Sklep z zabawkami

 Początek tej opowieści znajduje się dokładnie w tym czasie, w którym zdecydujesz, że powinna się zacząć.  Jej akcja toczyć się będzie ociężale lub zbyt szybko, za siedmioma górami, albo tuż za rogiem twojego domu. Jej bohaterami będą smoki albo zupełnie zwykli ludzie, ci których mijasz codziennie w drodze do pracy. Opowieść ta bowiem jest niczym dzika papużka wprawiająca swoimi skrzydełkami w ruch, nieprzeniknione głębiny mórz i oceanów. Jest mgnieniem oka i życiem zawieszonym między kolejnymi uderzeniami serca, twojego serca.

 A teraz skoro już tu jesteś, usiądź wygodnie i przymknij oczy. Jeśli zrobisz to wystarczająco cicho, usłyszysz, jak skrzypnęły drzwi, gdzieś za rogiem ulicy. Ich ruch wprawił w drżenie zardzewiały dzwonek przywieszony do framugi, nie pozostawiając wątpliwości, że do sklepu właśnie wszedł klient. Teraz, skoro już wiesz, że jesteś w sklepie, zanim ktokolwiek na dobre się w nim zmaterializuje- a tym kimś jest chłopiec, w wieku, no właśnie, z wyglądu jest dość mały, ba, za mały nawet na samodzielne poruszanie się po ulicach – możesz bezkarnie się porozglądać.

Twój wzrok z pewnością wróci w stronę dzwonka i drzwi, pchany jakimś bliźniaczym instynktem, nakazującym mu podążanie za tym co usłyszały uszy. A może w rzeczywistości dzieje się na odwrót?

Nie rozważaj jednak tego teraz. Teraz zanim ktokolwiek cię zauważy, przyjrzyj się dokładnie półkom i meblom, o ile cokolwiek z tych standardowych rzeczy wyposażenia wnętrz tutaj dostrzeżesz. Wprawdzie wiadomo, że jesteś w sklepie i to już narzuciło ci obraz regałów, na których poupychany jest towar, jakiegoś kontuaru i maszyny do liczenia. Jednak, po chwili, jaka musiała upłynąć, by twoje uszy i oczy przyzwyczaiły się do tańczącego w powietrzu kurzu, tak więc po tej chwili, która liczy sobie dwa miliony trzysta osiemnaście drobinek osiadających ma twoich gęstych rzęsach, nagle już wiesz, że sklep jest inny, niż wszystkie, które do tej pory widziałeś lub widziałaś w swoim życiu. Co tak dokładnie stanowiło o jego wyjątkowości, jaka cecha podkreśliła tę odmienność – nie mnie o tym mówić, wszak nie mam dostępu do twojego serca. Mogę pokusić się tylko o stwierdzenie zachwytu w twoich źrenicach, kiedy to, prawie przez przypadek twoje dłonie głaszczą czule po głowie zastygłego w skoku lwa, by po chwili cofnąć się zaskoczone przed naporem siły wiatru wywołanego trzepotem mew zawieszonych pod sufitem. Mogę również dostrzec nieśmiały uśmiech, kiedy nie zważając na swój dostojny wiek, przyklękasz koło najniższego regału i kompletnie wbrew swoim dobrym zwyczajom, pozwalasz by nakręcana małpka uderzała cię po głowie perkusyjnymi talerzami.

 Z każdą upływającą minutą, odbijającą się z hukiem od sufitu poprzez ściany, z których z właściwą sobie determinacją stare tapety, odklejając się od nich zabierały w otchłań kawałki tynku, aż ku powykrzywianym i zmurszałym deskom  imitującym już tylko podłogę oraz  dawną swoją giętkość i sprężystość – miejsce to coraz bardziej nabierało grymasu magazynu ze starociami a nie sławnego na całą okolicę, ekskluzywnego Drewnianego Lunaparku, jak głosił napis na szyldzie. Skoro jednak żadne z nas, ani ty ani ja, nie zauważyliśmy tego szyldu, tak więc i nazwa i cały sklep pozostał dla nas zawieszony w bezimiennym czyśćcu miejsc, o których wie się tyle ile zdoła się na ich temat dowiedzieć z porozrzucanych w nich fragmentów rzeczy, słów i uczuć.

 I można by tak błądzić godzinami od jednego regału ku innemu, zatapiając się w cudownym świecie dawno minionego dzieciństwa, można by już nie ukradkiem, ale trochę ze wstydem jednak i jakby po cichu, poprzestawiać miejscami żołnierzyki  i parowe lokomotywy, gdyby nie ten mały chłopiec. Zupełnie nie zwracający na nas uwagi, z uporem i zasmarkanym nosem, walcząc ze stertą jednorękich i jednookich rycerzy, których heroiczne czyny dawno już popadły w niepamięć, cudem jakimś wśród tego spróchniałego bohaterstwa, odnalazł drewniane cymbałki a my – to znaczy ty i ja- przyglądaliśmy się temu jak zahipnotyzowani, by zaraz uświadomić sobie, że melodia, którą wygrywa chłopiec jest nam dobrze znana i zupełnie tak jak kiedyś kołysze nas do snu. Sen, który śnimy teraz jest już całkiem inny, i zachodzimy w głowę, nie co śnimy ale kto dziś śni ten sen?

A teraz by zapanował porządek w opowieści, która zwolna acz stanowczo wymyka się rozsądkowi, wprowadzę – za twoją milczącą zgodą – podział na rozdziały. Będą ich dwa, niezbyt precyzyjne spełniające funkcję pól granicznych czy murów. Umówmy się, że w naszej wyobraźni już na zawsze zostaną mostami, przez które swobodnie w tę i we w tę  przeprawia się opowieść.

 

Rozdział pierwszy – narodziny, wędrówki dusz, tajemnica palącego dotyku.

Kim była ta dziewczynka? Wszyscy w miasteczku dokładnie wiedzieli o kogo chodziło. Córka dentysty i lekarki. Dobry dom, dobre żydowskie pochodzenie, które po kilku latach okazało się przekleństwem. Po kilku latach nikt w miasteczku nie wiedział o kogo chodzi. Córka tamtych, których zabrali. Zły dom, złe, żydowskie pochodzenie, które po kilku latach ciągle było przekleństwem, ale zupełnie z innych powodów.

 

Kim był ten chłopiec? Miasteczkowym głupkiem, podkradającym resztki wyrzucane za dom przez bogatych Żydów. Nikt nigdy nie słyszał, żeby coś mówił. Wszyscy więc uznali, że oprócz głupoty ma coś jeszcze, a to coś pozwala na współczucie. Nie, takiego słowa nawet ci, dla których mowa była powszednia, nigdy by w odniesieniu do niego nie użyli, może więc – litość? Tak, litość tutaj brzmi tym wysokim, sfałszowanym dźwiękiem, kiedy nadgarstek nie nadąża za palcami wybijającymi melodię na cymbałkach i zupełnie idealnie pasuje do tego, co czuli ludzie muskając wzrokiem obdartego chłopca. Bo po pierwsze, jak już dobrze wiesz, bo żyjesz na świecie wystarczająco długo – takich chłopców nikt przecież tak naprawdę nie widzi, a po drugie, tacy chłopcy zawsze są obdarci, choćby nawet nosili najwspanialsze ubrania.

 Teraz, kiedy znasz już fragmenty nie tworzące żadnej całości, pojawia się w tobie pragnienie zajrzenia w głąb życia tych postaci. Pragniesz je ożywić, nadać sens i wprowadzić bieg wydarzeń, aby opowieść przybrała godnego sobie kształtu. Coś w tobie, nie chce by się skończyła. Wiesz bowiem, że ktoś kiedyś może zrobić to samo z historią twojego życia. Porzucić albo wzbogacić o światy, które kiełkowały i tworzyły tło dla uczuć. Dlatego tak bardzo chcesz, aby postać dziewczynki została ubrana w mięśnie i kości a może nawet owinięta została duszą niczym czerwonym wełnianym szalem. Chcesz by chłopiec dorastając otrzymał silne dłonie i giętkie stawy, coś co pomoże mu przetrwać w świecie bez słów. Skupiasz więc uwagę-tak, wyraźnie to widzę-, mocniej ściskasz powieki i wyruszasz poza siebie, by na moment stać się świadkiem ich życia.

W tej wędrówce docierasz do małego pokoiku na poddaszu. Słońce chyląc się ku zachodowi, za nic ma półmrok panujący w pomieszczeniu. Słońce jest zarozumiałe i samolubne. A może po prostu ma na głowie zbyt wiele rzeczy i ciągle musi wybierać co i kogo w danej chwili obdarzyć swoim blaskiem?

Więc kiedy postanawia, że resztki swojego istnienia poświęci kawałkowi małej łąki, oraz półmartwym źdźbłom rachitycznej trawy i odpływającym ku morzu falom leniwej rzeki, właśnie w tym momencie ty dostrzegasz ruch w pokoiku, za późno jednak by się z niego wycofać. Ciało zalewa ci metaliczny zapach i wrzask tak ogromny, że instynktownie budzi się w tobie chęć ucieczki i wszechogarniająca ciekawość przyjrzenia się temu co lub kto krzyczy.

 W tym małym pokoiku na poddaszu, w wielkich trudach i ocierając się o śmierć swoją i matki, przychodzi na świat Anastazja. Ta mała dziewczynka, o której przez najbliższe kilka lat, wszyscy w mieście będą wiedzieli kim jest. Zanim jednak do tego dojdzie, w najbliższych sekundach, ta mała zmaltretowana piekłem ostatnich godzin, musi zakotwiczyć się w tym obcym, zimnym świecie. Musi rozpoznać w bezwiednie leżącym, obryzganym od stóp aż po obklejone włosy na czole krwią- ciele, swoją matkę. Musi w końcu w tych zimnych dłoniach przesiąkniętych tytoniem i ostrym zapachem czegoś wywołującego pieczenie na jej skórze, odgadnąć dłonie ojca, a wraz z nimi całą jego zawieszoną w półmroku postać.

Nie wiadomo, czy przez znikające słońce, które nie zainteresowało się nią- z wyjątkiem przelotnego uśmiechu odbijającego się od rozdrażnionych przez wiatr falach rzeki- czy może przez tę chwilę, w której najpierw jej matka a potem ona były martwe, Anastazja od teraz do na zawsze, czuć się będzie najbardziej samotną osobą we wszechświecie. I naprawdę mimo starań ojca, mniej matki, bo w niej wtedy w tamtym pokoiku coś się rozpadło i już nigdy nie zdołało skleić się do końca – więc mimo tych wszystkich prób przekonania jej do tego, że jej samotność jest złudzeniem, Anastazja wkroczyła i szła przez świat z tym mrocznym uczuciem.

 Z biegiem lat i czasu, w którym jej włosy stawały się coraz dłuższe, rosło w niej przekonanie, że świat za oknem wzrasta wraz z nią, ale w innym kierunku. Ona oddalała się od ziemi ku górze, świat raczej rozpłaszczał się z dziką chęcią bycia bliżej niej.

Zanim jednak dotrzemy wraz z nią do tajemnego miejsca, w którym ona i świat po raz drugi się spotkają, musisz pozwolić, by to co było pierwsze, po raz pierwszy się ujawniło.

Dobrze już wiesz, że w tym celu trzeba znowu wkroczyć do ponurego pokoiku przesiąkniętego zapachem cierpienia. Pamiętasz ten fragment, w którym na moment serca kobiet postanowiły się poddać? Przypomnij sobie proszę tę ciszę zatapiającą w sobie wszystko, bo nagle okazuje się, że oddech stanowi wszystkie dźwięki świata i kiedy znika jest tak, jakby wszystko znikało wraz z nim.

Będąc tam znowu, postaraj się nie patrzeć w martwe oczy Anastazji, ale pozwól jej by zabrała cię ze sobą, bo wbrew temu co wiesz o świecie, ona nagle gdzieś się udaje. Ze spokojem i po cichu idź za nią. Nie oceniaj, nie pozwalaj by rozpacz więziła ci stopy, nie rób hałasu, kiedy twoja dusza odrywa się od ciała. Bądź dyskretny, bądź czuła.

 I teraz już wiesz, że nieprawdą jest, to co wcześniej zostało powiedziane o chłopcu. Może nie całość, ale na pewno fragment, w którym stwierdzono, że nikt go nie widzi. Bo Anastazja wtedy go zobaczyła i już nigdy nie potrafiła tego odzobaczyć. A że i ty jesteś teraz świadkiem jego przyjścia na świat, więc to już dwie osoby, ja jestem trzecia. I kiedy tak tam stoimy dostrzegamy w rogu lasu – bo chłopiec na świat przychodzi wśród wilgotnych paproci i gryzącego zapachu gnijących liści –  również dentystę, ojca dziewczynki. Anastazja nie wie, dlaczego jej ojciec, który właśnie klęczy przy łóżku martwej żony i córki, plamiąc sobie jasny, bawełniany garnitur, opuścił miejsce swojego cierpienia i udał się na całkiem przyjemną wieczorną przechadzkę do oddalonego od ich domu lasu. Nie wie, dlaczego przeszedłszy przez rzekę nie zamoczył nogawek swoich wyprasowanych na kant spodni, ani dlaczego pochyla się teraz nad milczącą, obrzmiałą z wysiłku twarzyczką chłopca, zmuszając resztę świata by zniknęła wśród zwisających ciężko gałęzi drzew, które tyle już w życiu widziały, że w przeciwieństwie do niej – niczemu się nie dziwią. Anastazja widzi – chodź przecież jej martwe oczy są ciągle wraz z jej martwym ciałem przy boku równie martwej matki – jak jej ojciec dotyka główkę chłopca. Potem odchodzi, nie obejrzawszy się za siebie. Może właśnie wtedy dłonie ojca wchłonęły w siebie to coś, co potem tak bardzo paliło, kiedy obdarzał Anastazję czułością? Wstyd pali, wszyscy o tym wiedzą.

 Zupełnie inaczej niż ludzie, śmierć nie lubi melodramatów. Nudzą ją zawiłe historie zdrad, rozhisteryzowane namiętności kochanków i wielkich przywódców spełniających swoje dziecięce fantazje. Dlatego teraz używając swojej mocy pojawiania się i znikania, kiedy chce, zabiera nas z powrotem do pokoiku na poddaszu, i zostawia w spokoju matkę i dziecko, zmęczona pewnie ich utyskiwaniem. Kiedyś po nie wróci, tak jak po wszystko, co raz dotknęła swoją myślą, a robi to zawsze, kiedy na świat przychodzi jakiś człowiek, jakieś zwierzę jakiś ptak i jakaś trawa.

 Tak właśnie dotykamy narodzin. Zamykam więc – za twoją milczącą zgodą – rozdział. Możesz odetchnąć z ulgą. Wszyscy przeżyli. W czasie, w którym dzieci przychodziły na świat wraz z nimi u sąsiadów zza rzeki rodził się cielak, cudownie ocalony kilka lat później z pożaru; nasiona zbóż zaczęły pojedynczo wypuszczać korzenie, by później nakarmić przymierających z głodu dezerterów, a stara kobieta oddawała swoją duszę w ramiona obcego jakiegoś boga, który zabłądziwszy w tę okolicę, zdołał zawrócić jej w głowie. W tym czasie również pewien stary rzemieślnik z braku lepszego zajęcia wystrugał pierwszy klawisz cymbałek a potem następny i następny. Nigdy by do tego nie doszło gdyby drzewo, które ściął wcześniej przygotowując się na najsroższą zimę, jaka kiedykolwiek nawiedziła tę okolicę, nie zagrało mu pod nogami. Może rzeczy też mają duszę, a jeśli nie, to na pewno więzią w sobie część duszy ludzi, którzy ich dotykają.

 Najwyższa więc pora na rozdział drugi, bo choć co do tego nigdy nie ma żadnej pewności, rozdział drugi pojawił się w twoich myślach, zachęcając cię kokieteryjnie do uległości, tak przecież wstydliwej i obcej a jednak mimo wszystko – w jakimś stopniu przyjemnej.

 

Rozdział drugi – Dorastanie, opowieść wojenna, miłość i inne tego typu choroby

 Bezpański pies tańczy na śniegu. W pozbawionych gracji ruchach unosi łapy. Nie wie, dlaczego nie może jednocześnie oderwać od zamarzniętej ziemi wszystkich na raz. Tak bardzo tego nie wie, że jego głowa przechyla się bezwiednie jakby jakaś niewidzialna ręka oderwała ją od jego reszty. Ciągle jednak próbuje, wzbudzając tym chmurę, której dziwi się ogromnie bo przecież jako pies nie może wiedzieć, że to tylko nagrzane powietrze wydobywające się z jego pyska. Zimą takie rzeczy przydarzają się nawet ludziom, ale on tego nie wie, za bardzo skupia się na swoich palących zimnem łapach. Nie wie również tego, że kiedyś jego pieska natura wykopie parę zapleśniałych rzeczy, które po wyczyszczeniu okażą się majątkiem, dzięki któremu jakaś kobieta do końca swoich dni uchodzić będzie za całkiem bogatą damę.

Anastazja zna tego psa. Uświadamiając sobie, że go rozpoznaje nadała mu przynależne mu miejsce na ziemi. Wcześniej patrząc na niego, nie wiedziała, że to ten sam pies. Przez kilka lat przyglądała się stworzeniu tak różnemu od niej, że za każdym razem wydawał się jej obcy. Ale tamtej zimy, kiedy już przyjęła go do swojej świadomości jako istnienie ciągłe i niezmienne – pomyślała w ten sposób też o sobie, co stanowiło dla niej niemałe odkrycie.

Chcesz pewnie dowiedzieć się więcej. Czekasz aż w opowieści pojawią się smoki i strzygi. Przyglądasz się przesuwającemu się po brukowanej uliczce cieniowi i usilnie starasz się podnieść głowę, by przyłapać to coś, co go rzuca. Zamiast tego w głowie pojawia ci się melodia tej smutnej kołysanki, tej z początku opowieści – nucisz ją mimowolnie, starając się przypomnieć sobie sens słów.

Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga

Choć opowiem ci bajeczkę

Bajka będzie długa

Była sobie…

Tutaj twoja pamięć zawodzi, słowa umknęły, melodia uparcie krąży w głowie.

Zlituję się nad tobą, tak jak wszyscy litowali się nad Tomem i pozwolę ci przysiąść na parapecie obok Anastazji, która przez okno w swoim dobrze utrzymanym domu, śledzi z wytrwałością przynależną dorastającym dziewczynkom, spektakl absolutnie nie przeznaczony dla dobrze wychowanych dziewczynek, które z gracją za kilka godzin spożywać będą na kwiecisto ozdobionej porcelanie, pozbawioną godnej śmierci, pachnącą świeżymi ziołami, zarumienioną na maśle, rozczłonkowaną kurę.

Spektakl jest krwawy i śmieszny. Powoduje, że ciało Anastazji nie może się zdecydować, czy odczuwa dreszcze związane z gorącem czy przeszywającym zimnem. Nie może oderwać wzroku, kiedy siekiera unosi się nad głowę, na chwilę oślepiając ją błyskami zatopionymi wśród obficie wypomadowanych włosach. Potem stanowczy gest, stanowczego ramienia ojca, zamach, którego końcową fazą jest opór wiotkiej szyi kury – włosy nawet na sekundę nie zmieniły położenia, co nie wiadomo, dlaczego napełniło jej ciało stateczną dumną. Ciało kury, która teraz bez głowy obija się o rosnące w ogrodzie drzewo wiśniowe nie ma w sobie za grosz stateczności.

W taki sposób dorasta się w czasach, w których dorastała Anastazja. Dni wypełnione są obecnością ciepłych a czasem martwych ciał zwierząt. Są też rodzice – opiekuńczy ojciec i nieobecna matka. Opiekuńczość ojca jest gorsza, bo przypomina o jej braku ze strony matki. Za jakiś czas oboje znikną z jej życia. Zabiorą ich ci, którzy potem zajadać będą zboże na opustoszałych polach, dusząc się ich kłosami. Czasami wspomnienia rodziców będą do niej wracały przybierając postać bezgłowej kury w szale trzepoczącej martwymi skrzydłami.   

 

Tom nie miał ojca. Przynajmniej nie w takim sensie, w jakim powinny mieć go dzieci.

Matka go nie kochała, nie potrafiła. Czasami się zmuszała, ale nikomu nie wychodziło to na dobre. Kiedy przyszła wojna miasteczko opustoszało, tak jakby niewidzialna wojna, potrzebowała pustych ulic i domów, by móc się w nich rozgościć z całym naręczem bagaży. Tom nigdy na własne oczy nie widział wojny a co dopiero jej kufrów i walizek. Chodził więc po tych pustych ulicach na palcach, by przez przypadek nie obudzić śpiącej gdzieś wojny. Pewnej nocy potknął się o jakiś przedmiot, który wydał z siebie zawodzący dźwięk, doprowadzając tym chłopca do granicy lęku, po przekroczeniu której już nigdy nie pomyślał o strachu.

Wiesz dobrze, że historie wojenne zakorzeniają się w ludziach i są przez nich niesione jeszcze długo po tym jak wszystkie wojny świata już dawno się skończą. Zakorzeniają się w dzieciach i wnukach, ujawniają się w przyciasnych butach i wszach złapanych w zatłoczonym pociągu albo od koleżanki ze szkolnej ławki. Mogą też pojawić się u ciebie w tej chwili, zupełnie tak jak to się stało w moim przypadku. I nawet gdybym chciała przemilczeć, to ona powróci, wszak tak naprawdę w życiu opowiadamy tylko jedną historię. Pozwolisz więc, że wybrzmi, tak jak dźwięk cymbałek, które już kilka razy pojawiły się w tej opowieści, a potem wrócimy do Anastazji i Toma, choć w jakiś magiczny sposób ich obecność była odczuwana również w tamtym, oddalonym od nich o tysiąc kilometrów miejscu.

Opowieść Wojenna, której kiedyś wysłuchał Tom i dzięki której dowiedział się, że wojna wszędzie jest taka sama.

 

 Gienek wiedział, że najwyższa pora się ustatkować. Znaleźć sobie kobietę, założyć rodzinę. Poszukać roboty na miejscu, wybudować dom. Wiedział to wszystko, a czasami nawet za tym tęsknił, choć w głębi duszy nienawidził kobiet i jak tylko miał okazję to dawał temu wyraz. Nienawidził szczególnie tych wszystkich kurew, które obłaziły ulice Warszawy, kiedy nocą przejeżdżał swoją furmanką przez most na Wiśle. Wtedy z zapamiętaniem smagał je wszystkie batem, czując przy tym nieodpartą rozkosz bycia ponad nimi.

No ale teraz, siedząc tutaj i pijąc, myślał o tym, że może miło byłoby mieć taką kobietę w domu. Kogoś kto poda zupę no i kogo można brać od tyłu, bez potrzeby płacenia za to.

Kobiety często zwracały uwagę na Gienka. Był przystojny i miał w sobie to coś, co powodowało, że je przyciągał. Nie wiedział czym to coś jest, ale podskórnie wyczuwał, że gdyby chciał każda poszłaby z nim do łóżka.

Nawet ta kelnerka dzisiaj tak na niego patrzyła, że gdyby miał ochotę to mógłby ją wziąć. Ale dziś nie chciał. Przestała patrzeć i szybko znalazła sobie innego. Pijąc piątą wódkę, czuł, jak płyn gęstnieje mu w ustach. Nauczył się nie wykrzywiać ust, gdy miał dziewięć lat. Świadczyło to o jego męskości.

Rozejrzał się dookoła, oprócz niego  i Józka w sali siedzieli jeszcze inni. Wszyscy wyglądali tak samo. Uderzyło go to podobieństwo. Jego myśli zaczęły się plątać. Przymknął oczy, choć obiecywał sobie, że nigdy tego nie zrobi po pijaku. Kiedy to sobie uzmysłowił było już za późno.

 

 Ma dziurę w podeszwie. Czuje jak zimno przenika przez stopy, wprost do mózgu. Byleby tylko dotrwać do końca apelu. W baraku wepcha kawałek szmaty w buty. Na jakiś czas powinno pomóc. Gorączkowo szuka w myśli, tak ma kawałek materiału, który zdobył zanim wyniesiono ciało Kazika. Spóźnił się wtedy i wszystko z niego zdarli, zostawili tylko kalesony, a raczej ich fragment przykrywający genitalia. Chyba głupio im było patrzeć na wzwód Kazika. Jemu głupio nie było i teraz pochwalił się w myśli za tą decyzję. Pierdolone głupki. Jeszcze się nie nauczyli, że tutaj żyje się inaczej. Nikt go tutaj nie lubi, tak jakby w takim miejscu miało to znaczenie. Czasami któryś plunie mu w twarz. Kiedyś na to reagował, wdawał się w bójki. Dzisiaj przeciera tylko twarz.

Trochę musiał się naszarpać, zanim zdołał podrzeć materiał na mniejsze kawałki i wyścielić nimi buty. Profilaktycznie wyłożył też drugi, choć jeszcze nie przemókł. Dzisiaj mży więc to i tak tylko kwestia czasu.

Nie miał czasu zrobić tego dokładnie, więc w drodze, poczuł, jak uciskają go palce u lewej nogi. Jak pójdzie się odlać musi koniecznie to poprawić, inaczej zrobią mu się odciski. I wtedy będzie już koniec. Ludzie umierają na odciski, ot taki ten świat jest popierdolony teraz.

Do pracy wychodzą zaraz po śniadaniu. Płynnej brei, w której czasami można znaleźć zdechniętą, wypasioną muchę. Muchy są wszędzie, dlaczego więc nie miałyby się znaleźć i w jedzeniu? Rozśmiesza go zniesmaczenie na twarzach nowych, tak jakby wcześniej w swoich chałupach nie wpieprzali takiego samego gówna.

Dużo rzeczy w ludziach go rozśmiesza. Ich lamenty i mazgajstwo. Kłamstwa na temat świata, w którym żyli przed obozem.

Dla niego nic się nie zmieniło. Ciągle ma dziurawe buty, żre co popadnie i tyra od świtu do nocy. Tutaj przynajmniej śpi pod dachem. Przed obozem różnie to bywało.

Niektórych zna. Wie, że są z łapanki. Ci najbardziej panikują. Są też polityczni, tylko nie wiadomo co to znaczy – niby z partyzantki, ale czy to ludowcy czy krajowcy – jeden kit. Są też Żydzi i Cyganie. Od nich trzyma się z daleka na wszelki wypadek, zresztą od wszystkich lepiej trzymać się z daleka, ze względu na wszy.

Są też tacy jak on. Ochotnicy, poupychani po kątach, odseparowani od reszty ze względów bezpieczeństwa. Jest ich dosyć dużo, więc są wartościowi jako siła robocza. Powszechnie uważa się ich za konfidentów, co powoduje wściekłość wśród strażników – Niemcy nie potrzebują do współpracy takich larw, jako zwycięscy sami wybierają sobie współpracowników.

No ale ochotnik to zdrajca – tego nic nie zmieni.

 Żydzi najczęściej popadali w obłęd. Większość z nich nie miała pojęcia czym jest życie. Przed wojną siedzieli sobie w luksusach. Dobrze było teraz na nich patrzeć jak pod siebie srają. Zawsze znalazł się ktoś, kto pożyczał od nich pieniądze i kogo nie było stać by spłacił dług. Na początku samosądy dotyczyły tylko konkretnych osób, konkretnego Żyda, z upływem czasu, każdy Żyd był taki sam. Dostawało im się od wszystkich. Polak był zawsze nie- Żydem i nie zmieni tego żaden obóz.

Przed wojną ludzie umierali w nędzy i poniżeniu. Śmierć była powszednia i odarta z wszelkiej tajemnicy. Ciała bezdomnych starców znajdowano w rowach i pospiesznie zakopywano, by smród rozkładających się zwłok nie roznosił się po okolicy.

Teraz w obozie, podczas wojny działo się tak samo. Wtedy nikt o tym nie mówił, bo nie chciał, teraz- bo nie mógł. Na tym polegała różnica.

 

 Kelnerka, która jeszcze przed chwilą chciała się z nim przespać, teraz warczała na niego i Józka, by się wreszcie wynieśli, bo chce zamknąć knajpę. Józek spał na stoliku we własnych wymiocinach, trzeba było nieźle się naszarpać by go ocucić. Zamroczony zdołał jednak unieść swoje wielkie cielsko i wytoczył się na zewnątrz, pozostawiając po sobie smród i dźwięk spadającego szkła.

Gienek zapłacił i wytoczył się za nim. Zimne powietrze dotarło do jego płuc po dłuższej chwili, poczuł jak krew zmieszana z alkoholem uderza mu do mózgu. Alkohol przestał zalegać dolne partie jego ciała, rozsiadając się teraz w umyśle. Przez chwilę nie wiedział, co ma zrobić, po czym przypomniał sobie o Józku, który teraz mościł sobie posłanie w rowie. W ostatniej chwili zdołał go złapać, inaczej wpadłby do tego rowu i nikt nie byłby w stanie do rana go z niego wyciągnąć. Chłop ważył, chyba że sto dwadzieścia kilo, a po wódce dwa razy tyle.

Nie pozostało mu nic innego, jak tylko odprowadzić go do domu. Ze wszystkich ludzi na świecie, Mariola najbardziej nienawidziła Poncjusza Piłata i Gienka. Dlatego, kiedy Gienek pojawiał się w okolicy ich chałupy, klęła na czym świat stoi, nie zważając na obrazek świętej panienki wiszący nad drzwiami. Najmłodszy dzieciak, nie przyzwyczajony do takiej matki, bo mało jeszcze w życiu widział, zaczynał ryczeć w niebogłosy, nadając wrzaskom Marioli znaczenia wręcz piekielnego.

Samo wspomnienie tych wrzasków, skutecznie odstraszało Gienka od pojawiania się w tamtych okolicach, teraz jednak nie miał wyboru. Wprawdzie mógł zostawić Józka na pewną śmierć w rowie, bo albo by się utopił albo zamarzł, a on i tak by nie poniósł żadnych konsekwencji, ale postanowił zmierzyć się z wrzaskami Marioli.

 

Była najpiękniejszą kobietą na wsi. Maria od Kowalskich. Urodziła się piękna, bo jej piękność nie była związana z fizycznością. Była czymś ponadczasowym, wymykała się metryce i zdrowemu rozsądkowi.

Wszyscy o tym wiedzieli, dlatego jej matka chowała ją przed pożądliwym wzrokiem mężczyzn. Nie pozwalał, by bawiła się z innymi dziećmi, nie wypuszczała z domu. Maria nigdy nie chodziła sama do kościoła ani sklepu. Czasami można było ją zobaczyć, jak plewi grządki w przydomowym ogródku. I właśnie wtedy swoim pożądaniem zobaczył ją Gienek – skąpaną w południowym słońcu, które pieściło jej rozkwitające dopiero piersi. Nieśmiałe pączki zdawały się nabrzmiewać pod wpływem tych pieszczot. Kosmyk włosów zasłaniał jej oczy, dlatego nie mogła go zobaczyć. Ale on był pewien, że czuje jego obecność, bo w pewnej chwili uniosła głowę i zaczęła wpatrywać się wprost w niego. Wiedział, że to niemożliwe, ale wyraźnie czuł, że patrzy w jego oczy i szyderczo się uśmiecha. A on ogarnięty pożądaniem przycisnął się do drzewa.

We wsi gadali, że Maryśka jest zarozumiała. Była piękna, więc musiała taka być. Gienek wyobrażał sobie jak się z niego wyśmiewa. W tamtym czasie dużo rzeczy sobie wyobrażał. Szczególnie nocami. Ale z czasem  noce stały się zbyt krótkie na jego wyobrażenia, więc rozciągnęły się na poranki, potem południa by na koniec totalnie nim zawładnąć.

Potem Niemcy wkroczyli do Polski. Ludzie ze wsi patrzyli w niebo i żegnali się z litością. Samoloty leciały na Warszawę, nawet teraz ich wieś była niewidoczna. Długo po tym, jak wojna się skończy ich wnuki będą płakać słysząc dźwięk samolotów a po nich wnuki ich wnuków.

Po kilku dniach wojna dotarła do wsi. Niemiecki oficer, zmęczony trudem odnoszenia zwycięstw nad nieuzbrojoną ludnością cywilną, udawał się na zasłużony spoczynek. Kwatera była zorganizowana w zamku na wzgórzu. Przed wojną mieszkał w nim znienawidzony właściciel ziemski. Teraz też tam mieszkał, ale w piwnicy. Oddał swoje salony w zamian za bezpieczeństwo swojej rodziny. Uczciwa cena. Kiedy wieści o tym dotarły do oficera, kazał rozstrzelać właściciela ziemskiego i jego całą rodzinę – armii niemieckiej się niczego nie oddaje, armia sobie bierze to, na co ma ochotę.

Ale to wydarzenie, nie świadczyło jeszcze o wojnie – ludzie zbytnio nie przejęli się śmiercią kogoś kto latami żył w luksusie i kuł nim w ich zmęczone oczy.

Wojna do wsi dotarła wraz ze śmiercią starej Krawcowej, Zakrzewskiego i zwykłej świni. W drodze na kwaterę, zaraz za zakrętem rzeki, tam, gdzie prądy są najbardziej zdradliwe, znużony oficer został zmuszony zatrzymać swoje auto, bo nieświadoma niczego świnia, wyrwawszy się na wolność, biegła co sił w nogach na oślep, jak to świnia. Oficer rozzłościł się na dobre, ze zmęczenia czy może ze względu na bezczelność świni  i w ramach tej złości, rozkazał zebrać całą wioskę. Ludzie w popłochu, bo po raz pierwszy od czasu rozpoczęcia wojny pół roku wcześniej, zobaczyli na żywo, to co słyszeli z opowiadań, gromadzili się włażąc jedni na drugich, jak gdyby bliskość ciała innych mogła zlać ich ze sobą, czyniąc niewidzialnymi. Przestraszeni wpatrywali się w oficera stojącego przed autem i oprócz jego błyszczących butów nie mogli w nim dostrzec niczego, co mogłoby świadczyć o jego istnieniu. Strach odebrał im nie tylko mowę, ale i wzrok i słuch. Ze strzępków wrzasków, które do nich docierały nie rozumieli nic, bo wrzaski były obce. Po chwili dopiero stara Krawcowa zrozumiała z gestów oficera, że chodzi o świnie. Przetłumaczyła ludziom a oni odetchnęli z ulgą. Przecież o zwykłą świnię chodzi, która teraz leży martwa w zaroślach a prąd łapczywie obmywa jej zad. Stara podeszła do niej by rzeka na dobre jej nie porwała, bo szkoda mięsa i kiedy zaczęła ją wyciągać, poczuła ogień w piersiach. Nim się zorientowała co się stało, leżała koło świni, patrząc w jej martwe oczy. Oczy Krawcowej nie wyrażały niczego innego niż zwykłe ludzkie zdziwienie i takie odeszły do nieba.

Teraz już na dobre strach zagościł wśród ludzi. Zakrzewski z głupoty albo z wyrzutów sumienia wystąpił przed szereg. Dostał kulkę w głowę. Oficer wsiadł do auta i odjechał. Ludzie rozeszli się do domów. Na drodze pozostały trzy trupy. W nocy ktoś przyjdzie i wepchnie je do rzeki. No bo co można innego zrobić?

Gienek łaził po wsi, coraz bardziej przygnębiony i zły. Teraz to już tylko kwestia czasu, aż ktoś w końcu plunie mu w twarz obowiązkiem. Niektórzy ze wsi uciekli do lasu, mówi się, że zawiązuje się ruch oporu.

On nie chciał walczyć, a już na pewno nie chciał ginąć. Szkoda mu było Zakrzewskiego, bo równy chłop był z niego, ale oprócz niego i starej Krawcowej, nikt do tej pory nie umarł. A Niemcy już trzy miesiące siedzą na zamku. Zdarzają się gwałty i aresztowania, ale wcześniej też się zdarzały, tak jak przymus oddawania żywności i inwentarza.

Wszyscy wiedzieli, że Maria wpadła w oko oficerowi. Nikt się temu nie dziwił a nawet co niektórzy zachęcali ją do prężenia się w jego obecności. Na początku dziewczyna się oburzała, ale że była mądra, szybko zdała sobie sprawę, że jej uroda w końcu może się jej na coś przydać. Może gdyby była zwykłą, ładną dziewczyną, oficer nie zwróciłby na nią uwagi. Ale jej piękno było wyjątkowe i to właśnie dostrzegł oficer. Jego podwładni mogli robić co chcieli z każdą kobietą ze wsi, ale nie mięli prawa spojrzeć na Marię. Znali dobrze swojego przełożonego i żaden z nich nawet nie śmiał marzyć o tej dziewczynie.

Pewnego dnia podczas konfiskowania inwentarza, Maria przyprowadziła swoją krowę. Widząc to oficer, kazał wracać jej do domu razem z krową. Wieś to widziała i znienawidziła dziewczynę. Znienawidził ją też Gienek, bo wiedział, że teraz już nigdy nie będzie jego.

Ale Maria taka nie była. Nie chciała awansów oficera. Nie chciała nienawiści wioski. Od kilku miesięcy bowiem żyła miłością do Heńka. On był dla niej światem i życiem. Kiedy poszedł do lasu nie rozpaczała, modliła się tylko bardziej gorliwie niż dotąd. Drażniły ją pożądliwe spojrzenia mężczyzn i głupia zazdrość kobiet.

Nikt nie wiedział, że ona i Heniek są razem. Heniek miał żonę i trójkę dzieci. Spotykali się ukradkiem za stodołą albo w zaroślach nad rzeką. Krótkie chwili wypełnione pożądaniem szybko zamieniły się w prawdziwe przywiązanie a potem w miłość. Tak, na pewno to była miłość, bo jak inaczej nazwać, to co czuła, kiedy go widziała albo nie widziała i usychała z tęsknoty? Obiecał, że jak się to wszystko skończy wyjadą do miasta. Nie kochał ani swojej żony ani dzieci. Nie kochał nikogo- tylko ją.

Gienek podglądał Marię, pewnej nocy zobaczył więcej niż by chciał. Nazajutrz poszedł na komisariat i opowiedział wszystko. Po kilku dniach Niemcy aresztowali Heńka. Nie dotarł nad rzekę, nie wtulił się w ciało Marii. Czekała na niego. Kiedy w końcu przestała, jej matka znalazła ciało rozszarpywane przez kruki. Powiesiła się na drzewie za stodołą. Ludzie gadali, że była to egzekucja, ale ona sama się zabiła.

Nikt nie wiedział, że to Gienek doniósł na Heńka. Nikt oprócz Heńka, ale jego wywieźli do obozu, no i Gienka, któremu nie zostało nic innego jak zgłosić się po cichu na ochotnika do obozu. Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś go podejrzewał. A może po prostu śmierć Marysi nazbyt mu ciążyła, by swobodnie chodził po wsi.

Los bywa złośliwy albo sprawiedliwy. Kiedy Heniek zobaczył go w obozie, najpierw się ucieszył, ale po chwili już wiedział. Nie wiadomo skąd, bo przecież nie było żadnych świadków. Ale on po prostu wiedział. Na szczęście nie zdążył nikomu nic powiedzieć. Zmarł. Tak po prostu. Zupełnie bez ingerencji osób trzecich. Tej samej nocy. Nieświadomy, że Maria się powiesiła.

Po wojnie Gienek wyjechał. Pewnego dnia zaprzągł konie i wyruszył na zachód. Po dwóch miesiącach zatrzymał się w małym miasteczku nad kanałem. Żył w nim  parę lat zaprzyjaźniając się z Tomem. Z nim jedynym nie musiał rozmawiać, zresztą i tak nie miał zamiaru uczyć się tego pokręconego języka.

 

Kiedy wojna się skończyła i nikt już nie chciał o niej opowiadać Anastazja, postanowiła mieć dziecko. Miała dość samotności. Rozglądała się więc za mężczyzną, bo doskonale widziała, ale nie wiedziała skąd to wie, że do tego potrzebny jest mężczyzna. Akurat po wojnie wybór był dość ograniczony, padło więc na Toma, bo właśnie przechodził pod oknem jej domu.

Pewnie czekasz na romantyczną opowieść o sączącej się z przygasającego kominka miłości. Pewnie uśmiechasz się na myśl o tym jak dwoje poszarpanych przez życie ludzi w końcu odnajduje spokój w swoich ramionach. I może słusznie, bo komu oceniać, czy to co łączy dwoje ludzi jest już bezwarunkową miłością, czy tylko plastrem zakrywającym jątrzącą się ranę?

Twoje myśli zaprząta jednak scena z początku opowieści. Wprowadza zgrzyt tam, gdzie wydawało się, że słychać jedynie szemrzący łagodnie strumyk. Tak, Tom i Anastazja byli rodzeństwem i znowu nie tak, jak to zazwyczaj wygląda na świecie. Żadne z nich bowiem o tym nie wiedziało, nawet Anastazja, choć kiedyś jej dusza dziwiła się obecności ojca podczas porodu Toma. Ale dusza pamięta inaczej a jej pamięć jest bardziej ulotna i szara jak mgła. Osadza się wprawdzie w ciele, przykleja do rodzących się wciąż na nowo komórek, płynie pod prąd krwi, ale nie jest widoczna dla zwykłej, samotnej kobiety.

Koniec końców nawet jeśli kiedyś we śnie Anastazja dostrzegła w oczach Toma oczy swojego ojca, szybko odrzuciła ten sen, otrzepując go z siebie energicznymi ruchami, kogoś kto ma za dużo pracy by pozwolić sobie na błądzenie w krainie marzeń sennych.

Teraz twoja kolej. Możesz dopisać sobie całą resztę. Wymyślić każde spotkanie, błysk w oczach, gorąco pragnienia pojawiającego się w okolicach żołądka. Możesz zrobić te wszystkie rzeczy, które według ciebie są potrzebne do tego, by w końcu życie tych dwojga wprowadzone zostało na spokojne wody albo jak kto woli na proste, przerdzewiałe tory.

Aby oddać jednak szacunek opowieści wprowadzę tutaj swoją wersję wydarzeń – zarys tylko, jakieś majaczenie. Anastazja zdołała odzyskać majątek skrzętnie gromadzony przez rodziców, którzy dzięki swojej inteligencji zdołali ukryć go w ogródku za domem zanim odebrano im wszystko – co w ludzkim świecie oznacza życie -dzięki wrodzonemu instynktowi bezpańskiego psa, który siłą woli wszechświata zaczął kopać tam, gdzie nikomu innemu nie przyszłoby na myśl -w taki właśnie sposób Anastazja na powrót stała się właścicielką majątku. Świat po wojnie nabierał rozpędu, można było inwestować w zasadzie we wszystko, włącznie w nieistniejące nieruchomości, co też poczyniła. I kiedy już miała wystarczająco dużo tych fantomowych domów, przygarnęła też Toma.

Zamieszkali razem. Poranki spędzali w obszernej kuchni, gdzie Anastazja składał dokładnie resztki snu chowając je do szuflady w kuchennym stole, a Tom wpatrywał się milcząco w okno. Jego milczenie sugerowało, iż brak umiejętności wyrażania myśli nie odebrało mu przywileju śnienia.

Byli szczęśliwi, na tyle na ile umieli.

Po kilku latach Anastazja poczuła, że jej ciało nabrzmiewa. Stała się ociężała i bardziej wojownicza niż dotychczas. Wzrok jej się wyostrzył i znajdował zagrożenie pochowane po kątach a nawet w jasnych uliczkach. Jej ciało w środku zaczęło się rozpadać, narządy odsuwały się od siebie, tworząc przestrzeń dla kogoś, kto z arogancją i zupełnie bez pozwolenia, postanowił w niej zamieszkać. Po pierwszym szoku, przyszedł następny i kolejne, doprowadzając Anastazję do miejsca, w którym została tylko miłość. Jako że – jak powiedziano wcześniej – była inteligentna, po trzech miesiącach przebywania w stanie rozdrażnienia i walki, pogodziła się z myślą, że nosi w sobie kogoś kto w połowie będzie nią a w drugiej połowie Tomem.

 

Tutaj musimy zatrzymać nurt, dłoń zastyga zanim uderzy w kolejny klawisz – nie udawaj zdziwienia, dobrze wiesz przecież, że ta opowieść jest melodią wygrywaną przez małego chłopca w sklepie w zabawkami.

Dziecko umiera. To, które w bólach opuszczało wnętrzności Anastazji, nie doczekało się nagrody w postaci długiego, szczęśliwego życia. Pytanie, dlaczego, które ciśnie ci się na usta, jest absolutnie nie na miejscu i może świadczyć tylko o tym, że właśnie dotyka cię coś co filozofowie górnolotnie nazywają paradoksem omnipotencji.

Świat się nie zatrzymał, choć przez chwilę podążał w przeciwnym kierunku niż czas. Anastazja wróciła do łona swojej matki. Zacisnęła ślepe oczy, oddychała tylko myślami. Kołysała się w rytm bicia serca dochodzącego do niej jednocześnie z zewnątrz i z środka.

W takich chwilach ludzie często myślą, że są sami na świecie. Ból, który rozdziera ich serce wydaje się odizolowany, zawieszony w próżni. Te myśli wywołują dobrotliwy uśmiech na anielskich ustach. I właśnie anioł spowodował, że w Anastazja miast dziecka urodziła martwe ciało. Może to i okrutne, ale nie ludziom o tym sądzić. Bo taka przecież jest rola anioła. Anastazja dobrze o tym wiedziała, więc po chwili już nie protestowała, kiedy ten jaśniejący stwór otulił jej syna swoimi bujnymi skrzydłami i odleciał z nim w przestworza. I tylko przez ułamek sekundy pomyślała, że chciałaby  by to małe stworzenie zabrało ze sobą coś o czym będzie – być może – miło sobie w niebie myśleć. Ostatkiem sił szukała takiego miejsca, takiej rzeczy i w końcu bóg chyba ulitował się nad nią pozwalając jej stworzyć w myślach najpiękniejsze miejsce na świecie, w którym każde dziecko czuje się szczęśliwe. Odetchnęła z ulgą zabierając swojego syna – nim jeszcze na dobre opuścił jej ciało, będąc wciąż przywiązany do niej pępowiną – do sklepu z zabawkami.

 W tym samym czasie Tom zaczął mówić. Opowiadał różne historie o dzikich zwierzętach pustoszących grządki w ich przydomowym ogródku, o chmurach przybierających kształt lodów na patyku, o ludziach, których dostrzegał przez te wszystkie lata siedząc przy kuchennym oknie. Mówił o rzeczach, na których się nie znał. Mówił ciągle i nieprzerwanie. W końcu zaczął opowiadać leżącej w zamyśleniu Anastazji o niej samej i ta opowieść przywróciła ją do świata.

Pewnego ranka zeszła do kuchni, poskładała precyzyjnie sen i oświadczyła, że założą sklep z zabawkami. Tom nie oponował. Mieli już przecież cały skład rzeczy, które nadawały się na zabawki. Trochę z nich pochodziło z odległych miejsc dzięki Gienkowi, który przewędrował swoją furmanką kawał świata i w każdym jego zakątku coś sobie przywłaszczał. A potem, kiedy coś znowu go pchało do wędrówki, pewnej nocy, wysypał całą zawartość furmanki na tyłach ich domu.

W taki oto sposób opowieść zatoczyła koło. Jesteśmy teraz na powrót w małym sklepie na obrzeżach wielkiego miasta. Jestem tu ja, ty i mały chłopiec brzdękający ma cymbałkach. Przez moment mój wzrok dostrzega kogoś jeszcze. A jest to czas, w którym na świecie dawno już nie ma Anastazji a Tom jak to Tom, ślizga się po życiu spędzając ostatnie jego lata między sklepem a mieszkaniem na piętrze.

Moją opowieść przerywa pojawiająca się postać Rebeki. Kiedyś trafiła w to miejsce w okolicznościach zupełnie dla niej niezrozumiałych. Przypadek rządzący wówczas jej życiem, niektórzy z uporem maniaka mogliby nazwać przeznaczeniem.

Ludzkość od zawsze poszukiwała uniwersalnego lekarstwa. Ale nie takiego, które leczy zbolałe ciało czy sączące się ropą rany. Od zawsze chciano wynaleźć cudowną tabletkę leczącą chorą duszę. Kiedy Rebeka dokonała swojego odkrycia, nikt nawet ona sama, w to nie uwierzył. Owe tajemnicze lekarstwo leżało sobie bowiem spokojnie na jednym z zatłoczonych regałów, gdzieś w szarym kącie starego sklepu z zabawkami. Było ono zupełnie niepozorne, nie świeciło żadnym kolorowym blaskiem. Nie wydawało pomruków tajemniczych syren wciągających ludzi w nieprzemierzone myślą tonie. Czym więc było? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy się wsłuchać w strzępy kolejnej opowieści, która wraz z pozostałymi tworzy pajęczynę uczuć i zdarzeń na dobre już teraz nas w niej zamykając.

Rebece umarło dziecko. Nie jej pierwszej na świecie, nie ostatniej. Dla niej było tak jakby właśnie jej pierwszej i jej ostatniej. Nie docierało do niej tłumaczenie lekarzy, pocieszenia napływające zalewającą ją falą z każdego zakątku ludzkich dusz przyjaciół i rodziny. Nawet dotyk męża nie przynosił ukojenia a jego rozpacz miast litości wzbudzała w niej nienawiść. Nie chciała by ktokolwiek odebrał jej ból lub chociaż go złagodził. W ten sposób bowiem straciłaby coś, co na zawsze miało ją łączyć z jej martwym synem. Zupełnie świadomie wybrała cierpienie i w naturalny sposób stało się ono dla niej wolnością. Nie myślała wcale, że ta wolność jest złudzeniem a jej syn stał się jej więźniem. Nie musiała o tym myśleć, była tylko człowiekiem. Jedyne o czym myślała, a te myśli w cudowny sposób, niczym opłatek w kościele zamienia się w ciało Chrystusa – zyskiwały moc dotyku, gorąca zimnego ciałka przyciskanego do piersi. Chodziła więc po świecie ze znamieniem w kształcie niemowlaka wypalonego na piersi i głębiej nawet aż na sercu.

Dlatego właśnie, bo teraz już możemy odpowiedzieć na niezadane wcześniej pytanie – Rebeka trafiła do sklepu z zabawkami. Najpierw po to, by powoli oswajać się z myślą, że mimo jej tragedii, na świecie ciągle rodzą się dzieci i kiedy stają się fizycznie obecne obok niej, przestają być chodzącym bólem. Potem, dlatego, by któregoś ranka przycupnąwszy obok drewnianej lokomotywy i wprawiwszy ją w ruch, zacząć opowiadać swojemu nieistniejącemu w realnym – ale w jej na pewno – świecie o tym jak wiele ciekawych miejsc można dzięki tej lokomotywie zwiedzić.  Z początku ganiła się za te próby oszukania rzeczywistości, z czasem jednak zrozumiała, że nie ma w tym nic złego, czas bowiem nie jest taki jaki wydaje się ludziom – jednostajny i uciekający. Rebeka wiedziała, że jest on nieodmiennie inny, ma magiczne całkiem właściwości i najlepiej się nad tym nie zastanawiać. Jeżeli takie podejście czyni z niej wariatkę, no cóż, to przynajmniej przez dwie godziny tygodniowo – jest ona najszczęśliwszą wariatką na świecie.

I żyłaby pewnie ciągle w tym zwariowanym świecie, gdyby nie to, że pewnego razu, Tom przyłapał ją w tym jej zapomnieniu. Spojrzał wtedy na nią, nie mówiąc nic, choć odkąd go znała zawsze coś mówił. Pomyślał pewnie, że jego pracownica oszalała, co akurat na nim nie robiło żadnego wrażenia.

Nie wiemy jednak co pomyślał, zamiast tego widzimy – ty i ja, choć nie pytaj jak to możliwe – jak z trudem wynikającym ze sztywności stawów, której nabawił się z wiekiem, przycupnął obok Rebeki i zmienił kierunek jazdy lokomotywy i wraz z tobą dotarli na obrzeża pamięci, w miejsce w którym rozpoczęła się ta opowieść, wprawiona w ruch dzięki twojej wyobraźni.

A potem wszystko podziało się błyskawicznie. Słowa Rebeki zamieniły swoje miejsce i miast z jej ust wyfrunęły z ust Toma, ale nie były już zlepkiem nic nieznaczących historyjek. Nie przypominały nawet słów – choć gdyby się dobrze wsłuchać to w tym bezkształtnym wrzasku, można by dostrzec kanciastą formę głazu. Więc Tom wrzeszczał z tęsknoty-nawet nie za swoim synem jako fizycznym aspektem życia, ale za chwilą, której nie miał by móc się z nim pożegnać. Wrzeszczał, wydrapując sobie na piersi znamię, które nosiła na swojej piersi Rebeka i z każdą kroplą krwi spadającą na zwilgotniałą podłogę staromodnych paneli, jego wrzask cichł, by na koniec okazać się tym czego nigdy nie potrafił wypowiedzieć, a co przez tyle lat dzierżyło sobie prawo do udawania życia.

Tych dwoje tak różnych od siebie ludzi w tamtej chwili stało się jednym. Połączeni w swoim cierpieniu, zdołali wyjść poza jego kolczaste zacieki. I tam właśnie, Rebeka sięgnąwszy na regał z drewnianymi smokami odnalazła lekarstwo, którego poszukiwała ludzkość. Przypominało to zupełnie zwykłe słowa zamknięte w pytaniu

– Naprawdę mogłaś go przytulić na pożegnanie?

A ona odpowiedziała.

– Tak.

I to słowo spowodowało, że i on przytulił swojego zmarłego syna, stając się w tej świętej chwili jej ciałem a niemowlak, o którym ona mówiła na chwilę ustąpił miejsca jego synowi.

 To już koniec opowieści. Widzę, jak przeciągasz się w fotelu. W głowie pojawiają ci się pytania a odpowiedzi oblepiają twój mózg niczym plastry miodu, na których wylegują się przepracowane pszczoły. Tak, może było to naiwne i jest całkiem nieprawdopodobne, aby jakaś Anastazja i jej głupkowaty mąż stworzyli miejsce, do którego, tuż przed opuszczeniem ziemi, zmarłe dzieci przyfruwały niesione anielskimi skrzydłami, na chwilę nie dłuższą niż jeden wydech, by móc się pobawić ludzkimi zabawkami. Może nie rozumiesz, że dźwięk drewnianych cymbałek, który słyszysz wchodząc do małego sklepiku na obrzeżach dużego miasta jest dowodem na potwierdzenie tej skądinąd bizarnej teorii na temat życia obok życia. Może w końcu rozmowa z drugim człowiekiem nie wydaje ci się najlepszą tabletką dla złamanej duszy i z pewnością nie zasługuje na miano uniwersalnego leku na takową przypadłość. Ale może zdołasz się przekonać, że opowieści są ze sobą połączone zupełnie tak samo jak ludzkie losy – bardzo nieprawdopodobnie i absurdalnie do tego stopnia, że nie zostaje nic innego jak tylko w nie uwierzyć.

 

 

 

 

 

 

 

6 myśli na temat “Sklep z zabawkami

  1. Czytanie Twoich wpisów jest jak odkrywanie nieprostych kątów nieprostych człowieka..nawet bym rzekła tych ostrych…
    Lekarstwo dla chorej duszy…oj też chciałabym takie znaleźć, podarować wielu osobom…rzecz w tym, że ludzie często zatracają się w żalu i przez to ciężko komuś z zewnątrz dotrzeć. Do dziecka można, do osoby dorosłej ciężej, zwłaszcza jeśli pielęgnuje swoje znamię…Zaczytałam się bardzo🙂🙂ostatnie zdanie jest podsumowaniem, jak i najprawdziwszą z prawd🙂ale czasem tak trudno uwierzyć. Wiesz…zapukała do mnie „przeszłość”…z wielkim żalem, a właśnie jej wierzyłam, a teraz okazuje się, że to Absurdy są 100% prawdą…sama nie wiem, czy byłam aż tak głupia, czy zbyt chciałam dać wolność i chciałam wierzyć? A może byłam egoistką, taj w głębi siebie i dla swego spokoju po prostu zaakceptowałam nie swoją przecież decyzję…
    A ludzkie losy splatają się z jakiegoś powodu, nie każdy ma zostać „wpleciony”. Ale każdy pojawił się w naszym życiu dla czegoś. Tego jednego jestem pewna.
    🙂
    Przeczytam sobie to jeszcze raz. Z otwartym umysłem…saluti.
    Serdeczności, Siostrzyczko.🙂🙂

    Polubienie

    1. Dobry wieczór. Dziękuję, że ciągle mnie czytasz, to cudowny prezent na walentynki( dziś usłyszałam- walę-drinki)
      Tak sobie myślę, że przede wszystkim pisze się dla siebie, tak jak Ty w tym komentarzu. Tkamy ten nasz los z siebie samych i tych których spotkaliśmy na naszej drodze, choć czasem wolelibyśmy ich wyrzucić, piciàgnąć za nitkę by się spruła. Tak czy siak trzeba tańczyć, bo tylko w tańcu można dostrzec ruch Ziemi. Buziole- romantyczności życzę😘

      Polubienie

      1. Dzięki🙂 mam nadzieję, że kiedyś trafię na Prawdziwie romantyczną duszę w męskim wydaniu😁 ale nic na siłę.
        Tobie również dużo ciepłych uderzeń serca nadających rytmu Twoim pląsom…🙂 W pruciu mam już niezłą wprawę😉 tańczę wciąż niezdarnie, ale może dlatego, że solo-?
        Twoi bohaterowie są tak poranieni, tyle tych znamion…latami pielęgnowanych…Czytając Cię czasem nic nie rozumiem, czasem rozumiem wszystko aż za bardzo…
        Twoje teksty są taką przeplatanką emocji. Wspaniale się w nich odnajduję, nawet w tych trudniejszych, poruszają mnie na wskroś… Ja je czytam po kilka razy🙂 ależ zasłodziłam, co?😁 No cóż, tak jest..po prostu lubię Cię czytać.

        👋

        Polubienie

      2. Oj jak ja lubię jednak jak mi słodzisz.🤣
        No i tak apropos nic na siłę oczywiście, poza tym nie wierzę w nieporadność tańczenia solo- break dance to wspaniały przykład tańca w pojedynkę a jakie piruety z niego wychodzą🤣

        Polubienie

      3. Obawiam się, że do tego się nie nadaję. Odmówiłam stawania na głowie i rękach już w szkole, za co dostałam 1😁😁 no cóż, będę się kręcić jak bąk😉 albo jeszcze wymyślę własną choreografię, nowy rodzaj tańca…
        Tobie zostawiam bycie profesjonalistką w break-dance’owym popisach tzn. pisaniu😁

        Polubienie

Dodaj odpowiedź do TylkoJestemOnaA Anuluj pisanie odpowiedzi