Karma

Urodził się wolny. Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że gdzieś na świecie, są ludzie, którzy wolni nie są. Nie wierzył w złe siły ani w żadne przypadki. Był na tej ziemi z przyczyn bardzo oczywistych. Gdyby nie on świat nie byłby taki doskonały. Kiedy dorastał, świat dorastał wraz z nim. Wokół niego pojawiało się coraz więcej ludzi, powstawały drogi, które prowadziły daleko poza horyzont, dostrzegalny z perspektywy dziecka siedzącego pod drzewem. Trzeba było nauczyć się nazywać coraz więcej i w słowach odnajdywać istotę nieznanego. Nie zawsze było to przyjemne, bo wiązało się z przyjmowaniem czegoś za pewnik, nim zdążyło się tego dotknąć. Mimo wszystko, wtedy jeszcze można było zanużyć się w nietkniętej przez dorosłość radości. Dobrze mu się tam żyło.

Pewnego dnia pojawili się inni. Wkroczyli do jego świata zajmując przestrzeń i zasłaniając niebo. Strach, który wtedy poczuł, nie opuści go już nigdy. Przez chwilę będzie wzbudzał w nim nienawiść, czasami litość, ale nigdy nie obudzi w nim odwagi. Złe nie rodzi dobrego, nigdy.

– Musisz poznać swojego wroga, zaprzyjaźnić się z nim a potem go zabić, zapominając, że jest twoim przyjacielem. Musisz postępować z nim dokładnie w ten sam sposób w jaki on postępuje z tobą, nie dając sobie wmówić, że i w tym jesteś gorszy od niego. Nie wyrządzaj mu bezsensownej krzywdy, niech cierpienie, które odczuwa będzie jego dobrowolnym wyborem. Bądź przebiegły i cierpliwy. Nie karm się nienawiścią, bo ona oślepia, a ty musisz widzieć więcej niż sam jego bóg nawet. Musisz rozpoznać w nim siebie, pokochać go za to, utulić w ramionach i spełnić jego ostatnią wolę, która tak naprawdę jest twoją, jak gdybyś, namaszczał go poraz ostatni.

Mówiąc to, szaman Frank zaciągał się trawką, którą wczoraj zostawili w jego wiosce holenderscy turyści. Mogłoby się wydawać, że zioło nie ma aż takich wizjonerskich właściwości, no i w zasadzie dobrze się wydaje. Nie do końca wiadomo skąd Frank czerpał swoje opowieści, ważne jednak, że robiły one wrażenie na turystach. Należy bowiem wspomnieć, że owe mądrości przekazywane przez szamana, młodemu, wchodzącemu w życie chłopakowi, odbywały się zawsze w chwili, w której do wioski podjeżdżał autobus wycieczkowy a co ciekawe, nie zawsze Frank dysponował holenderską trawką.

Uzbrojony w bełkot szamana, który wbił się w niego niczym kolce krzaków w tyłek, Ben wyruszył do Anglii, aby tam rozpocząć swoje dorosłe cywilizowane życie a przy okazji, dopełnić przeznaczenia, które spadło na niego jak zbłąkana kropla deszczu w czasie suszy.

I jak zwykle się spóźnił. Nie może się przyzwyczaić, by wstawać z łóżka wtedy, kiedy dzwoni budzik a nie w chwili, w której jego ciało tak zdecyduje. Jest tu już pięć lat i jeszcze nie pojął, że nic w tym państwie nie dzieje się zgodnie z porządkiem ciała i natury.  Każda próba podporządkowania się zasadom tutaj panującym, kończy się spóźnieniem w jakieś miejsce, na jakieś spotkanie, do pracy czy na zakupy. Jego nowi koledzy na początku śmiali się z jego wiecznego spóźnialstwa, teraz już tylko ich to irytuje, a niektórzy w ogóle przestali się z nim umawiać. Ben nie zwracał uwagi na czas, więc kiedy koledzy czekali na niego, by wspólnie oglądać mecz na żywo, on w tym czasie robił zakupy, święcie przekonany, że kiedy dotrze do pubu mecz ciągle będzie w telewizji.  Wchodził więc z zadowoloną miną do pubu, z reklamówką z pobliskiego marketu załadowaną po brzegi zupami w puszcze i dziwił się bardzo, że koledzy są na niego wściekli. Nie widział, że oto każdy z jego kumpli, właśnie prowadzi wewnętrzną wojnę, bo z jednej strony bardzo lubią Bena za jego poczucie humoru i dziwaczność, wynikającą z różnic kulturowych a z drugiej strony nie lubią właśnie tych różnic kulturowych.

Mimo szczerych chęci, Ben nie zmienił się w przeciągu tych pięciu lat ani trochę pod względem kulturowym. Najpierw próbował robić to sam, wewnętrznie. Czytał książki, podglądał ludzi, spał tylko z białymi kobietami. Im bardziej chciał się upodobnić do białych, tych bardziej stawał się czarny, nie mogąc nawet tak o sobie mówić.  I w zasadzie nie miał potrzeby, nigdy jakoś nie był drażliwy na punkcie swojego koloru skóry. Oczywiście nikt w to nie wierzył, ludzie uważali, że wypiera ten problem, bo sobie z nim nie radzi albo stosuje zaprzeczenie. Wszyscy bowiem w ostatnim czasie, stali się psychoanalitykami, odkąd przesiadują w domach dwadzieścia godzin na dobę i buszują w internecie. A nic na świecie nie przyswaja się prościej niż cząstkowa wiedza psychologiczna.

Życie Bena płynęło zgonie z wyznaczonym mu obcym, zachodnioeuropejskim czasem.  I zgodnie z tym czasem upływało życie Johna.

John od wczesnych lat dziecięcych nienawidził czarnych. Nienawidził też Żydów i gejów. Pewnego dnia obudził się i stwierdził, że nienawidzi też białych. Ten fakt wstrząsnął Johnem, ale szybko doszedł do siebie, układając sobie w głowie listę tych białych, których mimo wszystko szanuje. Bo Johnowi o szacunek chodziło przede wszystkim. O ten szczególny rodzaj wewnętrznego bycia, który powoduje, że inni się wzdrygają na jego widok.  A jeśli się nie wzdrygają, to można ich porządnie stłuc, nie myśląc nawet, że mają prawo nie być tłuczeni.

Wzrastając ku swojej specyficznej dojrzałości, w świecie, w którym cywilizacja miesza się z blichtrem średniowiecznych obrzędów i pałaców królewskich, John tatuował sobie na ciele znaki swojej siły i dumy. Zaczął od czaszek, których w sumie miał na ciele około dwudziestu, w różnym stylu. Potem smok jako wyraz szacunku dla japońskiej mafii, potem Madame Butterfly na pośladkach – co można uznać za co najmniej ironiczne, ale John o tym nie wiedział. Piękne tatuaże na mało pięknym ciele, ale dumnie wznoszonym ponad innych.  Wkrótce na ciele Johna zabrakło miejsca na tatuaże a on z przerażeniem stwierdził, że nie wytatuował sobie, tego najważniejszego. W panice szukał pustego miejsca, przeklinając w duchu, małe rozmiary swojego przyrodzenia. Podświadomie od zawsze czuł, że kiedyś rozmiar, jednak będzie stanowił problem. Na szczęście pewnego razu się przewrócił. Nie odczytał wtedy tego jako początku rozgaszczającej się w nim choroby, która właśnie nabiera rozpędu i już nigdy się nie zatrzyma. Wręcz przeciwnie, jako że upadł dosyć nieszczęśliwie, przez ułamek sekundy mógł dostrzec podeszwy swoich butów. Bardzo go to ucieszyło, ponieważ właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że jego stopy zostały jeszcze nietknięte, przez żaden tatuaż. Wprawdzie nie było to idealne miejsce na swastykę, ale niestety innego John nie posiadał.

Wyjście z salonu tatuażu sprawiło mu nie mało kłopotu. Nogi w jakiś dziwny sposób odmawiały posłuszeństwa. Ciało Johna zaczynało się buntować, chociaż nie wiadomo, przeciw czemu. Oznaki słabości i bólu dla Johna były do tego stopnia bezsensowne, że do swojej listy znienawidzonych ludzi i rzeczy na świecie, pewnego poranka, musiał dopisać swoje ciało.

Wtedy jednak cierpienie, które odczuł wychodząc z salonu, przypisał całkiem logicznie, konsekwencji wbijania igły w stopy, co niewątpliwie utrudniało potem chodzenie.

Duma z posiadania swastyki na ciele – trochę przygaszona brakiem możliwości eksponowania jej wszerz i wzdłuż w świecie – uskrzydlała Johna. Kolejne przypadkowe upadki na ulicy, uznawał za dzieło Boga, który na siłę, próbuje ukazać światu co też John ma wytatuowane na podeszwach stóp. Szkoda, że w butach i tak tego nie widać.

W końcu nastąpił ostateczny upadek Johna. Można rozpatrywać to w kategorii metafory, ale nie jest to konieczne. Pewnego wieczoru, jak to zazwyczaj czynił – John pobiwszy żonę do nieprzytomności prawie, wyszedł do pubu by tam w obecności kolegów, wykrzykiwać hasła o sile i determinacji prawdziwego mężczyzny, za jakiego bez wątpienia uważali się jego koledzy wraz z Johnem na czele.  Nie potrafił zrozumieć, dlaczego jego żona, za takiego go nie uważała, mimo, że od lat nosi na ciele oznaki jego siły.

Wieczór upływał więc przyjemnie, w oparach piwa i nacjonalistycznych haseł. Było miło. Nikt spoza dobrze określonej grupy nie miał wstępu do pubu. Wszyscy w miasteczku wiedzieli bowiem, że akurat tego wieczoru nie potrzebują wybitych zębów ani połamanych rąk. Czasami coś takiego się przydarzało, potem rozpisywała się o tym miejska gazeta. Reporter śledczy – Simon Macfry, doszukiwał się w ofierze pobicia, raz to naiwniaka albo zwykłego turysty, drugim razem zaś – masochisty albo kogoś kogo nie stać na samobójstwo w domu.

Oczywiście nie wiadomo, do której grupy ofiar można zaliczyć Bena. Może po prostu dla niego pozostawić należy grupę pod nazwą – ofiary losu.

Ben wszedł do pubu, tak jak to zwykle czynił z uśmiechem i nierozłączną reklamówką zup w puszce. Jedyna różnica polegała na tym, że pomylił puby.  Odkąd znalazł się w Anglii i odkąd dostawał tygodniówki, za które mógł kupować praktycznie wszystko co jest dostępne w tanim markecie, kupował zupy w puszce w ilości czternastu w każdy piątek i wtorek. Dziś był wtorek i nie ten pub, który powinien gościć w swoich progach w przyjaznej i wesołej atmosferze wszystkich gości, bez różnicy na odcień skóry. To był bar, do którego chodził John i jego koledzy, a także ich tatuaże o kształcie swastyk. Nic szczególnego oprócz tych tatuaży nie wyróżniało gości tego pubu a i tatuaże nie wyglądały na złowrogie. Można się było domyśleć, że te złowrogie są ukryte, na przykład na spodzie stopy czy na przyrodzeniu, o ile okazywało się dość pokaźnych rozmiarów by pomieścić i udźwignąć ciężar takiego obrazka, nie szkodząc swojemu właścicielowi w wykonywaniu męskich obowiązków. Tak na marginesie, wśród bywalców pubu, krążą plotki o jednym gościu, który wytatuowawszy sobie swastykę na penisie, już nigdy nie mógł dokonywać penetracji, wydawało mu się bowiem, że dokonuje w ten sposób przeniesienia jej energii do wnętrza kobiety, która w ten sposób uzyska nad nim moc i w końcu wyrzuci go z domu. Kiedy w końcu się to stało, wszyscy wiedzieli, że Clive nie wytrzymał i uprawiał seks ze swoją kobietą, oddając jej moc swastyki.

Tak więc Ben nic nie wiedział o ukrytych tatuażach a nawet gdyby wiedział, to ich europejskie znaczenie było dla niego absolutnie poza zasięgiem. Wszedł do pubu i zaczął rozglądać się po pomieszczeniu w poszukiwaniu znajomych. Chwilę to potrwało, bowiem ciągle sprawiało mu trudność odróżnienie białych ludzi od siebie, ich twarze praktycznie na pierwszy rzut oka w ogóle się od siebie nie różnią. Tak więc trochę wody upłynęło zanim Ben zorientował się, że nie tylko nie ma tu jego znajomych a ci którzy tu są na pewno nie zechcą zostać jego nowymi kumplami.

Powiedzieć, że w pubie zapadła głucha cisza, to jakby nie powiedzieć nic, a i tak zrobić tym hałas.

Gdyby Ben wiedział czym jest czarna dziura, wiedziałby również, że właśnie do niej wpadł. Coś jakby wessało go do środka, stępiło zmysły, rzucało z kąta w kąt. Działo się to tak szybko, że nawet nie zdążył przestać się uśmiechać.

– Czy coś pana boli? Czy czuje pan ucisk? Proszę powiedzieć, kiedy zaboli – słyszał te zdania tysiące razy, przestał już na nie reagować. Kiedy w końcu do nich dotrze, że tak, że czuje ból, ale nie wie dokładnie, gdzie. Przeprowadzali z nim tysiące wywiadów, robią to codziennie, odkąd tu trafił. Kiedy to było, a tak trzy miesiące temu. Śmieszna historia. Tamtego wieczoru wraz z chłopakami urządzili jednemu czarnemu wykład na temat wyższości jednej rasy nad drugą. Było ostro, chociaż on był jeden a ich siedmiu. Po wejściu do pubu ratownicy skierowali swoje kroki wprost do Johna. Był prawie nieprzytomny, ale zdążył zarejestrować ten fakt. Nie zwrócili uwagi na wykrwawiającego się przybysza z Afryki, ale w naturalny sposób najpierw zajęli się nim. Do tej pory to wspomnienie napawa go dumą, mimo, że później jeden z ratowników relacjonował pielęgniarce dyżurnej, że w czasie, kiedy karetka dotarła na miejsce John miał paskudny napad, ale tak paskudny, że ratownik w życiu takiego nie widział. Gdyby John mógł mówić, spytałby o czarnego, ale właśnie w tamtej chwili dotarło do niego, że nie może mówić i w ogóle w odzyskaniu tej zdolności nie pomaga mu atak paniki.

Tak więc John skupił się na swoich dolegliwościach, po trochu i stopniowo zdając sobie sprawę, że jego komunikacja ze światem została przerwana i mało tego, jego komunikacja z samym sobą, również ulega destrukcji. Dlatego nie dziwi fakt, że nie dotarły do niego krzyczące newsy z pierwszych stron gazet, o rzekomym cudzie w pubie „Krzywy Ryj”. Cud dotyczył bezpośrednio Bena, który mimo usilnych prób siedmiu członków neonazistowskiej, nielegalnie działającej od dziesięciu lat na terenie miasta grupy, nie został zakatrupiony na śmierć. Członkowie grupy, nie chcieli udzielać żadnych informacji w obawie, że ich słowa wydrukowane w gazecie naprowadzą policję na adres ich zamieszkania.  Do zdjęć pozowali jednak chętnie z dumą pokazując braki w uzębieniu, rzekomo spowodowane licznymi akcjami pod różnymi hasłami.

Po kilku tygodniach gazety zamilkły, rozpadało się i życie w małym miasteczku na południu Anglii wróciło do swojej nudnej normy. Neonaziści dalej spotykali się w swoim pubie o czym wszyscy doskonale wiedzieli, ale nikomu to nie przeszkadzało, dopóki nie bili swoich. Że jednak ekonomia w przypadku prowadzenia pubu a także jego być albo nie być na rynku zależna jest od ilości ludzi w nim przesiadujących, dla właścicieli rachunek był prosty – sześciu neonazistów, pijących piwa na spółę, nie zapewnią sukcesu finansowego. Tak więc – wtorki – jako pamiątka czarnego wtorku i czwartki to dni dla neonazistów, reszta tygodnia dla innych grup – w tym gejów i czarnych, czasami nawet w tym samym czasie.

W końcu John trafił do domu opieki. Po kilku miesiącach poświęceń związanych z opieką nad roślinką, którą stał się jej wredny mąż, żona Johna oddała go pod skrzydła, wyspecjalizowanego zespołu. Myślała o tym, że teraz może się z nim rozwieść, ale to odcięłoby ją od tych marnych groszy, które zostają po opłaceniu z jego renty ośrodka. Uznała więc, że mimo, że to okruchy a nie kasa, to jednak będzie je sobie systematycznie zabierać. Tak więc John jest w domu opieki. Jak dobrze zauważyła jego żona, jest on roślinką a jego nowa tożsamość ma na imię MS

Dom opieki jest piękny i ma dość wysoki standard jak na jednostkę państwową. Przebywa w nim około dwudziestu pacjentów, więc opiekunowie mogą należycie wykonywać swoje obowiązki, regularnie chodząc na przerwy, które czasami zamiast pół godziny trwają półtorej.

Żaden pacjent jak do tej pory nie narzeka na jakość opieki, a ma taką możliwość. Wystarczy, że poprosi o formularz do wypełnienia, któregoś z opiekunów. Opiekunowie po kilkunastu tygodniach zyskują umiejętność komunikowania się z pacjentami, praktycznie w każdym stadium choroby. Tak więc kiedy już do pacjenta dotrze formularz skarg, to wtedy należy tylko jeszcze poprosić opiekuna o przeczytanie pytań, potem o wypełnienie rubryk z adresem – jakby nie było oczywiste, że to ten sam adres co ośrodka. Następnie pacjent musi zaufać opiekunowi, że ten nie odbierze skarg zbyt osobiście.

Oczywiste pozostaje, że możliwości są, ale nie wykorzystane przez nikogo, od czasu powstania tego domu.

Ironia losu wydaje się ulubioną grą Wszechświata, a więc tej energii, która powołując życie ku życiu, sama jest życiem przejawiając się poprzez każdy najmniejszy aspekt życia. Albo coś w ten deseń. Odkąd Ben przyleciał do Anglii, pracuje w domu opieki, w tym samym w którym teraz leży John i miota się jak szalony za każdym razem, kiedy Ben wchodzi do jego pokoju. Ben słyszał o karmie, ale jej nie rozumie. w gazecie raz napisali, że John jest przykładem idealnie trafiającej w sprawiedliwość karmy, ale jakoś go to nie przekonało. Bo niby czemu, to że Ben opiekuje się Johnem jest karmą tego drugiego? Ben nie może sobie pozwolić by wybić Johnowi zęby, a swoje obowiązki musi wykonywać w miarę uczciwie by nie stracić pracy. Wprawdzie John płaci za jego zęby, ale poza tym całkiem nieźle sobie żyje. Żadna sprawiedliwość, żadne oko za oko. Ben nie lubi Johna, a John nie lubi Bena. Można zaryzykować stwierdzenie, że raczej nigdy się nie polubią. Do czasu czarnego wtorku ich drogi w ogóle nawet koło siebie nie biegły a od tamtego dnia stały się jedną.

Ben nie zdawał sobie sprawy, że to nie tylko o karmę Johna chodzi, ale też o jego własną. A jego wyglądała tak, że stał się tak naprawdę panem i władcą neonazisty, który prawie go zabił. Tylko Ben uważał siebie za opiekuna medycznego a nie żadnego pana i władcę. Dlatego te całe teorie na temat sprawiedliwości losu, fatum czy Boga, czy też karmy w ogóle do niego nie przemawiały i nie miały żadnego znaczenia.

Parę miesięcy po wypadku – albo usiłowania morderstwa, do Bena na adres ośrodka, w którym pracował, zaczęły przychodzić dziwne listy. Początkowo nie zwracał na nie uwagi – tak jak na wyzwiska, do których po pewnym czasie się przywyka. Z czasem jednak treść listów, zaczęła poruszać jakąś strunę w jego duszy, która nie koniecznie grała sentymentalne tylko melodie, chociaż od takich się zaczęło, by w końcu dojść do prawdziwej orgii dźwięków.

Ben nigdy nie był zbyt przebiegły i trudno było mu odczytywać tę cechę również u innych.  Dlatego zupełnie się nie zorientował, że oto staje się narzędziem w rękach organizacji walczącej o prawa Afroamerykanów. Szczerze powiedziawszy Ben myślał o sobie jako o Afrykańczyku, zupełnie nie pojmował swojej amerykańskości.

Tak czy siak, kiedy był już naprawdę zmęczony pracą i słabymi zarobkami, a także ciągłym deszczem i bólem szczęki, nasilającym się za każdym razem, kiedy padało – a więc wiecznie – wracał do listów i dzięki nim czuł się lepiej.

Było w nich wyraźnie napisane, że to od Bena właśnie zależy jak będzie wyglądało jego życie a nawet życie jego dzieci i wnuków. Wprawdzie Ben nie zamierzał mieć dzieci, przynajmniej jakoś świadomie, ale poczucie mocy co do tego, naprawdę go uskrzydlało. Na moment przestawał liczyć funty, twarz okryta bliznami zaczynała promieniować blaskiem. Na świecie po raz kolejny pojawiał się ten prawdziwy Ben, wychowany w Afryce, być może w biedzie, ale w surowej miłości, która czyniła z niego tak po ludzku dobrego człowieka. A potem pojawiała się złość, że zostało mu to odebrane. I nie tylko tutaj w tym kraju białych ludzi, ale już wcześniej w jego własnym , który od wieków był ciemiężony przez białych.

W listach opisywane były przewinienia białych, których dopuszczali się na czarnych kobietach i mężczyznach od setek lat. Za każdym razem, kiedy Ben to czytał wrastała w nim fala nienawiści. I z tą falą, która burzyła się w jego wnętrzu szedł do pracy, polegającej na tym, by opiekować się jednym z tych, którzy byli oprawcami jego i jego ludu.

Za marne pieniądze Ben w pracy musiał znosić wyzwiska i poniżanie przez ludzi, którym na końcu i tak musiał zmieniać pieluchy i wąchać ich gówna. Dodatkowo musiał robić to z szacunkiem. Mimo swoich własnych dolegliwości, musiał dbać o komfort podopiecznych, którzy nie raz pluli mu w twarz, nazywając „śmierdzącym czarnuchem”.

Tak więc listy trafiły na dobry grunt – frustracji, nienawiści i zmęczenia. Ben zaczął przypominać sobie również nauki szamana Franka i nawet napisał do niego list, skarżąc się na los, który zgotowali mu biali. Odpowiedź przyszła dosyć szybko a w niej jedno zdanie, „Nie bądź idiotą i nie staraj się nim być, myśląc, że okiełznasz nienawiść”

Ben nie zrozumiał co Frank miał na myśli, wiedział natomiast, że prawdziwa nienawiść, którą teraz odczuwał, czyniła z niego nareszcie prawdziwego, dumnego z siebie mężczyznę.

Przez kilka tygodni, Ben systematycznie karmił się nienawiścią, oglądając filmy i programy na temat rasizmu w Anglii. Kiedy w końcu był gotowy, w odpowiedzi na list z organizacji, zaproponował spotkanie na żywo, by móc przedstawić swój plan zadośćuczynienia krzywdom doznawanym przez czarnych w tym, jego własnym.

Organizacja się zgodziła. Ben się wystroił i poszedł. Po wymianie grzecznościowych uścisków dłoni z mężczyznami, których nie znał i szczerze, chyba nie chciałby znać dłużej niż to konieczne, opowiedział o tym co chce zrobić. Zyskał kilka głosów aprobaty, kilka pochwał a na koniec parę klepnięć po ramieniu.

Nazajutrz plan miał się ziścić. Ben był gotowy, mentalnie i fizycznie w takim znaczeniu, że w ogóle nic w nim nie wskazywało na to, co miał zamiar teraz zrobić.

 

Plan jego polegał na tym, żeby nie robić absolutnie nic, kiedy John znowu zacznie się dusić. Tak po prostu. Za te wszystkie krzywdy, poniżenia, wyzwiska, których doznawali jego bracia i siostry o ciemnym odcieniu skóry – Ben stanie się bierny wbrew swoim obowiązkom opiekuna.

To były najdłuższe cztery minuty w życiu Bena. Kto by pomyślał, że mózg Johna potrzebuje tyle samo czasu, co każdy inny, by doznać niedotlenienia i przestać żyć. Ben patrzył na Johna i tak naprawdę nie czuł żadnej satysfakcji, tym bardziej, że w oczach odchodzącego dostrzegł raczej wdzięczność, niż wołanie o pomoc.

Zbiło go to totalnie z tropu, dlatego za wszystkich sił starał się sobie przypomnieć, te wszystkie krzywdy, poniżenia, wyzwiska, by ta chwila nabrała znaczenia. By stała się czymś ważniejszym niż tylko kolejną śmiercią podopiecznego, który tak naprawdę się z niej cholernie cieszy. Ben chciał, żeby jego bierność została odebrana jako akt buntu a nie miłosierdzia.

Bunt, o którym marzył Ben, był związany z chęcią zemsty za krzywdy wyrządzone przez białych – czarnym. Najwidoczniej jednak nie potrafił on do końca wykorzystać prawidłowo swojej nienawiści, myląc ją z empatią. Może Ben nie nadawał się na wojownika i dlatego musiał przyjechać do Anglii, w której mimo doznawanych krzywd, wykonuje pracę opiekuna medycznego?

Słowa szamana Franka wracają do niego co jakiś czas – zawsze w chwilach, w których Benowi wydaje się, że wie, jak poukładać świat, tak by żyło się w nim lepiej, komukolwiek, a szczególnie niemu – Nie bądź idiotą – Ben za każdym razem widzi bezzębny uśmiech szamana, który liczy na jakieś drobne od turystów, w duchu karcąc się za to, że nigdy go nie słucha.

 

Co w takim razie jest karmą Bena? – tego nawet lokalne gazety w małym południowym angielskim miasteczku nie wiedzą. Nie wie też szaman Frank ani żona Johna, która w końcu może spokojnie przesypiać noce, bez obaw, że mąż ją skatuje.

Ben też nie wie, czym jest jego karma, kiedy każdego dnia idzie do swojej pracy i opiekuje się w niej chorymi ludźmi, którzy jak nikt inni zasłużyli sobie na jego nienawiść. Wprawdzie nie wszyscy, ale co to bez znaczenia, skoro tak trudno ich od siebie odróżnić.

 

4 myśli na temat “Karma

  1. Ja to muszę przeczytać kilka razy. 🙂 jest tu tyle prawdy, że aż potrzebuję przeanalizować zdania:). Nie wiem czemu, ale skojarzenie mi się nasunęło…siedząc w parku niejednokrotnie litość mnie brała, gdy widziałam starszą osobę- ledwo powłóczy nogami, wzrok opuszczony, zgarbione plecy, trzęsą się dłonie, widać, że cierpi…jedno skrzyżowanie spojrzeń…i wierz lub nie widzę Człowieka. Zimno, tak określę taki moment – przebłysk myśli…Może zasłużył? Czy wiem kim był, jak żył…w oczach zostają te okruchy przeszłego życia…
    Karma…wierzę w nią, wiele razy nad nią się zastanawiałam. Może jako pocieszenia dla krzywd, w potrzebie oddania sprawiedliwości…potrzebujemy tej wiary.
    Ale to ona wybiera czas i osobę. Pośrednika. Czyż nie? Inaczej to żądza zemsty, która nigdy nie będzie dobrym rozwiązaniem – zabija od środka. I tak, jak w powyższym przypadku, wcale nie da tego, czego mszczący się oczekuje. Ale wytłumacz to osobie, która karmi się gniewem…;)
    Nie potrafię. Ten tekst może by pomógł, choć trochę…chciałabym by trafił do tej osoby:)
    Do mnie trafia każdym zdaniem:)
    Czekając na kolejne pozdrawiam;)

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do Idzie Wiosna Anuluj pisanie odpowiedzi