Ból fantomowy

Czwarta rano

Kolejna niespokojna noc. Magda przygląda się swojemu odbiciu w lustrze. Jest czwarta nad ranem. Jej podkrążone oczy zdradzają zmęczenie. Nie za wiele można z tym zrobić. Kolejne warstwy pudru uczynią z jej twarzy karykaturę rodem z muzeum figur woskowych. Trudno już przywykła do ironicznych spojrzeń koleżanek z pracy. Odkąd umieściła informację na profilu społecznościowym o zmianie statusu – z wolny na zajęta – koleżanki ciągle komentują jej wygląd. Przecież ich  nie oszuka ta warstwa tapety, wiadomo, że nie sypia, ma teraz faceta.

Tylko, że ona nie sypia od zawsze. Odkąd pamięta a może i dłużej. Gdyby tylko mogła przeniknąć do tych snów, rozpoznać twarze. Im bardziej próbowała tym bardziej sen się rozmywał, pozostawiając po sobie niepokój i jakieś dziwne uczucie w okolicach żołądka. Jeżeli chociaż raz pozwoli sobie na nieuwagę, jakiś drobny zachwyt czy chociażby wdzięczność – wtedy wrócą wspomnienia i zaleją ją rozpaczą.

Wspomnienia o tym kim nie jest codziennie spędzają jej sen z powiek. To już nie jest walka z samą sobą ale z demonami, które wypchały ją na ten świat szyderczo szczerząc jaskrawe światło.

– To wszystko jest dla ciebie, spójrz to piękno gór i bezkres oceanów, egzotyczne podróże i namiętne romanse – to wszystko jest dla ciebie.

Całe piękno świata na wyciągnięcie ręki. Gdyby wtedy się nie zawahała, dziś byłaby królową świata.

Historia jej narodzin stała się anegdotą opowiadaną przy każdym rodzinnym spotkaniu. Jak można rodzić się dwa dni, jak można nie spieszyć się na świat, jak można?

Dwa dni w zawieszeniu. Kiedy się skupi przypomina sobie rozpacz. Bezimienny lęk, który dopiero z czasem uzyskawszy swoje imię, przywitał ją na tym świecie.

Może dlatego z czasem odkryła, że okaleczanie ciała pozwala jej nie czuć wdzięczności. W prostym, przegranym życiu nie tak łatwo znaleźć powody do wdzięczności. A ona mimo wszystko ją czuła i bardzo się tego wstydziła. Tak bardzo, że tylko ból mógł ukoić wstyd. Demony, które ją nawiedzały miały twarz aniołów – nie przytrafiało jej się nic złego w życiu, żadna choroba ani śmierć. Jednocześnie nic co można by nazwać sukcesem nie było jej udziałem. Czy to nie najcięższa lekcja? Takie nic, na które nie bardzo można narzekać.

Codzienność jest jak odruch. Kilka godzin przeznaczonych na pracę, kilka na przejście z punktu A do punktu B, kilka na zakupy, kilka na miłość, kilka na sen. A potem od początku. Żadnych dramatów, zawodzących radości, nic. Parę ran na udach. Nic więcej.

Może dlatego tak łatwo przejął nad nią kontrolę, zaburzył rytm dnia, zagarniając w siebie jej myśli. Nie musiała już nic. A to nic oznaczało wolność od siebie.

Nagłe poruszenie w sypialni sprowadziło ją na powrót do życia. Tak to on – jej idealny mężczyzna. To właśnie z tym człowiekiem spędzi resztę życia. Jest taka szczęśliwa, tak cholernie szczęśliwa. Uśmiecha się do swojego szarego odbicia w lustrze, które odpowiada jej odbiciem pustych oczu. Szybko odwraca wzrok, odruchowo poprawia włosy i wraca do sypialni. Ciepło ciała mężczyzny uspokaja jej zszargane nerwy. Zaciska oczy, wtula się w niego na co on reaguje niemal natychmiast wzwodem. Tak właśnie każda kobieta powinna rozpoczynać swój dzień.

Krzysztofa spotkała kilka lat temu. Nie podobał się jej chociaż jej przyjaciółki za nim szalały. Piały z zachwytu, niemal sikając z ekstazy ilekroć spojrzał w ich stronę. A patrzył często i zawsze na inną, ale były to przelotne spojrzenia niczym krople deszczu spływające po ulicy. Dobrze o tym wiedziały i zupełnie im to nie przeszkadzało do czasu, w którym jedna z nich zauważyła, że na Magdę spogląda inaczej. Na początku wywołało to wśród nich falę zazdrości, która – mimo zarzekań – ciągle narastała, by w końcu przejść w rezygnację i stwierdzenie – a weź go sobie, to na pewno jakiś świr. Można więc powiedzieć, że Krzysztof został podarowany Magdzie w prezencie. Wprawdzie nie tego pragnęła, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, tym bardziej, że ma się za sobą całą grupę wspierających przyjaciółek. Wiedziała, że one właśnie układają plan jej życia i z wdzięcznością się na to zgodziła – lepsze to niż ciągłe wysłuchiwanie, że od braku seksu można dostać na głowę. Tak więc seks był i ku zaskoczeniu wszystkich a najbardziej jej samej, drugiego dnia był nadal i po tygodniu również. Po trzech tygodniach przypadkowy seks uzyskuje status przewlekłego i staje się związkiem.

Po dwóch miesiącach seks zamienia się we wspólne wakacyjne plany a po roku – oj jak szybko czas leci – we wspólne mieszkanie. Po dwóch latach ze łzami w oczach wciska się przyciasny pierścionek i planuje wesele. Ślub ma się odbyć za dwa miesiące – czas szybko leci. Życie przestaje mieć znaczenie, liczy się tylko ten wyjątkowy dzień. Magda jest przeszczęśliwa. Tylko dlaczego ciągle nie może spać?

Dni mijały, data ślubu zaznaczona na czerwono na ściennym kalendarzu tańczyła przed jej oczami, kiedy robiła jajecznicę, żeberka albo jakieś inne wyszukane danie kuchni polskiej – najczęściej zapiekankę ziemniaczaną, by jej ukochany poczuł się jak na obiedzie u mamy. Jestem szczęśliwa – mówiła do siebie, kiedy pochylała się nad przypalonym daniem ze łzami w oczach – jestem tak cholernie szczęśliwa.

I wszystko było idealnie. Naprawdę wszystko, jedyne co wyprowadzało ją z równowagi do dźwięk motoru pod jej oknem i ten okropny mężczyzna, który zawsze, ale to zawsze zerkał w jej okno, kiedy podchodziła je zamknąć by wyciszyć te świdrujące hałasy. Gdyby mogła rzuciłaby w niego doniczką albo czymkolwiek, albo by na niego nawrzeszczała, albo poprzebijała by mu opony w tym motorze. 

Zrobiłaby cokolwiek, gdyby mogła. Ale nie mogła. Nie wiedziała co i to tym bardziej ją irytowało. Najgorsze jednak było to uczucie, tak bezsensowne i znikąd, że właściwie, tak w głębi duszy zna tego mężczyznę i czeka na to, aż się pojawi pod jej oknem.

Jakie to banalne – pomyślała – to zwykły lęk przed ślubem, normalne wątpliwości. Krzysztof jest wspaniały a ten facet – no właśnie, zwykły samiec, kto by pomyślał, że w jej wieku może zawrócić jej w głowie jakiś wariat na motorze. To jej głowa płata jej figle i chce sprowadzić ją na złą drogę. Lepiej jednak nie ryzykować – Krzysztof się zdziwił kiedy zażądała by zainstalował rolety w oknach – ale, że był Krzysztofem zrobił to w obcisłej koszulce, ku uciesze sąsiadek.

Rolety okazały się skuteczną ochroną przed widokiem nieznajomego ale nie uchroniły jej przed dźwiękiem jego motoru. Jej uszy nagle zmieniły strategię i wbrew swojemu przeznaczeniu zaczęły widzieć rozciągając tą swoją nowo odkrytą zdolność ku snom, które do tej pory były dla niej zakryte mgłą.

Dwudziesta druga trzydzieści

Noce stawały się coraz dłuższe a sny coraz wyraźniejsze. Pewnego ranka przyglądając się sobie w lustrze dostrzegła w swoich oczach – miast wcześniejszej pustki – ogromny żal. Ogarnął on jej ciało, otulając niczym szorstki koc, wywołując na skórze nieprzyjemne uczucie, zupełnie tak jak wtedy kiedy była dzieckiem. Nie, do tego nie chce wracać. Wspomnienia z dzieciństwa dawno z siebie wyrzuciła, podobnie jak widok pijanego ojca i umierającej matki mimo tego, że fizycznie ciągle żyje. Ale dziś wspomnienia powróciły, zalały jej oczy, skurczyły serce. Przywołały obrazy, których nie pamiętała. Czy to naprawdę się zdarzyło?  Skupiła całą uwagę by przypomnieć sobie sen i odnalazła w nim kobietę, ale to niemożliwe, przecież to nie ona, a jednak serce podpowiadało jej, że jest inaczej.

To co stało się później, zaskoczyło nie tylko Krzysztofa ale jej również ją samą. Zamiast rutynowego numerku przed pracą, wręczyła mu listę nazwisk koleżanek z którymi sypiał – ograniczyła się do jednego tylko miesiąca, może dlatego, że pod wpływem wściekłości złamała rysik w ołówku a nie miała zapasowego. Zaskoczony mężczyzna próbował się tłumaczyć ale tym razem w ogóle go nie słuchała. Odruchowo wyciągnęła walizkę, spakowała parę ubrań i bieliznę – tę która leżała cierpliwie w oczekiwaniu na noc poślubną – i wyszła z mieszkania po raz pierwszy chyba w życiu dostrzegając piękno poranka. Na ulicy przystanęła i zupełnie nie zaskoczył jej widok motocyklisty. Uśmiechnęła się do niego i bez słów wsiadła na motor, trzymając w jednej ręce walizkę a drugą oplatając ciało mężczyzny. Poczuła jego naprężone ciało a kiedy ruszył przysunęła się do niego odruchowo. Spojrzał na nią tylko raz. Nie pamięta czy cokolwiek mówiła ale fakt, że po kilku minutach znaleźli się na lotnisku absolutnie jej nie zaskoczył. Pakując walizkę bowiem wiedziała, gdzie chce być i czuła, że ten obcy a jednak znajomy czyta w jej myślach.

Zsiadając z motoru pocałowała go w policzek i roześmiała się w duchu. Postanowiła jednak, że nie będzie analizowała tego co się stanie. No dobrze, wie że chce gdzieś lecieć, ale tak naprawdę nie ma pojęcia gdzie. Nagle świat wrócił na swoje rzeczywiste tory a ona poczuła, że stoi na ich środku mimo, że dostrzega już nadjeżdżający z ogromną szybkością pociąg.

Dwudziesta trzecia osiemnaście

Cholera co teraz? Najważniejsze to nie panikować. Można przecież odwrócić się na pięcie i wrócić do domu. Krzysztof pewnie jeszcze leży w łóżku. Przeprosi go za poranny cyrk. W ramach skruchy mu obciągnie a potem zapomną o wszystkim. Dalej będą szczęśliwi tak jak widzą to jej przyjaciółki, te same które wykorzystują chwilę jej nieuwagi by się z nim przespać, a potem podkreślają jaką to ona jest szczęściarą, że ma takiego faceta. Tak z pewnością o tym wiedzą te które zdążył już wypieprzyć.

No cóż życie nie zawsze jest różowe. Wzięła głęboki oddech i skierowała się ku wyjściu z lotniska i wtedy jej wzrok mimowolnie przykleił się do biletu wystającego z płaszcza kobiety biegnącej w stronę bramek. Siedząc w samolocie Magda zastanawiała się jak to możliwe, że dostrzegła nazwę miejsca docelowego na bilecie tej kobiety. Przecież minęła ją w biegu a ona od dziecka ma słaby wzrok. No ale koniec końców siedzi teraz w samolocie lecącym do Marakeszu i ma wrażenie, że nie jest to podróż do wymarzonego, wakacyjnego kurortu ale powrót do domu. I właśnie to uczucie spowodowało, że zamiast do Krzysztofa podeszła do informacji i kupiła bilet na najbliższy lot do Maroka. Okazało się, że samolot odlatuje za godzinę, co już zupełnie przestało ją dziwić. Coś w jej duszy bowiem podjęło decyzję a ona tylko za tym podąża. Nie ma sensu się nad tym zastanawiać, skoro jedyne co teraz czuje to spokój, a tego akurat nie czuła chyba nigdy, choć to niemożliwe – bo zna to uczucie tak jak znajomy wydaje jej się zapach przypraw korzennych, które czuje odkąd opuściła nad ranem swoje mieszkanie.

Po wylądowaniu zdała sobie sprawę, że nie ma żadnego planu. Jest tutaj i to najważniejsze. Entuzjazm trwał tylko chwilę. Wyciągnęła telefon, no jasne nie ma zasięgu. Usiłowała sobie przypomnieć ile ma pieniędzy na koncie, kiedy dotarło do niej, że wszystkie oszczędności z ostatnich lat przelała na konto Krzysztofa by mógł opłacić wesele, skarciła się za to w duchu. Ale właściwie o co ma pretensje, to był również jej pomysł by wyprawiać wiejskie weselisko, on przecież jej powiedział, że nie dołoży do tego ani złotówki ale jako mężczyzna nie wyobraża sobie, że nie pochwali się wybranką przed rodziną i znajomymi. Więc wybór należy do niej albo wesele na dwieście pięćdziesiąt osób albo życie na kocią łapę – on tak może ale ona już chyba ma dość bycia zwykłą kochanką. Tak miała dość tym bardziej, że status zwykłej kochanki nie czynił z niej nikogo wyjątkowego wśród innych dziewczyn z którymi sypiał.

Pięćdziesiąt trzy euro. Nie wystarczy nawet na wynajęcie łóżka w jakimś podrzędnym hostelu. Co ją napadło, by tu przylatywać. Mogła jechać do Polski, wypłakać się matce, która po chwili całą winę za zdrady Krzysztofa przypisałaby jej a potem znowu opowiadałaby jak to kobieta musi trwać przy swoim mężczyźnie, bo nie ma przecież innego wyjścia. Po kilku dniach Magda przyznałaby jej rację i wróciłaby do Krzysztofa pełna skruchy i silnego postanowienia, że już nigdy nie wypomni mu jego zdrad. W końcu musi zrozumieć, że mężczyźni tak już mają.

Tym razem jednak jest tutaj. W mieście o którym nic nie wiedziała, oprócz tego, że porywa się dziewczyny do burdeli. Głupie, naiwne gąski marzące o miłości i przepychu co chwila wylewały się falami z tanich linii lotniczych, eksponując swoje ciało z nadzieją, że jakiś szejk, czy jak to się mówi na tutejszych bogaczy – je dostrzeże i pokaże im czym jest raj na ziemi.

Niemożliwe, że ona jest jedną z nich, nigdy nie miała takich myśli a te dziewczyny wzbudzały w niej litość pomieszaną z wściekłością. Więc dlaczego się tutaj znalazła? No co liczyła wsiadając do tego samolotu a wcześniej dając się podwieźć stalkerowi na motorze. A może właśnie przeżywa epizod schizofreniczny i za chwilę obudzi się w obskurnym pomieszczeniu oddziału zamkniętego w jakimś podmiejskim szpitalu psychiatrycznym.

Dopóki jednak się nie obudzi musi coś wymyślić. Nie może tak stać na tym lotnisku, bo w końcu jakiś szejk zwróci na nią uwagę, a ona na ten moment naprawdę ma dość facetów.

Dwudziesta czwarta piętnaście

Przymknęła oczy, policzyła do trzech – bo tylko na tyle wystarczyło jej cierpliwości i ruszyła przed siebie. Nagły podmuch wiatru przykleił jej do twarzy piasek, którego szorstkość zaczęła palić jej policzki. Czuła jak pot spływa jej po plecach. Jej ciało się napięło. Nogi grzęzły w gorącym piasku utrudniając kroki. Była zmęczona i obolała. Piskliwy świst wiatru zagłuszał głosy dochodzące z oddali. Chciała przed nimi uciec ale ją doganiały, raz po raz rzucając na ziemię. Kolejny raz nie zdoła się podnieść. Lepiej się poddać, niech robią z nią co chcą. Jej ciało jest tak zmaltretowane, że nie ma w nim już miejsca na duszę. Przygląda się sobie z lotu ptaka. Wytęża wzrok, stara się dostrzec tę młodą dziewczynę, którą była jeszcze dziś rano pod śmierdzącym potem i cynamonem ciałem mężczyzny. Szuka oznak życia w ciele, ale przecież nie ma tam nawet iskry, jej dusza opuściła to ciało a teraz przyglądając się tej scenie rozpacza w milczeniu. Po chwili jednak rozpacz przywdziewa maskę wściekłości i jednoczy się z duszą. Dusza Aishy się odradza w ciemności, pod granatowym niebem i zimnym oceanem piasku, zaprzysięga zemstę od teraz na zawsze, na każdym mężczyźnie stąpającym po ziemi, na której oddała się w ręce ciemności.

Co to do cholery było? – Ciało Magdy przebiega zimny dreszcz. Czuje ból i szybkie bicie serca. To był jej sen, ten który śni od zawsze. Nigdy nie potrafiła sobie go przypomnieć a teraz wrócił do niej z całą swoją okropnością.

– Proszę się nie rozchodzić, proszę państwa autokar już podjechał, kierujmy się do wyjścia, proszę państwa trzymajmy się razem! Rozpaczliwe prośby mężczyzny brzmiały jak podwodne dźwięki. Były przytłumione i ulotne. Zatrzymywały się na ludziach, wplątywały w ich torby podróżne, przyklejały do spoconych włosów, wkradały się pod chusty i turbany. Magda uśmiechnęła się do swoich myśli. Tak, to niesamowite, że nawet tutaj słyszy polską mowę. Nagle krzyczący mężczyzna dotknął jej ramienia – nieśmiało ale z determinacją

 – Proszę pani, nie czas teraz na kontemplowanie tłumu, zapraszam do autokaru. Kiedy miała wyjaśnić, że to pomyłka, że ona nie jest uczestniczką tej wycieczki, rozwścieczony głos dodał

– Ależ to nieodpowiedzialne zatrzymywać całą wycieczkę w tym tłumie, można się czegoś nabawić, ale być okradzionym, a ona głupio się uśmiecha, niechże pani już idzie, nie będziemy przecież tu sterczeć cały dzień – mówiąca kobieta popchnęła Magdę brutalnie w kierunku wyjścia. Nie było szansy by wydostać się z tłumu zmierzającego w tamtym kierunku. Ławica ruszyła a jej nie pozostało nic innego jak płynąć razem z nią. W autobusie po raz kolejny podjęła próbę wyjaśnienia zamieszania, czym jeszcze bardziej rozzłościła niecierpliwą turystkę. Twarz kobiety nabrała jeszcze bardziej odcienia rubinu, choć po scenie na lotnisku wydawało się to niemożliwe. Jej słomkowy kapelusz zsunął się na oczy na całe szczęście dla Magdy inaczej pewnie padłaby trupem pod naporem nienawistnego wzroku.

– Niech pani siada – odważyła się odezwać Magda. Odniosło to jednak odwrotny skutek. Kobieta nachyliła się do przodu opierając swój pokaźny biust na głowie mężczyzny, który zaskoczony sytuacją, odruchowo podniósł rękę do góry, muskając piersi kobiety. Awantura się skończyła. W autokarze zapanowała atmosfera romansu co na dobre pięć minut uspokoiło sytuację.

Kierowca ruszył z impetem. Magda opadła na siedzenie zmęczona próbami dostania się do przewodnika. Nie było sensu teraz przedzierać się do przodu. Autobus jechał szybko a kręte uliczki i ciągłe hamowanie na przemian z przyspieszaniem nie dawało możliwości dotarcia z końca pojazdu do początku.

– Nie przejmuj się kochanie, wszystko się wyjaśni – nie była pewna czy słowa, które usłyszała pochodziły od staruszki siedzącej obok, czy z jej głowy. Spojrzała na sąsiadkę i poczuła, że już kiedyś ją spotkała. Przypomniała sobie jak kiedyś o tym czytała, o tym uczuciu bliskości, który czasami odczuwamy spotykając kogoś obcego. Podobno wiąże się to z wędrówką dusz. Całkiem możliwe, że kiedyś już spotkała tę kobietę, chyba nawet jest tego pewna.

– Mnie tutaj nie powinno być – zaczęła Magda z nadzieją, że w końcu trafiła na jakąś rozsądną kobietę. Nadzieja szybko prysnęła wraz z osobliwym dźwiękiem wydanym przez staruszkę. Tak ona się śmiała, dziewczyna przymknęła oczy zrezygnowana – no to tyle jeżeli chodzi o rozsądek

– Kochanie już dawno mnie nikt tak nie rozbawił. Mnie tu nie powinno być, dobre sobie, tak jakby to, że jesteśmy właśnie tutaj nie było jedynym możliwym miejscem, w którym powinnyśmy być.

– Ale mnie nie powinno być w tym autokarze – próbowała doprecyzować

– A powinnaś być w tym państwie? Bo coś mi się widzi, że nikt nie przylatuje do Maroka bez bagażu.

Słowa kobiety na powrót usadowiły Magdę w rzeczywistości o której zapomniała stając się przyczyną wycieczkowego zamieszania.

– W zasadzie ma pani rację, nie wiem co tutaj robię, nie ma żadnych planów no i nie mam pieniędzy a bagaż zostawiłam na lotnisku.

– i  nie uważasz, że właśnie dlatego się tutaj znalazłaś?

– Nie rozumiem

– No cóż szczerze powiem, że mimo swojego wieku też nie rozumiem, a przecież na starość wie się o wiele więcej. W każdym razie mamy dwie godziny żeby odpocząć. Potem się okaże co jeszcze nas czeka. Swoją drogę trochę mi żal tej kobiety, która teraz pewnie umiera ze strachu na lotnisku. Zajęłaś jej miejsce, ależ nie rób takiej miny, z pewnością sobie poradzi, na lotnisku jest oddział naszego biura podróży, wyjaśnienie sprawy zajmie im dokładnie tyle czasu ile nasza podróż.

Pierwsza zero trzy

Ostatnie wiadomości z Maroka wzbudzały międzynarodowe zainteresowanie. Jak żadna dotąd informacja z tego kraju, przyciągała uwagę, dyskutowano o niej zarówno w zacnych dziennikach jak i w podrzędnych brukowcach. Seryjne morderstwa nie były niczym nowym rzadko jednak informacje o nich wyciekały poza ten muzułmański kraj. Nie chciano by patologia i perwersja rzutowała na świętość zasad i kładła się cieniem na dumnych wyznawców tej religii. Tym razem jednak sprawa była o tyle inna, że nie dało jej się utrzymać w granicach państwa. Ofiarami byli bowiem prominentni mężczyźni nie tylko Marokańczycy ale również Hiszpanie, Portugalczycy i Francuzi- a ich oprawcą – jak podejrzewała lokalna policja- kobieta. Oczywiście pojawiły się głosy, że próba zrzucenia winy na kobietę jest typową zagrywką w świecie patriarchatu. Głosy te jednak pochodziły od zachodnich feministek i nikt nie przywiązywał do nich wagi. Pieprzyku informacji dodawał fakt, że morderstwa dokonywane były na przestrzeni kilkudziesięciu lat i wbrew zdrowemu rozsądkowi ściśle się ze sobą łączyły. Można było założyć, że kobieta, która ich dokonuje ma teraz około osiemdziesięciu lat, a pierwszego morderstwa dokonała w wieku siedmiu.

Poszukiwania morderczyni stały się prawdziwym wyzwaniem dla całej Marokańskiej społeczności. Mężczyźni byli oburzeni swobodą kobiet, które nawet do morderstw się posuwają i postanowili ukrócić ich dążenia do emancypacji. W świetle ostatnich wydarzeń, mięli na to ogólne przyzwolenie a kobiety z pokorą się na to godziły, nie chcą uchodzić za współwinne morderstw. Propaganda ma szerokie skrzydła i skutecznie zasłania zdrowy rozsądek.

Nagle autobus się zatrzymał. Zaspani podróżni niespokojnie zaczęli kręcić się na siedzeniach. Mimo ogólnej ignorancji na temat tego państwa, postój na środku drogi wydał się co najmniej podejrzany. Ktoś w końcu się odważył i wypowiedział niepokój wszystkich na głos.

– Popsuł się, wiedziałem, że nie coś ma z silnikiem kiedy tylko do niego wsiadłem. Krystyna potwierdzi, że mówiłem, Kryśka powiedz ludziom, że mówiłem

– Tak Wojtek, tak właśnie mówiłeś. Państwo z tyłu słyszeli – mówiąc to Krystyna z impetem odwróciła się do współpasażerów zaskoczonych wywołaniem ich na świadków. Nieco speszeni przytaknęli głowami, nie mogąc sobie przypomnieć słów pana Wojtka.

– No i co teraz – senny głos zdradzał rozdrażnienie, które z każdą minutą rozchodziło się po autobusie – gdzie ten przewodnik? – Ludzie powoli zaczęli podnosić się z miejsc, przysłaniając sobie widok przewodnika, który na przedzie pojazdu żywo dyskutował z kierowcą jednocześnie prowadząc rozmowę przez telefon. Kiedy odwrócił się do pasażerów natknął się na mur ludzi cisnących się na wysokości pierwszych siedzeń.

– Drodzy państwo, mamy drobne opóźnienie spowodowane awarią pojazdu

 – No nie mów, nie zauważyliśmy- mimo, że wszyscy od pięciu minut wiedzieli, to potwierdzenie faktu przez przewodnika u co niektórych wywołała prawdziwy atak paniki.

– Teraz nas napadną, porwą i wymordują. Czytałam na lotnisku, że grasuje tu morderca i zarzyna wszystkich

– Nie wszystkich tylko mężczyzn, panie są bezpieczne – próbował uspokoić sytuację przewodnik, jednak patrząc po twarzach pasażerów, szczególnie męskiej ich części, zdał sobie sprawę, że tej umiejętności jeszcze do końca nie opanował.

– Proponuję wyjść na zewnątrz. Za chwilę klimatyzacja i tak przestanie działać a na dworze przynajmniej trochę wieje – doskonale zdawał sobie sprawę z kłamstwa, ale na szczęście ma pod opieką wycieczkę nowicjuszy, nikt wcześniej nie zwiedzał tego kraju i nie od razu zorientowali się, że wiatr na zewnątrz jest gorący jak płomień.  Było mu wszystko jedno, byle na chwilę pozbyć się ich sprzed twarzy. No cóż pierwszy kryzys i pierwsze wypalenie zawodowe w jego życiu. Do tego jeszcze dostanie mu się po premii za zostawienie turystki na lotnisku. Właśnie szedł wyjaśnić sprawę z kobietą podróżującą z nimi na gapę, kiedy popsuł się autobus. Teraz jej nie widzi, ale jak wszyscy wysiądą to sobie z nią porozmawia.

– Chodź za mną, teraz już niedaleko. Magda spojrzała na staruszkę i ruszyła za nią. Przez chwilę poczuła ukłucie w skroni, tak zawsze manifestowała się jej intuicja, tym razem jednak postanowiła nie zwracać na to uwagi, w końcu to właśnie intuicja przywiodła ją do tego kraju, bez pieniędzy i w sam środek największego lęku, z którym nie radziła sobie od dziecka. A teraz ktoś wyciąga do niej pomocną dłoń, ratuje ją. Co złego może ją spotkać ze strony starszej kobiety? – może jedynie wynudzi się na śmierć słuchając jej wspomnień.

Pierwsza czterdzieści cztery

Samochód już na nie czekał. Za kierownicą siedziała kobieta w hadżibie. Weszły do auta sadowiąc się na tylnych siedzeniach. Kobieta za kierownicą spojrzała na Magdę w lusterku wstecznym. Przeszedł ją dreszcz, nigdy dotąd nikt tak na nią nie patrzył. Poczuła jak zalewa ją fala pożądania i lęku – tak jakby były ze sobą związane i miały swoje źródło w jednym miejscu w ciele – w okolicach jej żołądka. Szybko odwróciła wzrok, kątem oka dostrzegając uśmiech na twarzy staruszki.

Jechały dosyć długo, choć monotonny krajobraz za oknem utrudniał określenie upływającego czasu. W końcu kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi dotarły na miejsce. Samochód skręcił z głównej trasy i jechał jeszcze chwilę drogą wśród kaktusów i wysuszonej, wysokiej na dwa metry trawy. Po chwili dotarły do bramy – albo czegoś co miało ją przypominać. Nie było bowiem żadnego płotu, więc nie było sensu jej otwierać. Stała jednak osamotniona pełniąc swoją funkcję i wywołując tym śmiech u Magdy. Jej współtowarzyski spojrzały na nią zaskoczone, ale podobnie jak przez całą drogę nic nie powiedziały.

W końcu auto się zatrzymało a Magda mogła podziwiać niesamowity budynek wyrastający ze skał. Nigdy wcześniej nie widziała takiego domu i teraz jej mózg szukał usilnie czegoś co mogłoby jej pomóc sklasyfikować budowle. Bardzo żałowała, że nigdy nie interesowała się architekturą, bo z pewnością dałoby jej to jakieś wyobrażenie z którego wieku pochodzi ten budynek. Wyglądał wprawdzie na nowoczesny ale z drugiej strony emanował atmosferą średniowiecznych meczetów.

– Tutaj będziesz bezpieczna. Policja Cię tu nie znajdzie.

Magda zbladła. Jej ciało zesztywniało, o czym ta staruszka mówi, jaka policja? Może jej rodzina albo Krzysztof zgłosili jej zaginięcie?

– Wszystkie tutaj kiedyś zrobiłyśmy to co ty. Resztę kobiet poznasz później. Teraz się odśwież i widzimy się w ogrodzie za pół godziny. Zanim odeszła wzięła Magdę w ramiona i wyszeptała – nie używamy słowa morderstwo, ma złą energię, zamiast niego mówimy…

Magda nie dosłyszała. W zasadzie w ogóle nie słuchała tego co do niej mówiła od czasu kiedy wypowiedziała słowo policja, w głowie zaczęła już przygotowywać plan wydostania się z tego miejsca, im bardziej się starała zachować spokój tym bardziej popadała w panikę. Na ten moment jednak postanowiła dostosować się do tego co się dzieje. Poszła na górę i wzięła długi prysznic, znacznie dłuższy, niż pół godziny który miała na niego przeznaczyć.

– O czym ty mówisz? Zwariowałaś, ja niczego takiego nie zrobiłam. To, ze nienawidziłam Krzysztofa nie znaczy, że go zabiłam. Jaka krew na rękach, moje ręce są czyste – nerwowo wyciągnęła je przed siebie, spojrzała na zakrwawione dłonie i zemdlała.

Kiedy się ocknęła leżała na olbrzymim łóżku pod baldachimem. Tak bardzo chciała by był to sen. Te bzdurne oskarżenia, jej pobyt w tym państwie, te kobiety i ich historie, które tak bardzo przypominały jej własną. Nie chciała wracać do wydarzeń z zeszłej nocy, choć one nic nie robiły sobie z jej silnej, a jednak słabej woli. W końcu się im poddała i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiły się argumenty, którymi mogła spokojnie obalić teorię o morderstwie, które tak usilnie starała się jej wmówić jej wybawczyni. Przecież nikt nie wpuściłby jej na pokład samolotu z zakrwawionymi dłońmi, nigdy nie opuściłaby Polski i pewnie teraz siedziałaby w jakimś areszcie. Zresztą doskonale pamięta, że kiedy wychodziła z domu Krzysztof spał spokojnie w łóżku całkiem żywy.

Z jakiego powodu ta kobieta chce zrobić z niej morderczynię, jaki ma w tym interes, przecież doskonale wie, że Magda nie ma pieniędzy więc próby szantażu są bezcelowe. Nic z tego nie rozumiała, postanowiła przyjrzeć się swoim dłoniom i wbrew oczekiwaniom bystrego umysłu dalej były czerwone od krwi. To przesądziło o dalszych, rozsądkowych analizach sytuacji i wywołało prawdziwą burzę w jej sercu, wyrzucając emocje za pomocą najbardziej zwierzęcego wrzasku jaki człowiek jest w stanie z siebie wykrzesać.

Kolejne dni wyglądały tak samo. Magda się budziła po czym po usilnych próbach wyjaśnienia sobie sytuacji doznawała szoku i mdlała. Przez ten czas nic nie jadła. Czasami ktoś podawał jej wodę, którą piła małymi łykami, by na powrót zapadać w półsen.

Druga dwanaście

Dni upływały a ona coraz bardziej marniała. Wizje które doświadczała, myśli, które się pojawiały usiłując wyjaśnić to co widziała, czyniły z niej żywego trupa, kogoś oddzielonego od swojej duszy. Nie poznawała siebie, wszystko co o sobie wiedziała nagle przestało mieć znaczenie. Dostrzegła iluzję postaci, którą była a może bardziej tego kim wyobrażała sobie, że jest. Jest morderczynią, kimś kto z zimną krwią poderżnął gardło mężczyźnie z którym miała spędzić resztę życia. A teraz jest tutaj w tym obcym kraju, wśród kobiet, które podobnie jak ona zabijały i ukrywały się przed światem. Czasami miała wrażenie, ze czyta kiepską książkę, w której bohaterka cierpiąca na schizofrenię usiłuje wyjaśnić światu, że głosy w jej głowie pochodzą od Boga. I może by się jej to udało, tylko, że świat nie wierzy by Bóg przemawiał przez schizofreników, są przecież na ziemi o wiele szacowniejsi ludzie.

Trzecia piętnaście

Teraz już rozumiała, że aby mogło się dokonać musi wykonać zadanie. Rozumiała, że zmiany wprowadza się poprzez odrzucenie starego porządku. Najlepiej tego dokonać szybko i radykalnie. Jej kiełkująca kobiecość nie dawała przestrzeni na wątpliwości i słabość. I może zabijanie nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale w jaki inny sposób zbalansować krzywdy wyrządzone przez mężczyzn? Tak to naiwność myśleć, że jedno morderstwo przywróci równowagę na świecie, ale na pewno pozwoli jednej skrzywdzonej kobiecie poczuć, że ktoś o nią walczy. To wszystko co robiła Rita nabrało sensu. Nie było już dla niej maniakalnym zachowaniem chorej psychicznie kobiety. Było misją kapłanki, powołaniem. Ta kobieta otworzyła swoje serce, przyjęła do siebie skrzywdzone kobiety i pomaga im odzyskać moc, którą chcieli odebrać im mężczyźni. Dlaczego do tej pory tego nie dostrzegała? Jak mogła wątpić w czyste intencje tej kobiety, kapłanki, prawdziwej służebnicy kobiecej boskości.

Decyzja zapadła. Niech się dokona, w końcu to nie będzie pierwsza zbrodnia jaką popełniła a z pewnością mniej okrutna niż to co robiła sobie przez całe lata. Była gotowa by odzyskać swoją wolność, skoro droga do niej prowadzi przez pozbycie się mężczyzny, który krzywdzi niewinne kobiety, no to cóż – nie jest to zbyt wygórowana cena.

Trzecia dwadzieścia osiem

Fatima delikatnie zamknęła drzwi. Zawsze robiła to cicho tak by nie przeszkadzać sąsiadom. Jest wczesna pora. Po ciemku pokonuje schody, robi na to na wyczucie. Nigdy nie zapala światła. Od dziecka boi się ciemności, więc jako dorosła osoba codziennie konfrontuje się z tym lękiem. Może kiedyś przestanie się bać. W taki sposób zaczyna każdy dzień, wmówiła sobie, że pokonując ten pierwotny lęk, z każdym innym w ciągu dnia też sobie poradzi. Gdyby nie karzący głos matki w głowie za każdym razem kiedy wychodzi z budynku, byłaby z siebie naprawdę dumna. Jedyne na co sobie pozwala i robi to dla siebie, to głęboki oddech tuż przed świtem, na pustej jeszcze ulicy. Tylko tyle nim znowu pojawią się wyrzuty sumienia a świat brutalnie wkroczy w jej wnętrze.

Droga do pracy zajmuje jej pół godziny. Manewruje między rozkładającymi swoje stragany handlarzami, którzy tylko o tej porze dnia nie zwracają na nic uwagi oprócz tego, by tym razem rozłożyć swój towar w najbardziej strategicznym miejscu bazaru. Przeciska się między przekrzykującymi się głosami, gestami zawieszonymi w próżni. Jest niewidoczna prawie niematerialna. Ma wrażenie, że płynie między coraz większym ściskiem odkształcając swoją postać tak by tylko czasami, zupełnie przypadkiem musnąć jakieś ciało. Jest i nie jest. Istnieje dla siebie i dla nikogo innego. Trwa to tylko chwilę, jej obecność zawadza na drodze, tamuje ruch wykonywany przez handlarzy od kilku pokoleń. Ich złość spycha ją pod same mury kamiennych budynków i wypycha poza obszar targu. Słońce w tym czasie zaczyna oświetlać dachy pobliskich domów. Wydaje się współgrać z jej wzrokiem i pojawia się dokładnie tam gdzie ona patrzy. Najpierw jaśnieje dach meczetu, potem kiedy Fatima przesuwa wzrok, pojawia się na budynku urzędu skarbowego. Odbija się od okna w małym budynku i trafia prosto w jej źrenice, oślepiając i rozgrzewając ją od środka. W końcu jest też na brukowej uliczce, po której idzie. Wie, że ma za sobą cień i w duchy dziękuję, że nie jest sama.

 Odkąd została detektywem tutejszej policji, zawsze pierwsza pojawia się biurze i ostatnia je opuszcza. Czuła na sobie nienawistne oczy kolegów, którzy nawet nie byli jej kolegami. Przecież w tym państwie żaden mężczyzna nie może pozwolić sobie na swobodne relacje z kobietami. Wszyscy o tym doskonale wiedzieli, ale rząd usilnie dążył do ocieplenia stosunków z Europejczykami i ulegał stopniowo, pozwalając sobie na wprowadzanie zmian, uznawanych przez resztę świata za cywilizowane. Tak więc kobiety dostały swoją szansę- mogą choć przez sekundę poczuć się widziane przez resztę, czy sobie z tym poradzą czy nie, to już nie jest zmartwienie rządu. Może co niektórzy z włodarzy mieli świadomość, że wpuszczanie kobiet na zupełnie obcy im teren, bez zabezpieczenia, bez najmniejszej próby przygotowania gruntu w mentalności społeczeństwa, może być dla nich zupełnie niemożliwe, no ale decyzja została podjęta. Tak jak można było się spodziewać, kobiety nie ruszyły szturmem, niektóre nawet nie wiedziały, że mają możliwość dokonania jakiegoś ruchu.

Fatima była inna. Od dziecka chciała robić coś ważnego i nie wiadomo skąd pojawiła się w jej myśl, że wyjście za mąż i rodzenie dzieci nie należy do ważnych rzeczy. Niebezpiecznie w swoich marzeniach zbliżała się do świata mężczyzn, bo tylko w nim widziała sens. Można spekulować, że w zasadzie to samo społeczeństwo wytworzyło w niej te myśli, spychając kobiety do roli usłużnych i bezwartościowych. Koniec końców dziś Fatima jest detektywem. Awansowała szybko, tuż po skończeniu korespondencyjnie szkoły policyjnej. Jako jedyna w tym kraju pełni funkcję publiczną.      Posterunek policji w którym pracuje został specjalnie przygotowany na jej przybycie. Wyznaczono jej osobne pomieszczenie na samych końcu długiego korytarza. Są dwie drogi by się do niego dostać – oficjalna przez główne wejście, które przekroczyła tylko raz podczas pierwszego dnia pracy w asyście zagranicznych korespondentów i drugie, specjalnie dla niej przygotowane – od tyłu budynku. I właśnie to drugie wejście jest jedynym z którego może korzystać. Jej dzień pracy polega jedynie na wejściu do pomieszczenia i opuszczeniu go po dwunastu godzinach. Nie ma to nic wspólnego z wyobrażeniami Fatimy o pracy detektywa podpatrzonymi w serialach z ameryki. Szczerze powiedziawszy coraz częściej jest na siebie zła, ze wybrała taką drogę. Zrezygnowała z życia i codziennie żyje w lęku. Świadomość, że dosłownie wszyscy w tym kraju chcą ją zabić nie działa na nią kojąco- doszła już do granicy strachu, po przekroczeniu której zostaje już tylko nieracjonalny śmiech.  

 Akta sprawy o której huczały gazety na całym świecie, trafiły do niej zupełnie przypadkowo, mimo, że w dokumentach jej nazwisko widniało jako prowadząca sprawę. Pewnego dnia, nie mogąc wytrzymać upału panującego w jej pokoju, wbrew wszystkich zakazom, postanowiła wyjść na korytarz. Nie było nikogo więc odważyła się zrobić kilka kroków w kierunku dumnie sterczącej w ścianie klimatyzacji – tylko parę sekund, obiecywała sobie. Postoję kilka sekund i wrócę do siebie. Strach, który odczuwała równy był temu, który dobrze znała więc jak to miała w zwyczaju zaciskając oczy, powędrowała wprost w jego szpony. Błogi chłód na moment zabrał ją z tego ciasnego pomieszczenia na otwarte przestrzenie, przeniósł ją w cień drzew oliwnych w jej rodzinnej wiosce. Dobrze pamięta radość i dumę kiedy okazywało się, że drzewko posadzone przez jej babkę daje na tyle dużo owoców, by przez tydzień po ich sprzedaży ojciec chodził uśmiechnięty. Zatęskniła tak bardzo za rodziną, że ból brzucha zgiął ją do ziemi. I właśnie wtedy dostrzegła przez uchylone drzwi biura, które znajdowało się jak wszystkie inne w tym posterunku wzdłuż korytarza papierową, opasłą teczkę na wierzchu której widniało jej nazwisko nabazgrane czerwonym flamastrem. Wstrzymując oddech, wbrew całemu rozsądkowi świata, na czworakach przybliżyła się do drzwi. Miała świadomość śmieszności swojego zachowania i jego konsekwencji ale było już za późno by się wycofać. Jeżeli ktoś ją zobaczy straci wszystko o co walczyły kobiety w jej kraju od pokoleń, tyle tylko że nie do końca chyba liczyły na to, że zwycięstwo w ich walce będzie zamknięte w czterech ścianach obskurnego pokoju. Fatima zdawała sobie sprawę z ryzyka z drugiej strony z całych sił chciała być przyłapana i wyrzucona z roli, którą sama sobie narzuciła – wyzwolonej i najbardziej samotnej kobiety na świecie. Właśnie wtedy, przesuwając się niczym robak po zimnej posadzce posterunku, po raz pierwszy zdała sobie sprawę z roli kobiet w jej państwie – i nie chodziło tylko o pozbawienie ich jakichkolwiek praw ale o codzienne traktowanie ich w ich własnych domach –  co wywołało w niej z jednej strony bunt a z drugiej niewyobrażalną tęsknotę do odwiecznego porządku, którego tak bardzo chciała być częścią.  Prawdziwa paranoja – pomyślała i zupełnie poddając się tej myśli wpełzła do pokoju. Zabrała teczkę i czytając na niej swoje nazwisko wstała z klęczek, otrzepała kurz z regulaminowej długiej spódnicy i zaśmiewając się z własnej naiwności, wyszła z pokoju trzaskając za sobą drzwiami.

 Dźwięk zatrzaskujących się drzwi huczał w jej uszach jeszcze długo po tym jak wróciła do swojej celi – tak nazywała swój przydzielony przez władze pokój. Jak na ironię, zupełnie jej to nie przeszkadzało. Od dziecka przecież kobiety przyzwyczajane są do życia w niewoli. Oczywiście nikt tak o tym nie mówi. Kiedy tkwisz w czymś całe życia a najpierw robiła to twoja matka i jej matka i tak do początku wszechświata, to przecież ci to nie przeszkadza a nawet jeśli, to wypracowujesz sobie strategię chowania dyskomfortu tak głęboko, że nikt – nawet ty – nie zdaje sobie z tego sprawy. Ale dość już tych feministycznych bzdur. Fatima wiedziała, że żyje w świecie, w którym dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności stała się marionetką w rękach rządu chcącego uchodzić za nowoczesny. Było wiele kobiet, które bardziej niż ona zasługiwały by być zauważone, które mogły zmienić świat. Ona chciała być tylko policjantką a jej marzenie wyrosło na podstawie głupich amerykańskich seriali. Tak się bowiem zdarzyło, że akurat żyła w czasach w których istniał już internet i mogła budować swoją tożsamość na wzór jego bohaterów.

 Z akt nie dowiedziała się niczego, czego wcześniej nie wyczytała z gazet. Nowością były raporty podpisane jej imieniem i nazwiskiem, z których wynikało tylko tyle, że detektyw prowadzący – a więc ona – był niedouczonym, na poły upośledzonym śledczym, który stawia hipotezę, jakoby morderstwa były przypadkowe a jednak seryjne.

 Cztery zabójstwa, nie połączone ze sobą niczym z wyjątkiem płci ofiar, zostały wrzucone w jeden worek ku uciesze dziennikarzy. Co ambitniejsi mogli teraz do woli używać swojej wyobraźni i tworzyć zupełnie nie racjonalne opowieści o psychopatce krążącej po mieści. Fatima starała się dogrzebać do dowodów świadczących o płci mordercy, ale były one czystą spekulacją i opierały się na zeznaniach świadka. W innych państwach ten człowiek został by uznany za niewiarygodne źródło informacji – tutaj wystarczyło, że był mężczyzną i każde jego słowo było traktowane jako niezbity dowód.

Zeznania Mahometa zawierały dwa zdania – rozkładałem stragan i widziałem kobietę.

Nikt nie poddał w wątpliwość, że osoba którą widział Mahomet była kobietą – świadczył o tym strój, w który była ubrana osoba, która piętnastego marca przemierzała przyspieszonym krokiem wąskie uliczki miasta. Miała na sobie hidżab a na dłoniach tatuaże z henny. Jakim cudem ten świadek rozkładał swój stragan na przestrzeni kilkudziesięciu lat akurat wtedy kiedy rzekoma postać przyspieszonym krokiem przemierzała uliczki w różnych częściach miasta, na przestrzeni co najmniej pięćdziesięciu lat? Nie wiadomo, dość, że stwierdzono w raporcie, że z pewnością jest to podejrzana. Pod raportem widniało nazwisko Fatimy.

 Seryjne morderczynie to rzadki fenomen. Zazwyczaj są to biali mężczyźni około trzydziestki, stanu wolnego. Kawalerowie mieszkający z narcystycznymi matkami. Kobiety stanowią wyjątek i choć można by znaleźć parę w historii świata, z pewnością żadna z nich nie pochodziła z krajów muzułmańskich. Wydaje się to zupełnie nie logiczne biorąc pod uwagę z czym muszą się borykać od najmłodszych lat. Fatima – mimo swojego przywiązania do tradycji a może właśnie dzięki niemu – narzuconemu – zdawała sobie sprawę, że właściwie każda kobieta w jej kraju ma powód by zamordować mężczyznę i tylko przypadek związane z ich miejscem urodzenia je od tego powstrzymuje. Jakiś czas temu usłyszała na korytarzu opowieść o kobiecie, która została zgwałcona w bocznej uliczce prowadzącej do meczetu. Napastnik był na tyle brutalny, ze nawet w detektywie opowiadającym to koledze wzbudził odrazę. Obrażenia fizyczne jakich doznała dziewczyna, nie można było oglądać bez torsji. Gwałciciel został uznany za chorego psychicznie, wyjątkowo niebezpiecznego osobnika co zupełnie nie przeszkodziło rodzinie dziewczyny zmusić ją by go poślubiła. Po tygodniu od uroczystości dziewczyna już nie żyła. Oczywiście nikt nie zgłosił morderstwa a tym bardziej gwałtu – a detektyw opowiadał tę historię w przerwie na posiłek swojemu koledze, jako jedną z tysiąca posterunkowych opowieści.

 Tak więc pojawienie się podejrzanej w tej głośnej sprawie stanowiło nowość nie tylko na terenie jej państwa ale również ogólnoświatową.

Siedząc w swojej celi w pierwszym odruchu rzuciła akta do kosza. Wiedziała, że będzie musiała się ich pozbyć bo inaczej – no właśnie co się stanie – wyrzucą ją, zabiją? Pewnie jedno i drugie. Miała już dość udawania, że świetnie się bawi. Była zmęczona nienawiścią i udawaniem, że jej nie dostrzega. Była na tyle inteligenta by zdawać sobie sprawę, że to wszystko jest tylko grą, jaką prowadzi rząd a ona zupełnie nie ma w tej grze udziału. Właściwie co ona tu robi – no właściwie nic. Jeżeli tak mają wyglądać marzenia, które się spełniają to ona już woli nie mieć marzeń. Pod koniec dnia ciekawość zwyciężyła. Postanowiła raz jeszcze przejrzeć akta sprawy, dowiedzieć się czegoś, czego nikt poza nią w tym kraju nie wie. Przynajmniej ma dostęp do informacji o ofiarach.

 Oglądając seriale Fatima zachwycała się pracą detektywistyczną – studiowaniem poszlak, uczestniczeniem w oględzinach miejsc przestępstwa, rozmowami w prosektorium z patologami sądowymi. Teraz, czytając raport z sekcji zwłok robiło się jej niedobrze. Te wszystkie określenia przyprawiały ja o zawrót głowy. Nigdy na żywo nie widziała trupa, ale opis wnętrzności jakiegoś człowieka był dla niej nie do zniesienia. Na widok krwi mdleje a opis poderżniętego gardła, musi rozłożyć sobie na kilka godzin a i tak zamykając oczy ciągle widzi jak blado-sine struny głosowe oplatają zakrwawioną krtań.

 Pod koniec dnia dotarła tylko do połowy opisu pierwszej sekcji. Dotarła do domu, wzięła prysznic i przez całą noc siedziała skulona łóżku przy zapalony świetle. Cholerna pani detektyw – myślała o sobie przecierając łzy.

Trzecia czterdzieści

 W nielicznych momentach odzyskiwania świadomości, Magda starała sobie przypomnieć gdzie się znajduje i dlaczego. Jej pamięć zawodziła podsyłając jej obrazy, których nie mogła rozpoznać. Fragmenty myśli kompletnie ze sobą nie połączone falowały w jej głowie wprowadzając jej ciało w szalony, chaotyczny taniec. Kurczowo łapała się podłoża starając się zorientować w jakiej pozycji znajduje się jej ciało. Czuła, że dzieje się z nią coś niedobrego, jednocześnie mając świadomość, że nigdy wcześniej w życiu nie była tak blisko siebie. W zasadzie dopiero teraz zaczynała siebie poznawać. Jej własne ciało – do tej pory obce i niezauważalne – nagle zaczęło odczuwać samo siebie. Z niewyobrażalną radością dotykała siebie jak gdyby robiła to poraz pierwszy w życiu. Jej dłonie okazywały się delikatne i ciepłe. Dotykały jej ramion, czując ich naprężone mięśnie a ramiona odwdzięczały się pieszcząc dłonie. Jej ciało ożyło. Każdy jego fragment teraz stanowił osobny byt, jednocześnie złączony ze sobą. Każdy mięsień i komórka szeptały swoje historie, jej ciało mówiło kim jest Magda a ona słuchała tego w zachwycie.

Czasami było tego zbyt wiele. Wtedy usilnie starała się wrócić na tory logicznego myślenia. Przecież to jakiś trans, z którego za pomocą siły umysłu można wyjść. Ale umysł nie chciał słuchać logicznych argumentów, miast tego zagłębiał się w błogości doznań. Dochodząc do momentu, w którym poczuła, że jej ciało składa się z miliardów drżących cząsteczek, oddzielających się od jej postaci by wibrować z drzewem, a cząsteczki drzewa na zasadzie jakieś tajnej umowy zaczynały wibrować w niej, musiała przyznać sama przed sobą, że zwariowała. No cóż – pomyślała – skoro to jest obłęd to wszyscy normalni na świecie są cholernie upośledzeni przez los.

Nie potrafiła nazwać tego co się z nią działo, czuła jedynie, że samotność, którą całe życie odczuwała była złudzeniem i największym kłamstwem, w które życiu uwierzyła. Wydawało jej się teraz śmieszne, że tak bardzo cierpiała myśląc, że jedynie ktoś inny może dopełnić pustkę którą w sobie odczuwała, ponieważ było to związane tylko i wyłącznie ze ślepotą uniemożliwiającą dostrzeżenie całego wszechświata, który w sobie nosiła. Było to jak chwilowa utrata wzroku kiedy za długo patrzy się w słońce – na moment wszystko znika by za chwilę oczy odzyskawszy swoje zdolności zaczęły dostrzegać w pierwszym momencie świat z większą intensywnością  Teraz już wiedziała, że nigdy nie była sama, nigdy nie była nie kochana i nigdy nie była nie dość. Poczuła sobie siłę świata, który ją otaczał. Mogła w każdej chwili, przymykając oczy łączyć się z dzikością geparda i delikatnością drzewa oliwnego. Mogła odczuwać podniecenie młodych kochanków, którzy poraz pierwszy całują się chowając się przed deszczem w ciemnym zaułku. Mogła też – i to czuła teraz najbardziej – czuć nienawiść młodej, brutalnie zgwałconej kobiety.

Ten sen śniła od zawsze. Teraz rozpoznawała w nim siebie. Inaczej niż do tej pory, teraz była gotowa stawić mu czoła. Opowieść snuta od tysięcy lat pojawiła się w niej i w niej ożyła na nowo.

Po jakimś czasie, nie wie dokładnie czy były to dni, tygodnie czy miesiące, wściekłość na starą wyparowała. Zmęczenie i euforia związana z wizjami, jakich doświadczała, spowodowało, że jej obecna sytuacja przestała w ogóle mieć dla niej jakiekolwiek znaczenie. No dobrze, może to niezbyt normalne, może nawet absolutnie nieodpowiedzialne, ale jest tutaj. Gdzie dokładnie – oczywiście tego nie wie. Nie wie też czego może chcieć od niej ta kobieta. Nie wie dlaczego uparła się ją tu trzymać. No ale skoro zabiła Krzysztofa – co wydawało jej się coraz bardziej logiczne, to faktycznie lepiej tutaj zostać.   

Drżące wargi zdradzały jak bardzo wydarzenia sprzed lat ją dotykają. Magda patrzyła na  nią ze współczuciem. Chciała do niej podejść, przytulić ją. W ostatniej chwili się powstrzymała, poczuła, że w ten sposób zatrzyma to co od dawna chce być powiedziane, mimo ogromnego cierpienia jakie ze sobą niesie.

Rita poczuła, że jej wargi drżą i cały świat się na nie gapi. Przez te wszystkie lata pozbyła się innych oznak ale te cholerne wargi zawsze ją zawodziły. Nie potrafiła tego kontrolować. Przygryzła więc je z zapamiętaniem by spływająca z nich krew odwracała uwagę. W dziwny sposób ból pomagał wrócić jej do rzeczywistości, tej którą sobie stworzyła wbrew faktom. Nauczyła się interpretować życie przez pryzmat tamtej chwili. Cokolwiek działo się w jej życiu było nieodmiennie związane z tamtym wydarzeniem i zniekształcało obraz wszystkiego co istnieje. Nie miała świadomości, że stała się ofiarą wspomnień. Postanowiła, że tym razem opowie wszystko. Najwyższa pora by ktoś poznał jej tajemnicę, by ktoś zrozumiał jak wiele dobra robi, by ktoś uwolnił ją od tego. Mimo ogromnej siły, którą w sobie czuła chciała choć raz w życiu po prostu pozwolić sobie być słabą. Może już najwyższa pora by ktoś przejął od niej to odwieczne zobowiązanie.

– Tamtego popołudnia moje życie się skończyło a miałam zaledwie dwanaście lat. – słowa z trudem przechodziły jej przez gardło. Magda odważyła się spojrzeć jej w oczy. Były puste i zamglone. Zniknęła z nich cała moc, która obezwładniała wszystkich.

– Świat wydawał się nie wzruszony, kiedy podnosiłam się z ziemi. Wciąż świeciło słońce a zapach kwiatów – słodki i natarczywy- wypełniał mózg. To właśnie ten zapach już na zawsze będzie kojarzył się mi z upodleniem – choć jako mała dziewczynka nie potrafiłam nadać temu uczuciu odpowiedniego słowa.

Przerwała, podeszła do ogniska i wrzuciła do niego kilka kawałków drewna. Ciepłe światło ognia zawirowało na jej twarzy, odkrywając przed Magdą postać małej dziewczynki skulonej w kąciku pustych oczu. Rita odetchnęła głęboko i tylko ten oddech zdradzał, że ciągle tu jest, choć Magda mogłaby przysiąc, że jest zupełnie gdzie indziej mimo fizycznej obecności.

-Wszystko trwało kilka minut. Całą wieczność. Spacer, uśmiechy, przypadkowe muskanie gołych ramion. Może gdybym wtedy miała na sobie zwykłą koszulkę a nie tę nową sukienkę, może gdyby – zamyśliła się przez chwilę – czy nie tak właśnie myślą wszystkie kobiety? Wmawiają sobie, że to one są odpowiedzialne, że to od nich zależy w jaki sposób ktoś je będzie traktował? – spojrzała na Magdę ale teraz już zupełnie jej wzrok był nieobecny.

 -Fizyczny ból uśpił moje myśli. Miałam wrażenie, dusza opuszcza ciało. Czułam ulgę. Ciało bez duszy boli mniej. Kiedy na powrót odzyskałam świadomość byłam już inną osobą. Poczułam, że odzyskuje siły a tym co mi pomaga jest nienawiść. W wieku dwunastu lat stałam się dojrzałą kobietą, pozbawioną złudzeń i wiary w ludzi, wiary w mężczyzn.  Kiedy poczułam jej obecność leżałam jeszcze w wysychającej kałuży błota i własnej krwi. Pamiętam, że najbardziej żal było mi sukienki, mojej nowej sukienki brutalnie ściąganej przez śmierdzące tytoniem olbrzymie dłonie, moja nowa sukienka zwiewna i kolorowa, teraz była zwykła podartą szmatą. Próbowałam ją wygładzić- Rita zaczęła gorączkowo gładzić nieistniejącą sukienkę. Jej dłonie wykonywały chaotyczne ruchy, słowa coraz szybciej wylatywały z jej ust, stawały się niewyraźne, bełkoczące.

– Chciałam podwiązać ramiączka, by nie opadały i odsłaniały siniaków na moich pogryzionych piersiach. Starałam się z całych sił, uwierz mi,  proszę musisz mi uwierzyć – podbiegła do Magdy  tak blisko, że łzy cieknące z jej oczu spadały na jej dłonie. Magda odruchowo chciała się podnieść ale zabrakło jej siły, czuła się przygnieciona emocjami i łzami. Rita nachyliwszy się do jej twarzy mówiła coraz szybciej, tak jakby całkowicie straciła kontrolę nad nimi.

– Robiłam co w mojej mocy – łzy ciekły po jej zmarszczonych policzkach-  ale sukienka nie odzyskiwała swojego dawnego wyglądu. Mimo moich prób pozostawała podarta i brudna. -Nagle zamilkła, tak jakby dopiero teraz do niej dotarło gdzie jest, a to są tylko słowa. Znowu poczuła wstyd, ten cholerny wstyd, który przez tyle lat starała się w sobie ukryć. Nauczyła się jednak stawiać mu czoła, wiedziała, że jedyne co pozwala go uśpić to nienawiść. A teraz kiedy znowu się pojawił już nie chciała z nim walczyć, niech w końcu prawda wyjdzie na jaw. Tak wstydziła się swojej niemocy, uległości, dlatego reszta jej życia upłynęła na próbach zapomnienia, że się nim stała. Dlatego tak bardzo chciała by żadna kobieta już nigdy tego nie czuła. Milczały jeszcze przez chwilę. Magda pogrążyła się w swoich myślach. Ile razy ona czuła wstyd, czy tak naprawdę kiedykolwiek miała do tego powód. Dlaczego dawała sobie wmówić, że zachowanie Krzysztofa wynikało z jej niedoskonałości. Nie chciała teraz o tym myśleć. Próbowała skupić uwagę na Ricie, dowiedzieć się prawdy, zrozumieć. Czekała cierpliwie aż staruszka zacznie mówić dalej.

– Idąc polną drogą odruchowo zrywałam kwiaty. Zrobiłam z nich bukiet, tak jak zawsze to robiłam, kiedy wracałam do domu. Tym razem nie sprawiło mi to przyjemności, zapach kwiatów mnie zemdlił i przywołał obrazy, pamiętam, że zacisnęłam wargi aż pociekła z nich krew.

Jej glos stal się slaby a zmęczenie zdawało się ogarniać całe ciało. Ciężki oddech zdradzał wysiłek, mimo tego mówiła dalej.

-Moja historia mogła potoczyć się tak jak wszystkich zgwałconych dzieci. Mogłam zapaść się w sobie, kaleczyć swoją duszę i ciało do końca swoich przepełnionych wstydem dni.  Mogłam opowiedzieć o tym matce, która by mi nie uwierzyła. Mogłam iść na policję i poddać się upokarzającym badaniom, odpowiadając na pytania zawierające w sobie pogardę i oskarżenia. Tak, przecież na to właśnie mogą liczyć gwałcone kobiety – nie ważne ile mają lat i z jakiego państwa pochodzą. Procedury są takie same. A ja mimo swoich dwunastu lat wiedziałam, że nie tego chce.

Odrzucając polne kwiaty, wyrzuciłam wraz z nimi całą naiwność i niewinność, które były już tylko truchłem. I wtedy poczułam ją w sobie, w moim ciele rozgościła się dusza tamtej kobiety. Wsłuchałam się w jej pieśni, przyjęłam do serca jej ból a wraz z nim przyjęłam do siebie jej nienawiść i odwagę. Odtąd już nie byłam tą samą osobą ani nawet tą którą chciałam być. Stałam się nią, patrzyłam jej oczami. Oddałam jej ciało w zamian zyskując duszę.

Milcząc spojrzała na Magdę.

– Kiedy cię zobaczyłam na lotnisku poczułam ulgę. Modliłam się by w końcu zjawił się ktoś, kto przejmie ode mnie tę odpowiedzialność. Nie byłam do końca pewna, czy dobrze odczytuję znaki, które mi podsyła. Po tylu latach rozczarowań, moja intuicja trochę się stępiła – przynajmniej tak myślałam. Tym razem jednak zadziałała idealnie. Może dlatego, że ją zignorowałam i dałam się totalnie poprowadzić Aishy. A potem kiedy opowiadałaś dziewczynom o swoim śnie, wiedziałam już na pewno. Teraz oddaję ci jej duszę, jestem gotowa zmierzyć się z własnymi demonami ale najpierw muszę przekazać jej duszę w dobre ręce.

Magda nie wytrzymała – upadła na kolana i zaczęła szlochać. Duma i nienawiść, wdzięczność i odwaga, upokorzenie i sprawczość – wszystko to poczuła w tym samym momencie. Jej ciało nie było w stanie tego znieść, ale dusza przyjęła jako największy dar. W końcu jej sny stały się jasne, otworzyły przed nią świat, który od zawsze chował się w najciemniejszych kątach jej umysłu. Może to wszystko nie miało nic wspólnego z logiką, ale ona czuła, że właśnie dzieje się coś na co czekała całe życie. Pozwoliła sobie by te uczucia nią zawładnęły, nie chciała myśleć, chciała tylko czuć. Patrzyła na siebie z lotu ptaka, widziała klęczące ciało, spływające łzy. Świat wokół topił się w ogniu, skrzył się dziko, zawodząc pieśni, których znaczenie rozpoznawała tylko ona. Migoczący płomień ogniska kusił jej zmysły, oddychała nim, pozwalała by pieścił ją od środka. Jej ciało tańczyło chociaż nie mogła się ruszyć. Przestała walczyć w chwili, w której poczuła, że właśnie teraz jest w stanie wygrać odwieczną wojnę między siłami dobra i zła. Uśmiechała się do aniołów i diabłów wypełzających z jej głowy. Otulała sobą ziemię która odwdzięczała się jej czułym chłodem. Ona i ziemia były jednym. Ona i tamte kobiety, tamte kobiety i ona. Nie było w niej niczego co mogłoby zaświadczyć o tym, że nie jest nimi, że nie jest Aishą, wędrującą od wieków duszą skrzywdzonej kobiety, która poprzysięgła zemstę. Jak bardzo myliła się Rita, myśląc, że Aisha wybiera jedno ciało, jej dusza bowiem wieki temu rozproszyła się na miliardy kawałków i spływa od wieków z nieba niczym kosmiczny pył, zasiewając w duszach wszystkich kobiet, tych które były przed nią i tych które przyszły po niej – ziarno, z którego pewnego dnia wyrośnie ich kobiecość.

Pojawienie się jej w azylu wywołało niemałe zamieszanie. Kobiety przekrzykiwały się w powitaniach i co rusz któraś chciała przytulać nowo przybyłą. Nie pomogły tłumaczenia starej, że Fatima musi odpocząć i że z pewnością będą miały jeszcze dużo czasu by się z nią zapoznać. W końcu i ona poddała się atmosferze i ku zaskoczeniu Magdy – zaczęła wraz z resztą naskakiwać nowej – a to kazała przynieść jej herbaty, jakiś koc do nakrycia i w ogóle robiła wszystko co zupełnie nie pasowało do kogoś, kto ma chronić azyl przed inwazją obcych.

 Magda przyglądała się temu z oddali, nie była naiwna jak reszta dziewczyn ani nie postradała jeszcze rozumu jak stara. Przecież nic nie wiadomo o tej kobiecie. Nie wiedzą skąd przybyła, jaka jest jej historia. Może jest szpiegiem wysłanym przez męża jednej z dziewczyn. W końcu przecież to niebezpieczne typy a oni tak łatwo nie zapominają. Tutaj chodzi o cały azyl, o każdą z nich. Nie mogą tak sobie wpuszczać pierwszej z brzegu kobiety. I wtedy nagle pomyślała o tym, jak ona się tu znalazła i oblała się rumieńcem. Przecież ona także była nikomu nieznaną osobą, którą przyjęły do swojej wspólnoty. Tyle tylko, że ona na pewno nie chciała wyrządzić im krzywdy. Tak, jej intencje były i są czyste. Tylko czy ktoś oprócz niej może o tym wiedzieć?

 Była już głęboka noc kiedy ostatnia z kobiet zamykała za sobą drzwi do pokoju. Fatima odetchnęła z ulgą. Udało się. Nikt niczego nie podejrzewa. Zauważyła tylko jedną kobietę, która zerkała na nią nieprzychylnym wzrokiem. Ale ona do azylu przybyła niedawno i jest jeszcze nieufna – tak powiedziała jej najstarsza z kobiet, która z pewnością jest ich przywódczynią.

Trzecia czterdzieści dziewięć

 Następnego dnia Fatima poznawała rutynę miejsce. Wspólne śniadanie, porządki, gotowanie. Czas na odpoczynek i ponowne nudne, kobiece obowiązki. W ciągu dnia mało się rozmawiało, wymieniało się tylko uśmiechy a czasem nawet i tego nie. Czas płynął wolno – co w tym miejscu oznaczało absolutną swobodę. Cokolwiek miało być zrobione, robione było tak naturalnie, że grzechem byłoby nawet pomyśleć o obowiązku.

Wieczory były magiczne. Ogień i pieśni splatały się ze sobą, po chwili można było poczuć obracającą się Ziemię. Fatima po raz pierwszy w życiu doświadczyła jak jej dusza odrywa się od ciała i spogląda na krąg kobiet, będąc jednocześnie jego uczestnikiem i obserwatorem.

Rzadkie chwile zwątpienia pojawiały się tuż po przebudzeniu. Nie dotyczyły one jednak świętości tego miejsca, ale roli jaką miała odegrać w jego likwidacji.

Była narzędziem w rękach rządu. Wiedziała, że nikt nie traktuje jej poważnie, a jej praca w policji to kpina. W tym kraju nic się nie zmieniło od tysięcy lat. Jej przypadek ma zamydlić oczy zagranicznym korespondentom, którzy łapią się na ładne słowa przedstawicieli rządu. Przecież robimy postępy – jak to ujął rzecznik prasowy – dopuszczamy kobiety do życia publicznego, mamy nawet jedną kobietę w policji. Kiedy pierwszy raz słyszała te słowa była z siebie cholernie dumna – tak jest pierwszą kobietą w policji, żadna inna przed nią nie przekroczyła nigdy progu posterunku jako detektyw. Na początku zaślepiona dumą tworzyła sobie obrazy w głowie, które nie dopuszczały tych realnych. Bo prawda bolała.

Teraz jednak, będąc tutaj i wykonując swoje pierwsze poważne zadanie jako policjantka, zaczyna mieć wątpliwości. Jej lojalność wobec męskiego świata, który nakazuje jej wydać kobiety, wydaje się blednąć wobec więzi którą odczuwa z tymi kobietami.

 Magda coraz bardziej jej nie ufała, trzymała ją na dystans jednocześnie śledząc każdy jej ruch. Przysłuchiwała się jej rozmową, podważała prawdziwość jej intencji i im bardziej to robiła tym bardziej nienawidziła siebie.

 Kiedy stara wyznaczyła je do zadania protestowała i starała się za wszelką cenę ją przekonać, że robi błąd. Stara nie słuchała, Fatima szybko zajęła jej miejsce – ulubienicy przywódczyni, odsuwając zgorzkniałą i zazdrosną Magdę do roli pomocnika Fatimy.

  Morderstwo miało być wykonanie nazajutrz. Fatima nawet nie drgnęła, kiedy stara przedstawiała im plan. Magda nie potrafiła zebrać myśli. Jeden strzał i to tyle. Przecież sobie poradzi, przecież już raz zabiła. Obrazy zalewały jej mózg, nie dostrzegała w nich żadnego trupa, oprócz swojego ojca ale to było wieki temu i nie ona go zabiła ale jej matka w samoobronie. Dawno przestała wierzyć w opowieści starej jakoby zabiła Krzysztofa, on żył, był skurwysynem ale go nie zabiła, nie wystarczyło jej odwagi a nie było nikogo, kogo można by urobić jak matkę, która wzięła winę na siebie.

W końcu dotarły na wyznaczone miejsce. Teraz trzeba było czekać.

– Nie musimy tego robić – odezwała się Fatima łapiąc Magdę za nadgarstek. Jej oczy jak zwykle lśniły współczuciem i miłością, aż człowieka mdliło, kiedy się w nie patrzył

– O czym ty mówisz, nie możemy się teraz wycofać. To już się dokonało.

– Jeszcze nic się nie stało

– Niczego nie rozumiesz, wiedziałam, że jesteś na to za głupia

– Może i jestem głupia ale nie jestem mordercą i ty też nie

– Skoro tak mówisz, to znaczy, że nie wiesz nic ani o sobie ani o mnie. Cicho ktoś idzie – Magda pociągnęła Fatimę w boczną uliczkę. O tej porze nocy, mogłyby nawet stać na środku ulicy. Jest to ta godzina nocy, w której cały świat zamiera. Godzina tajemnic falująca w czasie niczym fale oceanu.

– Jeżeli go zabijesz aresztuję Cię

– A co z resztą dziewczyn – zamkniesz nas wszystkie. Wydasz je na śmierć. Azyl to jedyne miejsce w którym są bezpieczne, jeśli przekroczą bramę umrą. Każdy ma w sobie brama, coś co nie pozwala ruszyć naprzód a nie jest nawet zamknięta.\

– Jestem policjantką

– Jesteś tego pewna, siedzisz w tej swojej celi i nikt oprócz ciebie samej tak o tobie nie myśli.

– Nie chcę go zabijać!

Mówią, że w takich chwilach czas się zatrzymuje a pamięć umiera.  Tak czas stanął w miejscu. Sekundy zmieniały się w godziny, niekończące się godziny. Gwałcili ją na zmianę. Było ich trzech albo czterech, jedynie tego nie pamięta. Cała reszta tkwi w jej mózgu niczym gwóźdź. Zapach ich spoconych ciał pomieszany z oparami tytoniu i potraw, które zdążyli spożyć w świętej atmosferze tuż przed atakiem. Każde nienawistne, pożądliwe spojrzenie, każde wulgarne, upokarzające słowo. I ból rozdzieranego ciała, metaliczny zapach krwi, mdlący odór spermy we włosach. Wszystko to zagnieździło się w niej, pożarło wnętrzności. Wgryzło się w każdą komórkę jej ciała, która oddzielona od reszty nadal nosiłaby pamięć tego co się wydarzyło. Dlatego nie może zapomnieć, jej ciało pamięta na zawsze.

Nigdy nie była radosnym dzieckiem. Od początku nosiła w sobie jakiś niepokój, który u dorosłych wywoływał lęk i irytację. Nie cieszyły ją zwykłe zabawy z rówieśnikami a pobłażliwe traktowanie chłopaków, wybaczanie im każdego przewinienia i zachęcanie do poniżania dziewczynek sprawiło, że oprócz chłopaków nie lubiła też dorosłych. Trzymała się z daleka od głupich zabaw. Jeżeli ktoś odważył się ją zaczepiać stawała się agresywna. Nie raz przywaliła w nos jakiemuś gówniarzowi, który był od niej starszy. Nigdy się nie skarżyli, pewnie ze wstydu, że dostali wpierdziel od dziewczyny.

Prawdziwe kłopoty zaczęły się wraz z budzeniem się seksualności. Ester czuła, że jej ciało płonie ale kompletnie tego nie rozumiała. Nie patrzyła na chłopaków jak inne dziewczynki, nie wyobrażała sobie, że któryś zaprosi ją na randkę, złapie za rękę albo pocałuje. Kiedy zaczęła śnić o córce sąsiada, świat stał się dla niej więzieniem. Najchętniej w ogóle by się nie budziła i w snach przeżywała swoje życie. Noce stały się wytchnieniem od rzeczywistości, w której patrzenie na Sofię było zakazane. W zasadzie nie wie skąd wiedziała, że to co czuje jest nie dozwolone. Nikt nigdy jej o tym nie mówił ale nigdy też nikogo nie spotkała, kto czułby to co ona. Dziwnym zbiegiem okoliczności kiedyś poczuła na sobie wzrok Sofii, który nie był zwykłym patrzeniem. Bała się, że było to zwykłe złudzenie ale jej serce już złapało haczyk. Odtąd każdego dnia przez kolejny rok starała się nie przegapić żadnego momentu, w którym Sofia na nią zerka. Był to najszczęśliwszy i zarazem najbardziej bolesny czas w jej życiu. Po roku zwykła znajomość zamieniła się w głęboką przyjaźń. Dziewczyny spędzały ze sobą coraz więcej czasu. Sofia gadała o chłopakach a ona wpatrywała się w jej słowa szukając w nich ukrytego przekazu. Wiedziała, że to co mówi kiedy opisuje zauroczenie jakimś chłopakiem, tak naprawdę mówi o niej. Nie miała żadnych wątpliwości, że Sofia czuje to samo co ona. A ona ją kochała całą sobą, marzyła, że kiedyś odłożą pieniądze i wyjadą gdzieś na koniec świata, marzyła by móc ją pocałować. Pewnego dnia to zrobiła. Kolejnego ja zgwałcili. Bracia Sofii, jej ojciec i wujek. Sofia wyszła za mąż, ma sześcioro dzieci.  Ona zamiast twarzy ma sączącą się ropą i wściekłością ranę, prezent z okazji straconego dziewictwa, kwas solny pomieszany ze śliną oprawców. Przyzwyczaiła się do zdeformowanej twarzy, którą codziennie zdziera do krwi usiłując pozbyć się ich śliny.

  Nienawiść jest prostym uczuciem. Przychodzi zupełnie naturalnie, nie trzeba jej analizować, robią to inni. Jest umiejscowiona na zewnątrz i stamtąd pochodzi. Magda o tym wiedziała, kiedy patrzyła na siebie w lustrze i przyglądała się innym kobietą. Gdyby nie to co je w życiu spotkało nienawiść nigdy by się w nich nie zakorzeniła. A teraz one przekazują ją dalej. Nieświadome tego, że im bardziej chcą ją z siebie wyrzucić tym bardziej ona je zawłaszcza, nie pozostawiając w nich nic z tego kim tak naprawdę były.

Te które nie mają odwagi skierować jej wobec świata w perwersyjny sposób zgryzają ją w sobie. Ale ona musi się wyrazić, jej natura jest narcystyczna i perwersyjna. Jest królową rządną poklasku i uległości. Jest mieczem od którego giną te które starają się przeżyć. Nie mając odwagi nienawidzić świata przenoszą to uczucie na siebie. Najpierw nieśmiało za pomocą zwykły myśli, które na początku nawet nie są ich. Potem w miarę upływu czasu, pod wpływem mantry powtarzanej w głowie przez upodlający głos, stają się najwierniejszymi wyznawczyniami swojego upadku. Ich grzeszne ciała same domagają się kary wpadając w ekstatyczny zachwyt doznając ran, które nigdy się nie zagoją, bo od teraz już na zawsze będą przez nie same rozdrapywane. W ciemności pokojów, w przydrożnych toaletach oddają się temu szalonemu tańcowi, pozwalając by inni potwierdzali to co one od dawna o sobie wiedzą. Agresja jest wybawieniem, chwilą zapomnienia niczym narkotyk. Ale z czasem potrzeba jej coraz więcej, coraz mocniej coraz bardziej. Bez niej ciało nie może już funkcjonować.

Azyl to miejsce upadłych dusz. To tutaj kobiety mogą w końcu przestać karać się za nieswoje grzechy. Odzyskać siły i ukierunkować nienawiść poza siebie. Zobaczyć oprawcę nazwać wroga i zacząć z nim walczyć.

 Koiła ją myśl o samobójstwie. Utulała przed snem, pozwalała chodzić po świecie z podniesioną głową. Świadomość, że to jedyna rzecz nad którą nikt poza nią nie ma władzy dodawał jej odwagi. Wiedziała, że kiedy nadejdzie odpowiedni moment, ten w którym cała jej odwaga skupi się niczym wiązka światła w soczewce po prostu to zrobi. Wystarczyło poczekać. Odkąd podjęła decyzje nic jej już nie dotykało. Ból i upokorzenie zdawały się tylko potwierdzać, że jej obecność na tej planecie jest bezsensowna. Czasami chciała wierzyć, że ma prawo tu być, że jakaś kosmiczna siła sprawiła, że i ona jest częścią całości i bez niej ten świat nie byłby tym czym jest. A potem kiedy znowu jej twarz zaczynała zmieniać się w opuchnięty sino- fioletowy balon a usta mamrotały prośby by przestał, wracało to uczucie.

Bała się śmierci z jego rąk, śmierć z własnych wydawała się jej błogosławieństwem.

Ester słuchała jej milcząc. Nie współczuła jej, po prostu ją rozumiała. Chyba wszystkie kobiety tutaj kiedyś chciały się zabić. Jej to nigdy nie pomagało. Ona nie chciała się zabić. Chciała zniknąć. Rozpuścić się w powietrzu, nie pozostawić po sobie niczego nawet martwego ciała. Oczywiście wyobrażała sobie, że przegryza żyły na nadgarstku, widziała leniwie sączącą się krew, ale napawało ją to obrzydzeniem, jej martwe ciało stało by się truchłem rozdzieranym przez wygłodniałe sępy. Tłumaczyła sobie, że wtedy już nie będzie miało to znaczenia ale nie pomagało, dlatego jeszcze się nie zabiła. W końcu tak naprawdę i tak jest już martwa. One wszystkie takie były, dopóki nie przybyły tutaj, dopóki nie obudziła się w nich ona. To jej serce w nich bije a krew które pompuje rozprowadza po ich ciała tlen i odwagę.

Tutaj już nie muszą być sobą a w ich przypadku to prawdziwe błogosławieństwo. Nie są już ofiarami zasługującymi na poniżanie i ból. Teraz to one mogą zadawać cierpienie i choć nie przychodzi im to łatwo to robią to dla niej bo to jedyna droga by się wyzwolić.

Trzecia pięćdziesiąt sześć

 Co jeśli do końca życia będę sama?- myśl wraca jak bumerang. Atakuje znienacka w najmniej oczekiwanych momentach. Zalewa mózg, oczy, uszy. Panoszy się z szyderczym uśmiechem, zgina kolana i odbiera oddech. Jest rybą wyrzuconą na brzeg, która w panice stara się wzbudzić wyrzuty sumienia u rybaka. Ale ten nawet na nią nie patrzy, beznamiętnie przekopuje ją dalej od wody by zdychała w konwulsjach.

Mówi się, że każda dusza przychodzi na świat by czegoś się nauczyć. Doświadczyć bólu i przetransformować go w miłość. Tak więc ja uczę się życia pozbawionego miłości. Mam kochać tylko siebie i nie doświadczyć uczucia bycia kochanym. Mam wrażenie, że to nie jest lekcja ale kara. Może w poprzednich wcieleniach odrzuciłam miłość i teraz pokutuję za to nie mogąc jej doświadczyć? Zadawanie pytań nie przynosi odpowiedzi ale pogłębia ciszę. Z każdym rokiem jest mnie coraz mniej. Zawsze czułam się wybrakowana, ktoś pewnie mi to wmówił a ja w to uwierzyłam. Tak to przecież działa. Moja kobiecość jest karykaturalna, wrzaskliwie brzydka i nieporadna. A teraz kiedy definitywnie zamykają się przede mną drzwi, które prowadziły do pełni kobiecości do możliwości przekazywania życia, moje istnienie traci sens. Nie wykorzystałam tego co jest największym darem kobiecości, równie dobrze mogłoby mnie nie być.

Gdybym chociaż mogła oddać miłość, która sprowadziła mnie na tę planetę może poczułabym się lepiej. Skoro nie mogę dać życia chcę móc dzielić się miłością. Ale i jej jest we mnie coraz mniej. Nie zasilana przygasza swój płomień. Zaczynam dostrzegać jak bardzo jest to okrutne. Oczywiście próbowałam kochać. Teraz wiem, że wmawiałam sobie miłość, tak bardzo bałam się swojej pustki. Dziś kiedy z pełną szczerością patrzę na siebie, nie chcę już dłużej oszukiwać. Nie tylko nie byłam kochana ale nigdy też nie kochałam. Powielałam schematy, wcielając w życie przekalkowane uczucia.

Boję się. Czasami wmawiam sobie, że jestem szczęśliwa, potrafię wmawiać sobie wszystko. Potrafię być z człowiekiem, którego nie kocham i udawać, że czuję miłość. Spinam się w sobie czekając na najmniejsze poruszenie ciała, które potwierdzi, że coś jednak czuję. Potem leżę koło tej nieświadomej moich dylematów osoby i płaczę w środku. Tak, nauczyłam się płakać do wewnątrz. Trwa to jakiś czas, po czym odchodzę dumna z siebie, że nie potrafię się oszukiwać. Ale duma szybko zamienia się w szlochającą rozpacz, że znowu się nie udało.

Chcę móc odpuścić te myśli. Pogodzić się ze sobą, zakochać się w sobie i uwierzyć, że już nigdy nikt mnie nie pokocha. Zaufać, że jedyną osobą która jest zdolna do kochanie mnie to ja sama i że to wystarczy, żeby być szczęśliwym. Związki polegają na kompromisach a lekcja mojej duszy polega na byciu bezkompromisowym. Samotność to kłamstwo.

Trzecia pięćdziesiąt dziewięć

Dzień rozpoczął się normalnie. W powietrzu unosił się zapach kawy. Zdążyła nastawić ekspres nim w pełni się przebudziła. Siła nawyku jest zaskakująca. Szybki prysznic i kilka obrazów przesuwających się przed oczami. Tym razem jednak nie poddała się nim. Nie uciekła. Bolące ciało przypominało jej kim się stała. Przygryzła wargi, z których pociekła krew. Jej metaliczny smak przeniósł ją do azylu choć doskonale zdawała sobie sprawę, że jest w swojej łazience w małym mieszkaniu, które wynajmuje z Krzysztofem. Na chwilę ogarnęła ją panika bo jej mózg nie mógł ogarnąć bycia w dwóch miejscach jednocześnie. Przymknęła oczy mając nadzieję, że to pomoże jej określić gdzie jest. Ale obrazy pod powiekami zlały się w jeden. Były jak nałożone na siebie klisze, przenikające się nawzajem, niewyraźne.

Poddała się temu w panice kuląc się w kącie łazienki. Słowa utknęły jej w czaszce. Tak jakby niemożność swobodnego poruszania szczęką spowodował, że i one nie mogą się dopełnić w głuchym dźwięku między zwojami mózgu. Zaskakujący obraz jedności ciała, umysłu i ducha. Za oknem dźwięk szlifowanych cegieł, które za chwilę – odmłodzone liftingiem głęboko inwazyjnym – będą przypominały swoim blaskiem minione lato zanim na dobre wchłoną w siebie kolor wiejącego deszczu. I tak ten świdrujący dźwięk jest ciągłym przypomnieniem tego co przeżyłam. I podobnie jak to przeżycie tak i on rozciąga się w czasie. A miało się dokonać, prześnić i zapomnieć.

Słowa, które tracą wolność bycia wypowiedzianymi tracą swoją istotę osiadając na krańcach mózgu tuż na krawędzi styku z beznamiętną czaszką.

Zrobiło się ciemno. Bez słów świat powoli zapada w sen, choć to dopiero poranek. Ziemia pieszczona przez deszcz zdaje się mruczeć zmysłowo w dzikiej namiętności pochłaniając krople. Unosząca się hipnotycznie mgła tuż nad skrawkiem trawnika zdradza przed światem bezwstydną orgię natury. Ale świat nie patrzy zbyt zajęty swoimi problemami. Nawet psy nie zwracają na to uwagi, jedynie mewy patrzą ze zrozumieniem.

Obce głosy w jej głowie szeptały modlitwy i przekleństwa. Jej dusza uczestniczyła w rytuałach zostawiając jej ciało zawieszone między światami. Przez ułamek sekundy kobieta którą stała się w ostatnich godzinach, próbowała przypomnieć sobie kim do tej pory była, ale rozpacz jej na to nie pozwalała. Teraz już wie na pewno, że umiera.

– Nie umierasz, wręcz przeciwnie właśnie się budzisz do swojego życia – głos pochodził znikąd. Był łagodny i czuły.

Magda próbowała wstać z klęczek, odruchowo dotknęła głowy, zasłaniając ją przed kolejnymi ciosami. Jak bardzo jeszcze musi to znosić.

– Już niczego nie musisz – poraz kolejny ten głos.

Wstała czując pod stopami gorący piasek. Otworzyła oczy. Dzięki bogu jest tutaj w azylu, przecież ciało nie kłamie.

Ester uśmiechnęła się do niej i ku zaskoczeniu wszystkich ją przytuliła.

– Wszystko będzie dobrze, nie przejmuj się niczym. Dasz radę.

Nikt nigdy tak do niej nie mówił. Teraz kiedy to usłyszała, poczuła moc tych słów. Nie ma już wątpliwości. Może to zrobić inaczej zginie.

Czasami nie ma się wyjścia, choć mówi się, że zawsze jest wybór. Można próbować, wołać o pomoc.

Kiedyś próbowała i to uczyniło z niej ofiarę. Upokorzenie i brak zrozumienia zabijały ją od środka.

Dość tego. Dziś w azylu zapadła decyzja. Ma za sobą inne kobiety, które tak jak ona doświadczały niesprawiedliwości. Najwyższa pora wydostać się z tego zaklętego kręgu. Czuła, że łączy je coś wyjątkowego. Nie dopuszczała jednak do siebie myśli, że one to ona. I wtedy to usłyszała – usłyszała siebie – jestem Aisha i zemdlała.

Ocknęła się na zimnej posadzce łazienki. Leżała w kałuży krwi. Odruchowo zaczęła dotykać swojego ciała. Było napuchnięte ale nie mogła zlokalizować rany, z której ciekła krew. I wtedy go zobaczyła. Leżał na ziemi. Jego głowa była nienaturalnie skrzywiona. Wyglądała jakby ktoś ją doszył w pośpiechu zupełnie nie w tym miejscu, w którym powinna być. Spod zakrzepłej krwi patrzyły na nią martwe oczy. Wokół ust sączyła się strużki krwi. Oddychał. Więc skąd te martwe oczy? Zabawne pomyślała przyglądając się im uważnie – to nie jego oczy ale moje.

Czwarta rano

Kolejna niespokojna noc. Magda przygląda się sobie w lustrze.  Tym razem ma wybór. Wychodzi z mieszkania. Czasami wystarczy tylko tyle.

6 myśli na temat “Ból fantomowy

  1. Tyle zła…☹️ Tyle krzywdy…straszne. Aż mnie zemdliło. I wiesz, zadać mi się chce pytanie: czy każda krzywda powinna być wybaczona? No i patrząc z drugiej strony: choć Nienawiść, która zastępuje rozpacz, cierpienie i szereg trudniejszych emocji, pozwala niektórym nadać sens życia, to tak naprawdę zabija po raz drugi osobę skrzywdzoną…to trudny tekst. Bardzo trudny…Co historia to paskudniejsza, co za cholerny świat i ludzie! Ile takich historii zdarza się właśnie w tym momencie…i boli to. Będzie boleć.
    Ma boleć.
    A przy tym trzeba dystans trzymać i żyć, po prostu. Po takim opowiadaniu…muszę zjeść solidny kawałek czekolady. Żeby zabić posmak goryczy…

    Ale tekst oczywiście👍

    Serdeczności🤍

    Polubienie

      1. Nie jesteś „jednolita”, co utwierdza, że Autentyczna. 🙂Ponury, czarny…gorzki.

        Nie wiem czy to historie zasłyszane, przeczytane…ale najgorsze, że Przeżyte przez Kogoś.

        Ten wątek o Aishy …kto wie do czego jest zdolna osoba pokrzywdzona, znajdująca jedyne ukojenie w Nienawiści.. ?

        Potępiać?…nie mnie. Chociaż zaplanować komuś cierpienie…(śmierć). I stać się oprawcą mnie (obserwującą) odrzuca.

        Tak, wiem, łatwo gdy jest się tylko z boku..jako czytelniczka mam ten przywilej. 🙂

        Pozdrawiam 🙂

        Polubienie

      2. Oglądałam kiedyś program o takim Azylu dla kobiet, właśnie z tego krańca, tam dokładnie takie i gorsze historie dotknęły kobiet,ba, dziewcząt, dzieci…jeśli masz w sobie tyle wrażliwości ile myślę, że masz, to „gdyby” jest zbędne. A w Twoich tekstach jest niesamowite zrozumienie, nie zauważyłam byś kiedykolwiek oceniała…i to świadczy o tym, jak dużo masz w sobie”zapożyczonych” cząstek dusz. Byle tylko pamiętać o swojej🙂 😉

        Traumy…musi przepracować osoba,którą dotknęły.. Ach temat rzeka…dziedziczone traumy🤔 to już głęboka…

        Trzeba uważać, bo dopatrzysz się w sobie ziarna krzywdy swojej prapraprababki i kto wie czy nie wyrośnie z tego jakiś chwast…
        Wiesz jak bywa. Z sięganiem w głąb i wstecz należy być ostrożną.
        🙂

        Polubienie

Dodaj odpowiedź do TylkoJestemOnaA Anuluj pisanie odpowiedzi