Siedzę sobie i myślę i już mam. Przypomniałam sobie, nie zaszczepiłam się na gruźlicę. W ogóle nie piszę o tym w związku z covid, tylko po prostu mi się przypomniało.
Powinnam się zaszczepić dwadzieścia pięć lat temu. Wtedy to było obowiązkowe szczepienie a ja byłam na wagarach i nie chciałam się przyznać w domu, że urwałam się z lekcji. No i potem przez jakieś dziesięć lat nie chorowałam, ze strachu, że jak pójdę do lekarza, to się zorientują i na mnie nakrzyczą a ja miałam silny wdruk na bojaźń wobec autorytetów.
Dzisiaj bojaźni już nie mam a jedynie czysto rozsądkowy pseudo szacunek. No bo jednak biały fartuch lekarza, to jest coś. Ten falujący kitel, niczym skrzydła anielskie- co ja mówię – tu już boskość macza palce. Macza palce by nie dać mi umrzeć, jakież to cudownie misjonarskie. Bo lekarz to normalnie nie człowiek, tylko czasami, kiedy się pomyli , ale kto to wie, że się myli? Przecież nie zwykły człowiek.
No więc kiedy lekarz chodzi po świecie to świat jest dla niego bardziej zrozumiały niż dla kogoś innego – bo on wie z czego ten świat jest zbudowany – to może bardziej doktor fizyki wie, no ale rozumiecie do czego zmierzam?
Zmierzam do tego, że mimo swojego dojrzałego wieku, ciągle łapię się na tym, że myślę, iż ktoś ma rację we wszystkim tylko dlatego, że zdobył wiedzę w określonej dziedzinie. I chwała mu za to, jak będę potrzebować to zwrócę się o pomoc, ale co jeśli ta wiedza, którą ma biały kitel jest na mierny albo na trzy z minusem?
Czy ja dalej muszę, dla swojego dobra poddawać się eksperymentom, bo może któryś kitel jednak miał rację obstawiając czerwone a nie czarne?
No ale dobrze, wiadomo, że eksperymenty trwają i trwać będą. Ja się nie buntuję, ja lekarzy nawet szanuję, ale niektórych. Dlaczego w końcu nie powiedzieć tego na głos – lekarz lekarzowi nie równy.
To jest zupełnie tak jak ze mną – jestem lesbijką ale podobają mi się tylko niektóre kobiety- taki jakiś przymus mnie naszedł, żeby przy okazji i tę kwestię wyjaśnić. Pewnie dlatego, że mam nową pracę a to zawsze wychodzi w pierwszym tygodniu.
Tak czy siak, dzisiaj mnie naszły autorytety, zaszły mnie wręcz od tyłu, znienacka, kiedy to ze spokojem – pozornym – kogoś kto nie wstrzyknął sobie w żyły gruźlicy, siedziałam sobie na plaży, która chyba nie była jeszcze dzisiaj odkażana od niczego, pewnie od gruźlicy też nie.
Autorytety w życiu są potrzebne, tak mi ktoś powiedział a ja w to uwierzyłam. Uwierzyłam, że ktoś kto nazywa siebie autorytetem ma nade mną władzę – bo, no właśnie, bo ma. Uwierzyłam, bo wielu innych przede mną uwierzyło. Ta wiara jest tak silna, że wystarczą tylko pozory, wyuczone gesty, odpowiedni strój, wystąpienie w telewizji, by moje ego zaczęło pląsać jakiś poddańczy taniec.
I dzisiaj kiedy tak setki autorytetów, przewijających się dotychczas przez moje życie, stanęło nagle za mną na tej zimnej holenderskiej plaży, w końcu do mnie dotarło, że mam ich wszystkich jednak w dupie, z całym szacunkiem na jaki nie zasługuje nikt, kto nawet nie wie, że bycie autorytetem wiąże się przede wszystkim ze znajomością drugiej osoby.
Ja już po prostu nie chcę być bezkrytyczną istotę, która robi coś, tylko dlatego, że ktoś inny wymaga bym to robiła. Bo niby dlaczego świat z perspektywy kitla ma być lepszy niż ten z perspektywy słomkowego kapelusza?
Podsumowując…”Całujcie mnie wszyscy w dupę” J.Tuwim 🙃
Aczkolwiek ..to w końcu tylko ludzie, tacy jak i My..po prostu ich pomyłki dotyczą naszego zdrowia – jedynej bodajże wartości na tym świecie, której nie da się wymazać i zastąpić czymkolwiek…
Zawitałam i jak zawsze przeczytałam z zainteresowaniem.
Możesz śmiało uznać mnie za swą czytelniczkę.
Lubię tu powracać…
Pozdrawiam:)
PolubieniePolubienie
A ja lubię jak tutaj jesteś- pozdrawiam
PolubieniePolubienie