Jutro o tej samej porze

I wystarczy, że pomyślę ty zamiast ja. Wszystko automatycznie zmienia swoją strukturę. Ty bezwładne – ja sprawcze. Twój pusty wzrok, chwiejny krok – ja celowość, wrażliwość.

Głuchy jazgot deszczu uderzającego o asfalt tak bardzo wdziera się w mózg, że zostawia w nim tylko miejsce na jedną nieważną myśl. Nie wiem, jak się czuje deszcz na skórze. Codziennie jem trzy posiłki dziennie. Bez smaku. Gorzki, słodki, kwaśny, słony – to za mało na rozkosz. Palę papierosy widząc unoszący się dym, nic, poza tym. Zapach nie istnieje. Twoje puste życie jest gorsze od mojego pustego życia.

Patrzę na ciebie jak zagarniasz w siebie przestrzeń. Pochłaniasz hałas ulicy niczym zakonnice w Łagiewnikach. Ludzka czarna dziura. Przez moment, w tym zapatrzeniu odrywam się od siebie, z prędkością światła moja energia ląduję w okolicach twojego serca, w którym nie ma nic oprócz pustki. Pustka, która jest przestaje być niczym. A ja wyję jak zwierzę, patrząc na oddalający się promień światła, który nazywałam sobą.

Kiedy jutro znowu cię zobaczę, będziesz już bardziej mną, co w absurdalnie przerażający sposób sprowadza mnie na powrót do końca drogi, śmiej się kobieto, niech piekło zadrży w rubasznym skowycie.

I wystarczy, że ty zamiast ja. Naciskam hamulce odruchowo. Odwracasz głowę w moją stronę. Spływająca deszczem szyba rozmazuje jasność twojego spojrzenia. W tym świętym momencie spotkania się naszych oczu, nic, absolutnie nic się nie wydarza, patrzymy sobie w oczy nie widząc się wzajemnie.

Żadnego uśmiechu, żadnej więzi. Bez złości, bez krzyków. Zatrzymujemy na sekundę czas, tak jakby ta umiejętność nie stanowiła o naszej wyjątkowości. Mrugnięcie oka przywraca bieg czasowi.

Trzeba uważać na galopujące konie. One tutaj czują się jak u siebie na stepach. Dzikie stworzenia, które nagle zagarnęły przestrzeń. Wysiadam z auta, bojąc się swojej odwagi. Dzikość serca odpamiętała się.

Twoje życie znika pod warstwą kurzu, który unosi się spod kopyt pokrytych pianą koni. Jak długo one już tak galopują, przemierzając miliardy lat świetlnych? Mój lęk pomieszany z zachwytem chroni mnie przed stratowaniem. Idę naprzeciw rozpędzonego stada, nie czując smaku krwi w ustach. Ziemia drży, trzęsie się pod moimi stopami, bo moje serce pęka, ale skoro pęka to się otwiera.

I wystarczy, że ty zamiast ja i konie unosząc się ponad ziemię zaczynają galopować w chmurach.

Wracam na chwilę w miejsce, do którego nigdy nie dotarłam. Tam poza wszystkimi słowami, w samym tylko zachłyśnięciu się powietrzem, istnieje feeria kolorów bez nazwy. Nie ma żółtego słońca ani brunatnego, rdzawego nieba.

Spotykam Cię tutaj jutro. Jest dokładnie ta sama godzina. Masz na sobie jaskrawą bluzę z kapturem, który nałożyłaś niechlujnie na głowę. Zastanawiam się, przed czym chcesz się schować i po chwili, już wiem. Widzę tę diabelską postać, krążącą wokół ciebie. Jest nad tobą i przed tobą. Wślizguje się między twoje kroki, ale ty nie zwalniasz, nie odwracasz wzroku utkwionego w chodniku.

Boję się tego co widzę i jednocześnie chciałabym ci pomóc. Szukam w sobie odwagi z wczoraj, która pozwoliła mi wejść pomiędzy galopujące konie. Moje serce zapomniało już czym tak naprawdę jest. Tak bardzo mi teraz żal siebie, tej o której nikt nie pamięta, że jest, że czeka. Mój puls jest tak hałaśliwy, że zagłusza wszystkie odgłosy życia. Teraz na pewno mnie ktoś zauważy – a jeżeli nie ktoś, to z pewnością ta diabelska postać, która powoli traci zainteresowanie tobą.

W pewnej chwili mój lęk jest tak ogromny, że przestaję go odczuwać. Oddycham spokojnie, staję się lękiem. Zadziwiające, że po przekroczeniu granicy obłędu, lęk przestaje istnieć. Raczej istnieje, ale nie można oddzielić go od czegokolwiek. Jest każdym i wszystkim.

Kaptur zsuwa się na tył głowy, poprawiam go instynktownie. Naciągam bardziej na przód, prawie zakrywa oczy. Lubię te momenty odcięcia się od bezsensownych hałasów ulicy. Przeciągłych odgłosów opon sunących po bruku, krzyków dzieciaków, głupich rozmów staruszków o chorobach i drogim prądzie.

Chowam się przed tym wszystkim, bo jeszcze mogę to zrobić. Ale tak naprawdę chcę schować się przed tobą we mnie.

Wystarczy, że ty, zamiast ja i cała ta katatonia myśli zmartwychwstaje obumierając.

Kolejne jutro pojawia się niespodziewanie. Słońce chowa się między wydmami. Ono też nie chce być dziś widziane, choć stanowi to jego istotę. Istotą słońca jest bycie królem nieba, obdarzającego sobą poddanych. Każde tysiąc lat odbiera mu jego blask. Ale ono nic sobie z tego nie robi oświetlając ludzi wspomnieniem swojej świetlności. Ludzie żyją w blasku promieni słonecznych i romantycznym świetle gwiazd, które już dawno umarły.

Niczego dziś już nie zmienię. Słońce za bardzo przykuło moją uwagę. Oddalasz się bezszelestnie. Dziś nie chcę podążać za tobą. Zostanę tutaj i poczekam. Zjawiasz się po czterdziestu minutach. Sprawdziłam, że dokładnie tyle czasu zajmuje ci spacer. Dokładnie taki sam rytm kroków co zawsze, nigdy szybciej, nigdy wolniej. Bez względu na wichury czy upały. Ten sam rytm kroków.

Znikasz za drzwiami budynku naprzeciwko. Patrzę bez emocji jak zamykają się za tobą drzwi. Nie żałuję, że nie przemierzyłam dzisiaj z tobą pustyni, że nie piłam herbaty z Beduinami. Wystarczy, że ty zamiast ja.

Kolejne tygodnie mijają bezpowrotnie. Podobnie jak kolejne jutra, w których cię nie zauważam.

Sprawy toczą się dźwiękami rozwydrzonych mew i kruków walczących o dominację na tej zabawnie małej przestrzeni przed twoim domem. Ktoś wyrzucił nadgniły chleb tuż przed drzwiami, rozpętało to prawdziwą wojnę. Nie jesteś przywódcą żadnej ze stron. Wojna obchodzi się z tobą łaskawie. Jeszcze tylko kilka bitew i świat na powrót odzyska równowagę. Ktoś wychodząc z budynku rozgania dzielnych bohaterów, zawstydzając ich, ich własną niemocą.

Tym razem to nie jesteś ty. Nie widzę cię prawie już od zawsze. Czekam na kolejne jutro, ślepo wgapiając się w budynek naprzeciw mojego okna. Kiedy zapada zmrok uświadamiam sobie, że światło, które widziałam było tylko wspomnieniem słońca z czasów, kiedy ślepo wierzyłam w jego istnienie.

Zaczynam tęsknić. Moje ciało się spina. Staram się walczyć z tym uczuciem. Tęsknota za niczym i za nikim, jest rdzą osiadającą w żyłach. Krew gęstnieje, jak gdyby w ten tylko sposób mogła dalej płynąć w coraz węższych żyłach. Przyglądam się swoim dłoniom. Wyraźnie widzę napęczniałe, sino- niebieskie żyły.  Niczego już jutro nie zmienię, nawet gdyby się okazało, że jest dokładnie ta sama godzina co dzisiaj.

Wystarczy, że ty zamiast ja.

Dobrze więc, zakończmy już ten taniec. Dygam przed tobą zawstydzona. Oczywiście, że mam wyrzuty sumienia, jak każdy, kto podgląda sąsiadów. Jest w tym jednak perwersyjna przyjemność, która zagłusza sumienie. Mogę cię za to przeprosić, już się tobą nasyciłam. Odchodzę z twojego życia, nie zdając sobie sprawy, że w ogóle mnie w nim nie było. Bo wiem, że byłam.

Może źle odczytałam znaki, może wcale nie istniejesz? Nie wiem czy ty to ty? Ale kiedyś znowu cię zobaczę, wiem to na pewno – jutro o tej samej porze, kiedy przez przypadek spojrzę w lustro.

 

 

 

7 myśli na temat “Jutro o tej samej porze

  1. Cholera! Ale to do mnie trafiło…często używam tego „zamiast”, wręcz nadużywam tego słowa. Czytając Ciebie…z każdym słowem uśmiecham się, choć wiem, że nie to było celem wpisu…uśmiecham się dziwnym uśmiechem… bo normalnie jakbym czytała siebie (wiem, powtarzam się). To bardzo dziwne, że od Ciebie popłynęły takie myśli dokładnie w momencie, gdy sama mogłabym się podpisać pod większością tych emocji wszystkimi kończynami🤔.
    Wiesz, lubię życie przyrównywać do intuicyjnego tańca…kłaniałam się wiele razy, stańcowałam różne pantofelki i jedno co wiem, że nigdy nie będę już przez to Kopciuszkiem😁.
    Jedyna różnica to taka, że ja nie zasłaniam się przed sobą samą, przed innymi czasem trzeba..wszak ludzie są różni. Nie boję się też tej diabelskiej postaci, oswoiłam ją. Czasem daję się jej nasycić…Pozwalam jej złapać oddech mroku, by tych smaków było więcej…Czy to źle? 🤔
    Naiwnie? Zawsze wierzę w to słońce 🙂 czasem bywa wspomnieniem ale wiem, że kiedy zakończy swój cykl…by poświecić komuś innemu… (Nie jestem zachłanna) wróci do mnie 😊 .
    Poza tym dzięki temu, że go nie ma…można chwilę dać odpocząć oczom🤔?

    Naszło mnie dziwactwo, muszę je zapisać..dobrze, że lustro widząc nas… milczy. Cierpliwie znosi każdy widok, a odbicie nie ucieka. Jakiś czas temu napisałam o Niej, która nie może znieść swego spojrzenia w lustrze…dlaczego?
    Znam Ich wiele. Ale nie jestem lustrem ani Nią.
    Czy odbiciem?🤔
    Pełna refleksji tym razem to ja dziękuję, że Jesteś.

    Polubienie

    1. Absolutne zrozumienie jest możliwe tylko w chwili wspólnego zapatrzenia się w siebie. Czuję, że to się dzieje za każdym razem bardziej. Dziwactwo nachodzące Cię z milczącego lustra, otwiera przestrzeń na to co po drugiej jego stronie.
      Skoro nie jesteś Nią ani lustrem ani odbiciem nawet, więc może tańcem, dziką rozkoszą intuicji?
      Podziwiam odwagę patrzenia wprost w słońce, nawet kiedy znika za horyzontem i łagodzenie, oswajanie diabelskich postaci.
      Pozdrawiam z wdzięcznością- bądź nadal w refleksji lub poza nią, jest w tym tyle piękna.

      Polubienie

  2. Zawsze wierzyłam w pokrewieństwo dusz :):)
    Myślę, że trafiłam na to Prawdziwe w tym miejscu i w Tobie:)
    Przepraszam, że to napiszę, ale ja jestem hetero, po prostu cholernie mnie PRZYCIĄGASZ jako zadziwiająca wręcz zbieżność.🤗
    Proszę Cię…sama zobacz, to jedno z ostatnich moich wierszydeł:

    „PO TAŃCU”

    ona tańczy
    nie w takt
    gubi krok, traci oddech
    kręcąc się bez opamiętania
    splątane
    włosy łaskoczą rozmyte twarze
    – śmieje się

    w pląsach pęd unosi spódnicę
    gorsząc widokiem
    spoconych nagich ud
    zmysłowo poruszając ustami
    wyciąga dłoń
    – grajkowie obserwują
    odmawiając
    prośbie

    gdy skończy
    swój niezdarny
    taniec derwisza
    ukłoni się i odejdzie

    spokojnie_zgrabne buciki
    zakrywały
    zakrwawione stopy_

    nie zostawi śladów

    Masz rację, jestem tańcem, zmysłem, jestem tą radością, rozkoszą z bycia sobą, śmiechem wśród nierozumiejących i tym bólem zmęczonych niekiedy tańcem stóp. Bo przecież nie będę udawać, czasem boli…Jednak zawsze wdzięczna, że jeszcze tańczyć potrafię, dla siebie i dla innych💚.
    Czasem trzeba tańczyć do taktu, skoro żyję wśród ludzi…ale to intuicja kieruje moimi krokami.
    Nie podążam jednak za słońcem, blask mnie męczy…ono powróci we właściwym czasie. Mogę tańczyć w deszczu i z mrokiem, lubię go…niekiedy. Bywa słodyczą, gdy nie ściska i nie dławi ☺. Ciekaweczy to rozumiesz?🤔
    A Twój tekst jest PIĘKNY. Czytam go i podziwiam Autorkę, za umiejętność wzbudzania refleksji.
    Naprawdę warto tu powracać!
    Serdeczności😊

    Polubienie

    1. Wiesz, że Twój wiersz jest mój? Jest piękny. Piszę to mimo, że jesteś hetero🤣. Nie jestem specjalistą od poezji , dlatego ograniczę się jedynie do tego by napisać, że – tak właśnie- poczułam jak wiruje świat. Dziękuję, czuję się wyjątkowo mogąc wczytywać się w Ciebie i co zadziwiające w moim przypadku narcystycznego cienia, to właśnie Ciebie tam widzę. Pozdrawiam i przytulam- bo wzruszona jestem.
      Ps. Nie szkodzi, że nie jesteś homo. Ja jestem za nas dwie🤣

      Polubienie

  3. Zamówiona😊.
    Aktualnie mieszkam w Łodzi.
    Wiesz, przyznam Ci się, że nigdy nie byłam tolerancyjna 😱. Choć daleko mi do homofobii 🤔 😂 ale BARDZO cieszę się, że trafiłam na Ciebie w tym wirtualnym zgiełku.
    Wybacz, że tak się Ciebie uczepiłam i śmiecę Ci na blogu…. Masz w sobie uduchowione piękno, którym się karmię…Dziękuję.

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do niekoniecznienierozwojowo Anuluj pisanie odpowiedzi