Kobiec światòw

Ziemia trwa w bezruchu. To już tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty czwarty dzień. Zamierające życie dławi się resztkami oddechu. Wspomnienia bezwiednie unoszą klatki piersiowe. Wiara w iluzje przekreśla wszystkie racjonalne dowody, przecież jeszcze żyjemy, Ja jeszcze żyje.

Ja jest jedną z ostatnich, które po długiej podróży, w końcu z ulgą zamyka oczy. Jest zimno ale chłód nie wdarł się jeszcze w gorączkę serca. Ta cała młodość i wiara, okazują się jedynymi namacalnymi rzeczami jakie pozostały. Są tak realne jak stół albo odpadający tynk.

Można je dotknąć, poobracać w dłoni. Są jak stare, szklane kule, w które wtopiono bawiące się dzieci.

Ja długo nie może się obudzić, nauczyła się trwać w bezruchu, podobnie jak jej matka Ziemia. Chodzi po świecie opatulona w szorstki koc co rusz, potykając się o litość. Litość jest kłodą, o którą od zawsze się potykała. Przywykła. Kiedyś unosząc się w chmurach, zachłystywała się dzikością kolorów. Nabierała w cherlawe płuca nieskażonego ziemią ni ludźmi powietrza. Dotyk chmur był wilgotny i nieokiełznany by po chwili, wypuszczając ją z ramion, stać się wspólnikiem tej wszechwładnej siły, która za pomocą sznura ściągała ją na dół a potem nakładała kaptur.  

Sen, w którym żyje Ja dostarcza jej pożywienie i schronienie. Dwie najważniejsze torby, w których upycha siebie, przyciskając kolanami by się zamknęły. Zawsze ma je ze sobą, gdziekolwiek idzie albo zostaje – dwie pękające w szwach torby podróżne – wspomnienia po życiu. Jak łatwo nazwać coś życiem, wystarczą najmniejsze oznaki – oddech, krążąca krew.

Kiedy nadchodzi dzień a wędrówka staje się uciążliwym obowiązkiem musi wybierać. Iść albo zostać. Torby z każdym krokiem stają się cięższe. Trzeba się ich pozbyć. Ja chce iść dalej przed siebie w nieznane z nadzieją tkwiącą w dziurawych butach. Najwyższy czas odrzucić wspomnienia.

Ja boi się życia bez wspomnień. Odarta z siebie wśród innych, jest tylko przybyszem, nic nie znaczącym numerem w statystyce. Wita ją litość, ale wkrótce się nią nudzi, wracając do swoich obowiązków, w między czasie zdąży obrazić się na Ja, bo  zwykłe dziękuję nie zawiera w sobie oddania, na jakie litość zasługuje.

Wdzięczność nie ma granic. Spoufalając się z nią, Ja musi ciągle płakać, udowadniając, że zasługuje, że nie potrafi sama zadbać o siebie. Uczucie, które kiedyś było najczystszym wzruszeniem serca, staje się kartą przetargową, negocjacją, manipulacją. Nagle to co granic nie miało, wpychane jest na powrót do zakapturzonej głowy Ja. Kiedy chce przejąć kontrolę nad swoim życiem, staje się zarozumiałą niewdzięcznicą, więc  tkwi w kłamstwie swojej bezradności.

W tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym czwartym dniu, Ziemia nagle zaczyna się poruszać. Drzewa odzyskują moc uleczania a zwierzęta z dzikim szałem zaczynają kopulować. Jutro nikt już nie będzie pamiętał o tym czego nie było. Pamięć się zresetuje.

Ja zaczyna się budzić. Niewygodne łóżko, kiepskie posiłki. Uśmiech nakładany niczym makijaż jeszcze zanim ktoś zauważy, że go tam nie ma. Precyzja w ruchach pozwala namalować kontur ust bez potrzeby patrzenia w lustro. Jest idealnie. Życie Ja toczy się normalnie. Ma wszystko czego potrzebują ludzie tacy jak ona – mimo, że Ja tego nie wie, zawsze znajdzie się ktoś kto wie. Uśmiech nie znika z ust . Nie znika też wdzięczność, która ciąży jak zabrany w przedszkolu ołowiany żołnierzyk, za którego trzeba było zapłacić wstydem i fioletowo – brunatnymi śladami na twarzy.

Historie ołowianych żołnierzyków plączą się ze sobą. Ich zwycięstwa i porażki. Zdrady i bohaterskie morderstwa. Bezmyślny, zasmarkany chłopiec układa pole bitwy na kołdrze, nie zdając sobie sprawy, że jego wojna przybrała rozmiarów światowych. Zasypia zmęczony po kilku godzinach wojny, ciągle trawiony gorączką swojej fantazji. A ołowiane żołnierzyki giną pozostawione samym sobie.

W końcu nadchodzi jutro. Jest dokładnie takie jakie miało nie być. Szare i obdarte. Zgliszcza starych zamków dymią w oddali. Ja już nie chce być wdzięczna innym. Odrzucają ją. Za kilka godzin wygnają ją ze swoich domów. Obrzucą wyzwiskami  i wbiją litość w plecy. Zanim jednak do tego dojdzie, Ja odgarnia posklejane włosy z czoła. Na dłoni zostają jej ślady brunatnego pyłu – pustynia przywędrowała do niej mimo, że już od dawna przestała o niej marzyć.

– Pan, daj pięć złotych.

– Nie mam pieniędzy, ale mogę dać pani bułkę.

– W dupę sobie wsadź bułkę.

– Co za chamka.

Ja przygląda się odchodzącemu mężczyźnie, zastanawiając się skąd w nim tyle pychy. Myśl, że ktoś taki jak on i tysiące mu podobnych, mogą zniszczyć jej świat, napawa ją obrzydzeniem. Jej własny, prywatny świat, który może się skończyć jeśli pozwoli, by ktoś po raz kolejny zamknął ją w klatce wdzięczności podszytej uległością i nienawiścią wykorzystując jej naturę, która pozwala polować na słabszych.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

3 myśli na temat “Kobiec światòw

  1. …ja też jeszcze żyję…
    kiedyś jak miałem gastronomię(lata 90-te ub.w.) zaczęły przychodzić rumuńskie dzieci i żebrać, bo głodne. dostawały po hot-dogu, czy hamburgerze w rękę i odchodziły. Któregoś razu poszedłem za nimi. To co dostały wyrzuciły do pierwszego kosza na śmieci. Takie były głodne. Innym razem, niby bezdomnemu zaproponowałem, że zapłacę jak pozamiata mi plac. Niewielki plac. Oburzony odpyskował, że nie szuka pracy, jakby chciał pracować, to by miał pracę. Trudno się więc dziwić, że teraz omijam żebrzących nawet nie siląc się by słuchać co mamroczą. (aha… miałem swojego ‚aborygena’. stał czasami pod lidlem i nic nie mówił, nie narzucał się nikomu. zawsze kupowałem mu kilka bułek i opakowanie w miarę dobrej kiełbasy. dziękował i z apetytem zjadał. od jakiegoś czasu nie ma go… podobno wylądował w szpitalu psychiatrycznym)

    Polubienie

  2. ❤️ niech Ja zerknie na chwilę wstecz…to, że czasem spotyka niewłaściwe osoby jest rzeczą Normalną…musi uczyć się Rozpoznawać…Ach, jakże zasmucił mnie ten uśmiech jak makijaż!!.Nie pozwoliłabym na to Ja. Niech czasem się posmuci, strząśnie z siebie wszystko co podrzucono..Kochana,mam takie wierszydełko..o ławeczce…jakże kusi na naszej drodze, zwłaszcza gdy przychodzi nam dźwigać te ciężkie torby (co Ja w nich upchało wie tylko Ja, niech tak pozostanie…).
    Pozwól, przytoczę puentę

    -surowe drewno nie zrozumie

    Z czasem obojętniejemy, potykając się o litość na swej drodze…litość zmieszaną ze wzgardą…Z czasem uczymy się rozumieć, że bywamy taką ławeczką, która zaprosiła nie tego wędrowca co trzeba…Aż zaczynamy być jak to drewno ( niekiedy już połamane, być może). Ale nie jest to nasza rola! Ja trwa póki jest w ruchu…

    Mam bardzo dużo przemyśleń po tym tekście. Bardzo.

    Zakończenie wpisu jest niesamowite…przeszyło mnie. Jakże po ludzku zabolało…

    Buziaki i serdeczności.🖐️🖐️

    Polubienie

    1. Dzień dobry. Dziękuję za odwiedziny, zrozumienie i przemyślenia, które się snują. Akurat mam przerwę w pisaniu i nawet przez chwilę pomyślałam, że już może dość naskrobałam, ale Twoja obecność mnie przywołała do mojego porządku- pisanie daje możliwość bycia zobaczonym i choć najważniejsze to zobaczenie samego siebie, to uczucie bycia widzianym przez kogoś innego jest równie wartościowe. Tak więc dziękuję z samego centrum mojego serducha

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do niekoniecznienierozwojowo Anuluj pisanie odpowiedzi