W co dziś zagramy?

Tekst inspirowany – dla zdobycia wiedzy i ogarnięcia tematu gier oczywiście obejrzyjcie najnowszy film na kanale Master Your Life – Jak wychodzić z gry niepokonanym.

  • W co dziś zagramy? – Małe Biedactwo szlocha pytanie.
  • Dziś zagramy we mnie – odpowiada z wyższością wspaniałe Jest się.
  • Skoro już postanowione, to bawcie się dobrze, ja jeszcze trochę sobie pośpię – mówię to trochę z przekąsem i wgapiam się w oddalające się cienie mnie samej, zafascynowana, że wbrew ogólnej opinii jestem właścicielką więc niż jednego cienia. Rzucam kostką. Napięcie sięga zenitu i choć jeszcze nic się nie wydarzyło, wiem, po prostu to czuję – znowu przegrałam. Skurcz żołądka nie pozostawia żadnych wątpliwości. Ból przeżywany od zawsze staje się nawet przyjemny, jest taki mój. Zadziwia mnie moja zdolność przewidywania, utulam się za to. Wchodzę więc w ten dzień pełna sączącego się jadu i troski wobec siebie z nadzieją, że i dziś spotkam kogoś, kto patrząc na wyrzuconą przeze mnie jedynkę, ulituje się nade mną. Jedynka wzbudza największą litość – najpierw u mnie a potem u innych, bo oni mieli więcej szczęścia więc dlatego celebrują w sobie wyrzuty sumienia przez co litość – przynależną mnie, kierują też na siebie. Nawet dwójka jest dostojniejsza. Zasypiam spokojna, wprawdzie jest dopiero poranek, ale sen zaczyna się na nowo. Chodzę we śnie, żyję we śnie. Dzień staje się wędrówką ku dobrze znanemu miejscu we mnie. Czuję ogromną satysfakcję znajdując pod paprocią radości dojrzewające tam grzyby frustracji. Dobrze wiem, gdzie szukać. Nie pamiętam dokładnie, ale chyba dziadek kiedyś opowiadał o tym miejscu.
    Sycę się swoją wędrówką choć czasami dostrzegam linki przyczepione do rąk, które pod wpływem niewidzialnej siły unoszą się do góry w geście poddania. Niestety już teraz nie potrafię dłużej się oszukiwać – wiem, że nie ma nade mną nikogo kto pociąga za sznurki. Z rozpaczy przybieram więc pozę bycia swoim własnym suflerem. Za jego namową odcinam linki. Czuję się wolna choć przecież robię coś co podpowiada mi ktoś chowający się pod sceną. W momencie, w którym reflektory mnie oślepiają zaczynam czuć osiadające na mnie cząsteczki kurzu. Chwila triumfu zamienia się we wstydliwy pokaz, obnażając niemoc bycia idealnie czystym.
    Na chwilę świat zamiera a ja przenoszę się na największą scenę świata. Widzę przed sobą umieszczony na jej środku stół a na nim szachownicę z rozstawionymi na niej pionkami. Na ile to jeszcze możliwe, zadziwia mnie, że po obu stronach precyzyjnie wyrzeźbione figury mają taki sam kolor. Unoszę wzrok szukając przeciwnika. Po przeciwnej stronie stołu zasiada dobrze znana mi osoba. Przegrywam nim zaczynam grać. Siadam jednak z przykurczonymi plecami i przyglądam się sobie, bo przecież wiem, że osoba po drugiej stronie stołu jest inną wersją mnie – tą wspanialszą, jaśniejszą, mądrzejszą. Wiem, że sama ją wyhodowałam przez co teraz moje serce ledwo zipie. I nagle, kiedy to myślę światła znowu kierują się na moje bolące plecy, przez co prostuję się odruchowo, uświadamiając sobie w nanosekundzie, że siedzę po dwóch stronach stołu jednocześnie.
    Oczekuję reakcji publiczności, bez niej bowiem ten spektakl byłby zwykłym pomrukiem, majaczeniem pijaka. Na publiczność zawsze można liczyć, nie ważne jakie obelgi i pochwały się słyszy – zawsze nakarmią którąś z wersji mnie. Bo one we mnie czekają w napięciu aż coś doleci do sceny – może zgniły pomidor, a może jakieś różowe majteczki?
    I wiem, że teraz dokonuje się sprawiedliwość – nie muszę już grać sama ze sobą, teraz mam całą rzeszę ludzi, miasta i pogodę. Ściskam więc kostkę w pięści, już nie zwracam uwagi na szachownicę i tak nie umiem grać w szachy – wyrzucam ją z poczuciem triumfu, przecież nie wynik się liczy, ale sama gra. Zasady są proste, tak bardzo proste. Kiedy w końcu pojmę, że mimo tych wszystkich ludzi i wydarzeń, jedyne co robię to ciągle wyrzucam tę cholerną kostkę oczekując, za każdym razem tego samego wyniku?
    Wyglądam przez okno. Widok ociekającego deszczem psa powoduje, że poddaje się dziś walkowerem. Pies zaczyna swój taniec z kroplami deszczu. Patrzę jak w zwolnionym tempie jego łeb zaczyna się poruszać okrężnym ruchem, potem dołącza tułów a na końcu ogon. Czuję się nieswojo, kiedy tak go podglądam. Patrzę na niego zafascynowana zapominając o rozgrywającej się we mnie bitwie. „Żeby wygrać trzeba grać” -a mi się dziś nie chce.

8 myśli na temat “W co dziś zagramy?

  1. To jest tak treściwe, pod każdym względem. Każdym zdaniem.
    Serio, tyle myśli wywołuje…pozwól, napiszę własną – jedną. Fakt, często gramy głównie ze sobą. Choć tego nie rozumiemy – w „przeciwniku” szukamy słabości.
    A może kurczę zostawmy grę, czy to kostka,szachy, czy scena…po prostu przyjrzyjmy się swoim „nieperfekcjom” , nie bójmy się ich (przegrać ktoś musi tak czy siak), a może w końcu zaczniemy nie grać dla Efektu ale dla samej frajdy z gry?🤔jak ten pies w deszczu, biegać za sobą i mieć z tego niby głupi ale jednak ubaw?
    Tak to widzę.
    Pst.nie lubisz szachów?😉
    Seerdeeecznościi🙂🙂

    Polubienie

      1. Dlatego ja tak bardzo uważam na to „udawanie”. Hmm. Reguły są ważne, przynajmniej dla mnie. Mnie zawsze oszukiwano, rzadko mamy na to wpływ. Czasem uda nam się wyłapać „kant”, ot. Wielki mi sukces😂 Ale siebie we własnej grze? To bardzo kiepski pomysł🙂
        Do czego może prowadzić?

        A poza tym te jednokolorowe szachy to rewelacyjne ujęcie sprawy:)

        Polubienie

Dodaj odpowiedź do Idzie Wiosna Anuluj pisanie odpowiedzi