– Józek nie widziałeś Jadzi? – zatroskany głos pani Anny, wywołał w mężu atak szału.
– No była tu przecie, może kręci się po zagrodzie, albo do świń poszła. A zresztą daj mi spokój kobieto, nie moja sprawa. Ta kurwa, jej matka jest od pilnowania bachora, jak dupa od srania.
– No ale tera to ona u nas jest, może gdzie wpadła i się połamała?
– Jeszcze tego brakuje, żeby po lekarzach z nią jeździć. Kurwa mać, skaranie boskie z tym bachorem!
– Lepiej pomóż jej szukać, jak opieka się dowie, że jej się coś stało, to odbiorą zapomogę.
– Czekaj no, zamknij się na chwilę, słyszysz to chrapanie?
Pani Anna na chwilę przestała biadolić i wsłuchała się w dźwięki wypełniające kuchnię. Dziwne – pomyślała, przecież dopiero co widziała Burka na dworze, jak on zdołał tak szybko się tutaj znaleźć i zasnąć jak na komendę?
To jego chrapanie jakieś dziwne jednak. Kiedy zaglądała pod stół, już wiedziała co się stało. Nie po raz pierwszy, matka Jadzi, napoiła ją bimbrem, by w tym czasie latać po wsi i dawać dupy, komu popadnie.
– No i znalazła się zguba – mówiąc to Józef kopnął zwinięte ciało dziewczynki, by sprawdzić, czy reaguje. Mała skuliła się w sobie, bezwiednie zakrywając głowę rękami – Nic z jej nie będzie, zobaczysz, taka sama kurwa jak matka.
Kiedy mama Jadzi się powiesiła, nikt we wsi po niej nie płakał. Nawet babcia, na stypie powiedziała, że to jedyna dobra rzecz, jaką jej córka w życiu zrobiła.
Jadzia też nie płakała. Było jej wstyd. Na stypie dziadek kazał jej podejść do siebie i unieść spódniczkę. Wszyscy się śmiali i darli wniebogłosy. Stary Nowak zawyrokował, że już niedługo chłopy ze wsi będą z niej mieć prawdziwą pociechę. Miała wtedy pięć lat. Kobiety wtedy jak jeden mąż zaczęły na nią pluć, przy rubasznym akompaniamencie śmiechów upitych mężczyzn.
Babcia z litości podeszła do niej, krzycząc na dziadka, żeby uszanował śmierć i się zamknął. Podała jej szklankę z bimbrem i kazała wypić. Już nie raz Jadzia piła bimber, ale tym razem jej nie smakował, może przez łzy, które wpadły do szklanki, zanim zdążyła ją wychylić.
Dziadek wkrótce umarł. Mówią, że się zapił. Jadzia wiedziała, że to nie prawda.
Nikomu nic nie powiedziała. Unikała wzroku proboszcza no i na babcię nie potrafiła patrzeć.
Bała się, że proboszcz wie, że wtedy nie pomogła dziadkowi wstać i zostawiła go w rowie, choć darł się na nią, by mu pomogła. Podeszła do niego nawet, bardzo blisko, tak blisko, że w ciemności widziała jego żarzące się oczy. I już miała go wyciągnąć z tego błota, ale wtedy on powiedział – choć tu mała kurwo!
Nie wiedziała co dokładnie znaczy to słowo, tyle razy je już słyszała, ale nigdy nie wiedziała. A wtedy przypomniała sobie, że tak mówiono na jej matkę. I po raz pierwszy za nią zatęskniła.
Nienawiść, którą nią karmiono od dziecka, w końcu stała się tym czym być powinna – uczuciem a nie pustym słowem.
Podeszła do dziadka i wtedy uzmysłowiła sobie, że może zrobić zupełnie coś innego niż on jej każe. Napluła mu w twarz. Dziadek nic nie powiedział. Próbował ją dosięgnąć, ale stoczył się do rowu.
Spojrzała na niego z góry. I wtedy poczuła, że Bóg istnieje, choć nie jest on dobrodusznym starcem, kochającym wszystkich ludzi. Jadzia wiedziała, że Bóg jej nie kocha. Ale nabrała pewności, że jest i że ona się go nie boi.
Potem życie toczyło się jak dawniej. Nie było tylko dziadka, więc babcia zajęła się pędzeniem bimbru i oporządzaniem zwierząt. Jadzia jej pomagała, ale wkrótce okazało się, że babcia coraz częściej zalega w łóżku, a Jadzia nie daje rady z tym wszystkim. Trzeba było sprzedać gospodarstwo nim wszystko się zmarnuje a zwierzęta powyzdychają.
Między czasie ciotka Jadzi przyjechała z miasta. Okazało się, że jest siostrą jej ojca. O ojcu nic nie wiedziała, tylko tyle, że kopnął w dupę jej matkę zanim przyszła na świat. Rozpętała się awantura. Babcia nie chciała puścić Jadzi do miasta. Nikt obcy nie będzie brał renty małej. To jej się należą te pieniądze, za te wszystkie lata męczenia się z bachorem. Ciotka jak szybko przyjechała, tak szybko wyjechała, zostawiając lalkę, którą babka ze złością spaliła w piecu.
Po sprzedaniu gospodarstwa, przeniosły się do kuzynki na końcu wsi. Nie wiadomo co stało się z pieniędzmi z gospodarstwa. Może babka gdzieś je schowała, ale nikt nie wiedział, gdzie. Odkąd nie trzeba było nic robić, babka całkiem przestała wychodzić z łóżka. Jadzia dzieliła z nią małą izdebkę u owdowiałej kuzynki, która teraz ciągle przesiadywała na łóżku Jadzi, nie zwracając uwagi, że mała musi iść spać. Po kilku miesiącach, Jadzia przytargała stary materac i umościła sobie posłanie w kącie kuchni.
W szkole wszyscy wiedzieli, że jej matka była kurwą i się powiesiła. Nie było dnia, żeby jakiś cwaniakowaty dzieciak jej nie kopnął czy wytargał za włosy. Do czasu. Pewnego dnia, leżąc na środku klasy wyśmiewana i szarpana przez kolegów, chwyciła cyrkiel wystający z plecaka najpilniejszej uczennicy i wbiła go w oko Tomkowi. Krew zalała jej twarz, poczuła jej cierpki smak. To było wszystko co czuła.
Potem ktoś z dorosłych stwierdził, że Jadzia ma zaburzenia psychiczne. Kolejne lata spędziła w specjalnym ośrodku. Nikt jej nie odwiedzał. Po tym jak babka się dowiedziała, że ją zabierają, wpadła w szał i gdyby nie kuzynka, to pewnie Jadzia by umarła w tej kuchni, tuż przed przyjazdem opieki społecznej. A tak to po paru miesiącach umarła babka. Po jej śmierci Jadzia miała dostać jakieś pieniądze z ZUS-u, ale sprawy przejęła kuzynka no i Jadzia nic nie dostała.
Życie w ośrodku było znośne. Starsze koleżanki podpowiadały co i jak. Często wymykały się po nocach do remizy albo do barów. Jadzia szybko zyskała sobie ich szacunek, mimo, że była młodsza. Nie bała się pić niczego, bo zaprawiona była w boju dziadkowym bimbrem. No i głowę do picia miała, jak mało kto. Była sprytna i kompletnie nie posiadała żadnych hamulców. W wieku dwunastu lat już wiedziała, jak trzeba robić loda, by dostać za to kasę na fajki. Miała dużo przyjaciółek.
Nie cieszyła się, kiedy przyjechała po nią ciotka z miasta. Widziała ją drugi raz w życiu no i nie uśmiechało jej się opuszczać Krzyśka, z którym miała uciec zagranicę.
Nie miała wyboru. Pojechała. Szybko zorientowała się, że ciotka ma ją zupełnie w dupie, a ona dzięki temu, że nie jest już w ośrodku, może robić co chce.
Po roku okazało się, że jest w ciąży. Jadzia się nie zorientowała, ale ciotka coś podejrzewała i wzięła ją do lekarza. Darła się potem na nią, biła i kopała po brzuchu. Ciągle wypytywała kto jest ojcem, ale Jadzia nie przyznała się, że może to być dziecko jej synalka, który odwiedził je wraz ze swoją żoną jakiś czas temu.
Wtedy po raz drugi, Jadzia doświadczyła obecności Boga – poroniła. Trochę potem chorowała, ale jej przeszło.
W wieku dwudziestu lat miała za sobą jeszcze sześć poronień. W wieku czterdziestu trzech -dodatkowo osiem.
Mając piętnaście lat uciekła od ciotki. Zamieszkała z chłopakiem w opuszczonym domu na obrzeżach miasta. Żadne luksusy, zagrzybiałe pomieszczenie z wiadrem w kącie, do którego się załatwiali. Ale w końcu nikt jej nie wrzeszczał nad głową. Dobrze im razem było. W rozsypującym się budynku mieszkało jeszcze parę osób, ale każdy miał swój kąt a gliny w ogóle tu nie zaglądały. Andrzej pracował na budowie, więc nieźle im się powodziło. Lekarz jej powiedział, żeby zaczęła się zabezpieczać, bo mają konflikt z chłopakiem. Ale Jadzia już wiedziała, że nigdy nie będzie nikogo słuchała. Zachodziła w ciąże i je traciła. Po którymś razie pomyślała nawet, że chyba jest już zmęczona tymi krwotokami i dobrze by było chociaż prezerwatywy używać. Tylko, jak to powiedzieć Andrzejowi? Stłucze ją pewnie i pomyśli, że go zdradza. Więc nie ma co gadać.
Kiedy Andrzej miał wypadek, Jadzia właśnie leżała w szpitalu. Kolejne poronienie nie było zwykłym krwotokiem. No nie mogło być. Dzieciak miał dziewięć miesięcy. Trzeba było urodzić. Namęczyła się. Głupio tak rodzic martwe dziecko. Po wszystkim, pozwolili jej się pożegnać.
Po raz trzeci Jadzia doświadczyła obecności Boga.
Andrzej spadł z dachu, Niepotrzebnie pił przed pracą. Nie dostał odszkodowania. Do roboty też się nie nadawał. Dostał zasiłek z opieki, ale na nic im nie starczało. Jadzia zaczęła w piwnicy pędzić bimber. Sąsiedzi donieśli, trzeba było płacić karę. Nie miała pieniędzy, więc poszła na miasto. Dużo nie zarobiła, no to zgadała się z koleżkami Andrzeja na ogarnięcie kwadratu. Chłopaki ją wystawili. Tak się postępuje z kurwami. Chcieli ją zamknąć, ale miała papiery z ośrodka, i wysłali ją na obserwację do psychiatryka. Tam ją faszerowali tabletkami a pewnego dnia po prostu stamtąd wyszła. Poszła do Andrzeja, ale jej nie wpuścił. Mieszkał już z jakąś lafiryndą, która nie życzyła sobie, żeby zwykła kurwa kręciła się po ich mieszkaniu. Jadzia chciała jej powiedzieć, że przecież to ona to mieszkanie znalazła i dokładała się na jego utrzymanie. Zamiast tego, zdzieliła lafiryndę w gębę z całych sił, które nie wiadomo skąd jej się pojawiły, skoro ledwo się tu dowlekła.
Szybko znalazła sobie nową metę, ale wiedziała, że będą jej szukać. Kiedy usłyszała, że Janusz jedzie do Holandii, zrobiła co trzeba. Parę razy dała dupy i po kilkunastu godzinach znalazła się w tym dziwnym kraju. Na początku nie wiedziała co i jak. Ale się ogarnęła. Tutaj łatwo się zahaczyć. Nikt o nic nie pyta.
Po raz czwarty, w tym obcym kraju poczuła obecność Boga w swoim życiu.
Jadzia się ogarnęła. Jeździ do pracy rowerem. Ma dużo znajomych. Chodzi do fryzjera, sypia już tylko z jednym facetem. Są ze sobą piętnaście lat. Tutaj się poznali, u jakiś znajomych. Mają mieszkanie.
Na początku pili tylko w weekendy, ale odkąd facet Jadzi jest na chorobowym, piją też w tygodniu. No bo co innego robić? Wprawdzie Jadzia nie musi pić, ale nie chce, żeby jej facet pił sam. Nie ma wyboru. Trochę jest ciężko, bo czasem boli ją głowa i musi zwalniać się z pracy, ale jak dotąd nikt o to nie miał do niej pretensji. Czasami dostaje telefon, że nie musi już przychodzić do pracy, ale wtedy agencja znajduje jej inną.
Jadzia wie, że Bóg istnieje. Kilka razy w życiu odczuła jego obecność. Wie, że na więcej nie ma co liczyć. Dziś ma prawie pięćdziesiąt lat. Dwa razy tyle co jej matka, kiedy się powiesiła. Nie ma dzieci, może to i dobrze, ale kto wie, jak się trafi to przecież wychowa.
Czasami we śnie odwiedza ją matka. Uśmiecha się do niej. Potem Jadzia budzi się jakaś nie swoja. Różne myśli przychodzą jej do głowy. Te takie co to skłaniają człowieka do głupot, do rzucenia tego wszystkiego. I wtedy wbrew temu co sobie obiecała kiedyś, wypija dwa kielichy, jeden po drugim chociaż jeszcze nawet nie ma piątej rano. I wtedy znowu odczuwa obecność Boga.
Okrutna prawda jest taka, że nad dzieckiem dorosły ma Wszechwładzę.
(Jakże ludzki jest ten jej Bóg!).
Tutaj trzeba brać pod uwagę Jedną ważną sprawę…co alkohol robi z człowiekiem pod względem psychofizycznym??zwłaszcza,gdy dostarczany jest w tak delikatnym okresie rozwojowym ?🤔 .. może Ona nie miała Narzędzi by zauważyć, że da się inaczej?🤔 no i każdy pobyt w ośrodku, każdy „związek”…cóż zmieniały?? Czego ją uczyły??
Wzburzył mnie ten tekst. Bo czuję złość na to Jej otoczenie, na to jakiego życia doświadczyła!!! ale też i na Nią…wiem, wiem – nie powinnam…patrząc z boku. Ale wkurza mnie, bo przecież kurczę..! A no tak…to wina Boga, tego drania, który wrzuca w nas niezależne środowisko, każe żyć…hm. Tak jest Najwygodniej stwierdzić.
Wspomniała mi się piosnka Hasiok&Maleńczuk”Synu”…
Dorośli niszczą dzieci, które później nie potrafią nic więcej niż niszczyć i to głównie siebie…stając się tymi, których nienawidzili, do których czuli pogardę… Mało tego, że powtarzają destrukcyjne schematy – zaczynają MYŚLEĆ jak tamci. Strasznie to paskudne.
A przecież pętlę można przerwać..tylko czemu nie każdy to robi?😒
I cóż..wkurzona ale i współczująca…pozdrawiam☺.
PolubieniePolubienie
Chyba dlatego napisałam ten tekt- ze złości na dorosłych i na to dziecko, które teraz jest dorosłe.
Bez upiększania. To nie jest opowiadanie, to prawie dosłowny zapis historii, z którą przyszło mi się zmierzyć w ostatnim czasie. I szukam tam miłości, bo na pewno tam jest, tylko nie wiem jeszcze czy potrafię wyjść poza schematy- tamtych i mnie.
Ps. Nieodmiennie dziękuję, że jesteś
PolubieniePolubienie
To się daje odczuć, że to czysta prawda bo jest paskudna..aż mnie krew zalewa!
Mam nikłą nadzieję, że poszukiwania zakończą się sukcesem…
PolubieniePolubienie