Przygotowania ruszyły pełną parą. Nikt, kto jest choć odrobinę świadomy świata, nie przegapi tego dnia. To jak druga Wigilia, albo Święto Zmarłych. Dlaczego akurat tak, no bo Wigilia to jedzenie, a Święto Zmarłych cmentarna moda. Proste. Walentynki łączą te dwa święta w sobie.
Podczas Walentynek obowiązują pewne zasady, których lepiej nie łamać, jeśli chce się je spędzić zgodnie z tradycją. Pomijając fakt przymusu posiadania partnerki albo partnera – dla mniej wymagających- należy dokonać odpowiedniej aranżacji wnętrz – bardziej odpowiedzialni, zaczynają od swoich wnętrz, mniej świadomi – przystrajają pomieszczenia w domu, skupiając szczególną uwagę na sypialni, ewentualnie przyozdabiając rozkładaną kanapę w kuchnio – salonie, płatkami róż.
Kolejny etap dotyczy romantycznej kolacji – cokolwiek do jedzenia się poda w świetle świec i tak dokładnie nie widać, więc wystarczy po prostu zamówić kebaba. Dla bardziej ambitnych pozostaje własnoręczne przygotowanie homara – ale umówmy się, po co komu ta ambicja, na pewno nie potrzebuje jej homar. Po trzech kieliszkach wina, koniecznie czerwonego, smaki i tak się stępiają. A skoro już jesteśmy przy świecach, to one z pewnością ułatwiają też wybór garderoby. Idealnie jeśli garderoba jest zabarwiona erotycznie na czerwono – znowu- albo na czarno – tu ujawnia się bezpośrednie połączenie ze Świętem Zmarłych i wcale nie dlatego, że niektóre próby wbicia się w przyciasną bieliznę, mogą skończyć się zawałem dla obserwatora. Absolutnie nie dlatego. A może dlatego?
Tak czy siak, tradycji stać się musi zadość. A tradycji człowiek się uczy, korzystając z doświadczeń starszego pokolenia. Problem pojawia się w chwili, kiedy starsze pokolenie, nie obchodziło danej tradycji, bo nie było takiego święta. Na przykład, taka ja – przez większość życia 14 luty był dla mnie związany, tylko i wyłącznie z urodzinami mojego kochanego brata Krzyśka. A że od zawsze go uwielbiałam, to ten dzień był dla mnie wyjątkowy. Z kronikarskiego obowiązku nadmienię, iż w tym niewalnetynkowym dniu, pojawiał się -zupełnie nieświadomie dla mnie, atrybut walentynkowy – czerwone wino- więc jakby paradoksalnie od zawsze w tym dniu pozostawałam na poziomie tego święta.
Z czasem jednak odległość pozbawiła mnie bezpośredniego świętowania urodzin brata, ale pojawiły się Walentynki. Jak większość ludzi mojego pokolenia, nie wiedząc co z nimi zrobić, wiedzę swoją czerpałam z filmów, bo internetu jeszcze nie było.
Filmy, jak nic, bardziej nawet niż opowieści babek, podtrzymują ciągłość tradycji, ucząc zachowań i interpretacji świata w ściśle odpowiedni sposób. Tutaj ciekawostka – po wyemitowaniu filmu o Lessie, wzrosła liczba ludzi, posiadających psy. Po filmie Bezsenność z Seattle wszyscy zapragnęli posiadać mądre dzieci – jak to wygląda w rzeczywistości i co dzieje się z tymi psami i dziećmi – chyba lepiej nie wspominać, by nie psuć atmosfery. Albo wręcz przeciwnie – psy hurtem wyrzucano z domu, a dzieci? No cóż wystarczy prześledzić statystyki na temat korzystania z pomocy psychiatrów.
Porzućmy przykre tematy i udajmy się w romantyczną przestrzeń Walentynek. Bo nie chodzi o to, by odbierać ludziom złudzenia, skoro chcą je mieć. Szczególnie kiedy związek kuleje i ma mało wspólnego z prawdziwym życiem ukazanym w Siedemdziesięciu trzech twarzach Greya.
Albo kiedy takiego, nawet kulejącego związku nie ma. Bo przecież lepiej jak coś jest niż jak tego nie ma. Szczególnie w Walentynki.
W tym czasie bowiem jak nigdy, na wierzch wyłażą stare rany i jątrzą się niemiłosiernie – odrzucenie, lęk separacyjny, brak przynależności, bycie połówką, która nie ma drugiej części. Wszystkie te zaprzeszłe sprawy, które cały rąk pęcznieją, by w tym szczególnym dniu pożerać ostatki tlącej się nadziei, że jednak wystarczy, że jestem. Pożerają i trawią następne miesiące, odbierając energię i radość życia. Zupełnie jak wąż zjadający słonia.
A skoro o żarciu mowa, zerkam na półkę. Tak zabezpieczyłam się. Dokonałam zakupów odpowiednich dla tego dnia – michałki, kruche ciasteczka i sześć rodzajów czekolady, za którą szczerze powiedziawszy nie przepadam. Ale ją zjem – wszystkie zjem, bo nauczyłam się, że tak trzeba w Walentynki, tylko jeszcze lody dokupię, bo lody też trzeba. I wcale się za to karcić nie będę – lepsze lody w kubku niż lód w związku.
Mimo wszystko jednak cieszę się na ten dzień. Niech sobie będzie w kalendarzu zaznaczony na czerwono. A te wszystkie kiczowate zachowania i poduszkowe serduszka – no cóż, każdy potrzebuje miłości, skoro poduszka komuś ją przypomina, to może jest to jego pierwszy krok ku wolności?
🤔
Przyznaj się…
Jesteś Realnie prawniczką z mężem i dwójką dzieci?🤔🤔🤔??
[Znowu ktoś mi płata figla.. chichot Losu?..to już nie jest ciekawa zbieżność to jest zadziwiające. Bo widzisz…Mój były, Krzysiek, ma urodziny 14lutego i w dodatku ma siostrę o Twoim imieniu…i przepraszan, zaśmiecam tą uwagą ale…no doprawdy!]
Walentynki! Jakże miłe święto przeznaczone Dla Par 🙃.
Jak napisałaś niech sobie będzie w kalendarzu… i nawet na czerwono😉, byłoby to iście urocze i w punkt?
Te wewnętrzne trzepoty i mrowienie…poczucie, że znaczymy dla kogoś coś więcej – kto tego nie pragnie znaczy, że jest najsmutniejszym człowiekiem lub oszustem…
A co jeśli akurat nie jest się w związku? Cóż wg mnie to zwyczajnie nie trzeba Nic🤔, a tylko zaczekać z tą czeko i lodami na dzień następny… 😁
Kilka prawd o tym dniu zabrzmiało nieco gorzko ale tak już musi być…tak już z prawdą bywa👍.
Tak mi się pomyślało: czy to nie poduszka doświadcza od nas ciągłej przemocy?🤔😉
🖐️🖐️
PolubieniePolubienie