tyle cudowna na ile sobie pozwoli to moje ja być tym ja, które już wie a nawet mało tego- które już poczuje, że może puścić potrzebę bycia tylko i wyłącznie tym wrzeszczącym, wdrukowanym przekonaniem o tym czym powinno być prawdziwe ja- a co za tym idzie czym powinnam być ja.
Bo tak między nami, to ja wraz z ja od dawna sobie razem różne rzeczy układamy- wzorce zachowań, fryzury i traumy, których zgodnie nie chcemy dotykać. Pracujemy pilnie nad strategiami radzenia sobie w trudnych sytuacjach- mistrzowska metoda- to regres, który nic nie pomaga, ale odpalony , podręcznikowo wręcz komplikuje życie.
No i tak sobie wędrujemy przez życie- ja i ja, doszukując się w życiu wszystkiego tylko nie „ja” tkwiącego w szczegółach. Ja i ja- źdźbło trawy w oku i belka- w jednym.
Pieśń żałobna grana na weselu, ale kto zabroni mi tańczyć na pogrzebie- szczególnie kiedy jest to mój własny pogrzeb?
Las jest magiczny, las żyje i oddycha. Otula i straszy, pochłania myśli- a mi dziś pożarł słowa.
Kiedyś widziałam jak się uśmiecha- kiedyś brzmi dawno- a wcale tak nie jest.
Więc już bez ściemy- poważna sprawa- wręcz komiczna- zgubiłam swoje ja w lesie. No normalnie kurwa, las go chyba pożarł wraz ze słowami. Trzydzieści kilka wersji ja zapadło się pod ziemię w lesie, który w związku z moją śmiercią nawet czkawki nie dostał.
A ja latam po tym lesie szukając wbrew najmądrzejszemu wynalazkowi Wszechświata- własnemu poszarpanemu choć walecznemu, sercu- szukam tego ja, które przecież do cholery wcale mi potrzebne nie jest