Przyciasne buty Patryka

– Opisz swoimi słowami, co widziałaś.

– No cóż na ten moment to tylko swoich słów mogę użyć.

Twarz posterunkowego zaczerwieniła się z wściekłości. Kolejny cwaniaczek – dziewczyny są gorsze od chłopaków. Nie można tak po prostu strzelić w pysk. Trzeba zachować pozory. Szef byłby wściekły, gdyby wyciekło, że biją też kobiety. Jakieś ćpunki i prostytutki to co innego – one się nie skarżą. Pewnie to lubią. Ale taka zwykła dziunia może narobić szumu.

– Spróbujmy jeszcze raz – czy możesz opowiedzieć co widziałaś, proszę? – Za proszę należy mu się premia. Niech no tylko kurwa stąd wyjdzie to on już się postara by jej tatuś tutaj wylądował. Zna przecież tę rodzinę i wie, że ojciec miewa słabsze chwile w interesach. Sama lista jego współpracowników – ogólnie znana policji – wystarczy, żeby go posadzić. No może nie do końca, ale on lubi tak myśleć i ma w sobie dar przekonywania – koledzy pomogą.

– Nic nie widziałam, było ciemno. Mówiłam przecież.

Jego cierpliwość pomału się kruszy. Wstaje więc zza biurka, tak jakby konieczność poruszania nogami miała uchronić mózg przed atakiem wściekłości.

– Mówiłaś również, że wydaje Ci się, że było tam dwóch mężczyzn, dwie kobiety i dziecko.

– No tak, mówiłam już to przecież wcześniej. Myślałam, że teraz mam powiedzieć coś innego.

Weronika świetnie się bawi. Wie doskonale, że nic jej nie grozi. Ten głupek jej nie ruszy. Pieniądze ojca znaczą w tym mieście o wiele więcej niż wszyscy posterunkowi razem z ich obsesjami i chorymi ambicjami razem wzięci.

– Czy to możliwe, że jednym z mężczyzn był Patryk Wróbel?

– Pewnie możliwe – nie znam Patryka Wróbla – więc skoro nie znam też tych dwóch gości – to logiczne…

– Kurwa mać! – Dobrze się bawisz?! Posiedzisz tu parę godzin to odechce ci się wymądrzać.

– To ja już sobie pójdę – w chwili, w której wstała z krzesła świat nagle nabrał innej perspektywy. Dopiero po kilku sekundach zdała sobie sprawę z tego co się dzieje. Jej twarz była przyciskana do blatu biurka – dokładnie czuła jego chropowatą strukturę i zimno drewna. Przekrzywiona głowa umożliwiała oddychanie, które przez wygięte do tyłu ręce – nagle okazało się takie cholernie trudne.

– Jak w pierdolonym filmie – pomyślała i odruchowo zaczęła się wyrywać. To nie był dobry pomysł. Ciało zareagowało przeszywającym bólem.

– O co ci chodzi kretynie! – jej krzyk był przytłumiony i może właśnie przez to, zdała sobie sprawę, że jej poczucie bezpieczeństwa jest iluzją. Powróciły do niej wszystkie opowieści o brutalności psów. I chodź wydawały jej się wtedy bardzo przesadzone – teraz już nie miała wątpliwości, że są prawdziwe.

– I co już nie jesteś taka wygadana? – Jak on bardzo uwielbia tę robotę. Te chwile właśnie, kiedy rzuca laskę na biurko a ona wypięta i skuta wierzga niczym jałówka. Kurwa znowu mu stanął – a z nią raczej nie powinien. Tylko się otrze, nikt nie zauważy – o tak, poruszaj się jeszcze, jeszcze bardziej – jej naprężone mięśnie pulsują pod jeansami – ja pierdole, zaraz się spuszczę w gacie.

– Puść mnie kretynie, pomocy!

Do pokoju wchodzi policjantka. Scena jaką zastaje nie robi na niej wrażenia. Nauczyła się nie zwracać uwagi. Dobro śledztwa wymaga czasami takich metod. Oficjalnie nikt o tym nie mówi – ale oficjalnie leży daleko, w innym województwie. Oni tutaj radzą sobie jak potrafią a i to z marnymi rezultatami.

– Skończyłeś?  – zwraca się do kolegi znudzonym tonem. Brzydzi się nim. Szczególnie w takich chwilach nawet chyba bardziej niż kiedy wysysa z flaka ciepłą krew kaszanki od babuni. Najbardziej obleśny facet jakiego w życiu widziała- i te jego wiecznie upaćkane spodnie.

– To lepiej skończ – mamy awanturę ze skutkiem śmiertelnym w melinie na Węgielnej, trzeba jechać.

 

Patryk Wróbel i jego kumpel kręcili się wąskimi uliczkami swojego zapyziałego miasta. Było późno – ale nie aż tak by wracać do domu. Łazili więc bez celu, szukając petów – nie, oni nigdy by nie szukali petów. Łazili więc bez celu szukając przygody? Nie przygód też nie potrzebowali. Łazili więc bez celu, żeby nie było nudno. Deszczowa noc w prowincjonalnym, robotniczym miasteczku kryje w sobie wiele tajemnic. A oni zawsze potrafili je odkryć. Nazbierali całe archiwum czarnych sprawek mieszkańców. Byli jak pierdolony Hoover – wszystkich trzymali w garści. Tylko, że ich garście były dziurawe i czasem przez palce przeciekały sprawy na tyle istotne, że inni dzięki nim mogliby ułożyć sobie życie w jakiejś Hiszpanii czy Szwecji. Z tej właśnie przyczyny Patryk i jego kumpel ciągle łazili bez celu, żeby nie było nudno.

W małym, robotniczym miasteczku świat dzieli się na dwie części – część należącą do psów i tę należącą do Patryka i jego kumpli. Banał. Nawet dzieci wiedzą, że tak naprawdę to jeden i ten sam świat, ale jest to ten rodzaj prawdy, o której się nie mówi, bo zalatuje kłamstwem i smrodem życia w ogóle. Poza tym są jeszcze Ruscy, Ukraińcy i Cyganie. A przecież za czasów Patryka jeszcze nie było tego cyrku co teraz.

Czasami trzeba odetchnąć – i właśnie teraz jest ten moment.

– A panie co tak po nocach chodzą?

– My się zgubiły, telefon padł a nie ma taxi.

Patryk przygląda się kobiecie. Ma z tym trochę problem, bo oczy w ciemności widzą jeszcze mniej niż za dnia, no ale skupia się – ma mu w tym pomóc złapanie równowagi, przy pomocy ramienia kumpla.

– Myślę, że zaraz sobie z tym poradzimy – odpowiada swoim zwykłym tonem faceta, który wie, jak uratować kobietę z opresji.

– Ja jestem Patryk a to mój kumpel Łukasz – Łuki dzwoń na taksówkę.

Łukasz bez szemrania wykonuje polecenie. Jest dwa razy większy od Patryka i w normalnym świecie to on by mu rozkazywał – ale w tym świecie to Patryk rządzi. Żadne tam prawo dżungli – ma dwóch starszych braci i wygadaną gębę – z tym nie wygrasz.

Patryk wie, że jakby chciał to ta Ruska byłaby jego. No ale dzieciak jest. A jak są dzieciaki w okolicy to on jakoś nie może. Lubi dzieci – ale nie tak kurwa jak popierdolony zboczeniec. Tylko normalnie – tak żeby im się krzywda nie działa i żeby im coś ważnego o życiu powiedzieć. Bo jemu nikt nic nie mówił. Instytucje gówno mu dały.

– To może pokaże ci sztuczkę?

Mały wgapia się w niego przestraszony, ale dziecięca naiwność i obecność matki i babki dodają mu odwagi

– Ja lubię sztuczki.

– No to patrz – to jest pieniążek – patrz tutaj – dokładnie patrz – a teraz wybierz orzeł czy reszka?

– Reszka? A ja nie wiem co to, ta reszka

– Nie wiesz serio, to twoja śliczna mama ci nie powiedziała co to reszka?

Mały patrzy zawstydzony na matkę i już do końca życia będzie bił się z wyrzutami sumienia, że przy obcym Polaku ją zdradził, przyznając na głos, że istnieje coś na świecie, o czym jego matka nie wie, albo mu nie mówi – tak czy siak – że gównianie wywiązuje się ze swoich obowiązków.

– No dobra, patrz – orzeł to to a reszka jest po drugiej stronie, a teraz wybieraj.

– Orzeł – na moment mały zapomina o swojej zbrodni i wciąga się w grę – za dwadzieścia lat, siedząc nad szklanką bimbru ciągle będzie wspominał tamtą noc w tym zapyziałym miasteczku – noc upokorzenia matki i dreszczyku emocji wywoływanych przez hazard uliczny.

Patryk podrzuca monetę ruchem płynnym i zalotnym. Czuje na sobie ciężar pożądliwego wzroku młodej kobiety i jej matki – zawsze na niego leciały starsze kobiety. Ale tym razem postanawia to zignorować – niech matka sobie nie myśli – tylko co ma myśleć i która matka – tego nie jest pewien.

– Wygrałeś mały! Super, piątka, o tak, żółwik – Jego entuzjazm nie jest naciągany – no może trochę podkręcony dopalaczami, ale szczerość przewyższa – To masz, to dla ciebie i podaje małemu pięć złotych w monecie.

– Totalnie odjechał – pomyślał Łukasz- żeby tak kasę za darmo rozdawać.

Łukasz by jeszcze chwilę pomyślał, ale podjechała taryfa. Jak przystało na prawdziwego dżentelmena Patryk otworzył drzwi auta wpychając pierwszą starszą kobietę – przez wzgląd na wiek i na przewidywaną szansę muśnięcia pośladków młodszej, gdy jako ostatnia będzie się sadowiła w taksówce i nie będzie go ograniczał buldoży wzrok starszej.

Jak przewidywał tak się stało – jeszcze potem przez sekundę czuł na dłoni gorąco pośladka Ruskiej, ale zaraz szybko o tym zapomniał zauważywszy jej tęskny, zakochany wzrok zza szyby oddalającego się auta. Macanko ok, ale na miłość to trzeba mieć kasę – a on właśnie w tej chwili nie ma.

 

 

– Patryczku chcesz jeszcze mięska? – Pani Grażynka zawsze tak do niego mówi. To znaczy zawsze jak przychodzi do nich na obiady. – Nie musisz jeść ziemniaków, zjedz mięsko – Patryk przypomina sobie, że jest wtorek, i zupełnie jak tydzień temu też był wtorek i też było mięso na obiad. W czwartek też było, ale inne, kurczak, no ale mięso, w sobotę też i w niedzielę. Mięso jest zawsze.

Patryk był łobuzem. W szkole nikt mu nie podskoczył. Wszyscy bali się jego starszych braci, a on chciał, żeby bali się jego. Prał więc każdego kto się nawinął. Rzadko ktoś mu oddal, wkurzało go to. Tylko jeden koleś kiedyś złamał mu nos. W drugiej klasie tuż przed komunią. To był najszczęśliwszy dzień w jego życiu. Od tamtej pory rozeszła się fama, że gówniarz odpowiada sam za siebie. Teraz mógł już normalnie się napierdzielać z chłopakami po szkole – to nie był już interes jego braci.

Patryk głupi nie był – od początku wiedział, że w życiu trzeba mieć strategię – większych prowokować i chować się za jeszcze większymi a mniejszych od siebie napierdalać. Na kimś trzeba ćwiczyć. Takim mniejszym był Łukasz.  No i tylko dlatego, że akurat był niższy od Patryka – choć on sam do wysokich nie należał, przez co wzrost Łukasza przypominał mu o cienkiej granicy między napieprzaniem a byciem napieprzanym – dostawał biedny Łukasz wciry każdego powszedniego dnia a czasem nawet w niedzielę po mszy.

Wystraszony i posiniaczony nie raz prosił o litość, czym bardziej się narażał na złość oprawcy. Dupa nie chłop. Dupa nie chłop pewnego dnia tak został pobity, że nastąpiła interwencja sił wyższych w postaci dyrektora szkoły, podjudzonego przez panią Grażynkę – pielęgniarkę z miejskiego szpitala i mamę Łukasza w jednej osobie. Patryk dostał wpierdol od swojej mamy, choć nie obnosił się z tym dumnie – może dlatego że blizny pokrywały cały lewy pośladek, a to jednak dupa jest, a tej przecież się chłopakom nie pokazuje.

Pokazuje się za to pielęgniarce w szpitalu. Kabel od żelazka rozdarł skórę do tego stopnia, że było widać mięśnie – to znaczy tak mówił lekarz a pani Grażynka przytakiwała z troską. Patryk miał pecha – wdało się zakażenie, no i się zaczęło paprać. Gdyby nie to, że trzeba było zmienić pościel – a był środek tygodnia to mama by go nie zaprowadziła do szpitala.

Szkolny łobuz na tydzień został odcięty od swoich ofiar. Jak to jednak w życiu bywa, jeśli coś się odcina to drugie się przywiązuje. Pani Grażynka się do niego przywiązała. Bardziej nawet niż chciał tego jej mąż. A jeszcze bardziej niż pragnął tego jej syn.

Patryk nie bardzo był świadomy emocjonalnych dramatów jakie w związku z jego osobą przeżywa ta bogata rodzina. Bądźmy szczerzy -opieka, posiłki, kąpiele – te rzeczy nie sprzyjają głębokim refleksjom. Brał co mu dawano – właśnie wtedy w tym szpitalu ukształtowała się w nim ta życiowa postawa, którą celebrował z namaszczeniem przez resztę życia, i robi to nadal – według naszej najgłębszej wiedzy.

Wyjście ze szpitala pozornie tylko wiązało się z zerwaniem więzi z panią Grażynką. Wprawdzie nie była już tak intensywna, ale ciągłe odwiedziny w szkole i zaproszenia na obiady, i w końcu narzucenie w bezceremonialny sposób przyjaźni z Łukaszem – zaowocowały wizytami Patryka w wilii państwa bogatych. Przyjaźń z Łukaszem miała swoje warunki – kosztowała panią Grażynkę kilka stówek miesięcznie w formie kieszonkowego dla Patryka a Łukasza zmuszała do zachowania absolutnego milczenia co do jej istnienia. Poza tym jak to bywa w takich przypadkach – Patryk znalazł sobie inną ofiarę w szkole, więc jego brak znęcania się nad Łukaszem nikomu nie wydał się podejrzany. Tylko raz, zaraz po wyjściu ze szpitala Łukasz dostał w łeb, ale lekko, więc się nie liczy. I wcale nie chodziło o to, że pani Grażynka go kupiła za pieniądze – Patryk gardził pieniędzmi już w wieku trzech lat a teraz ma osiem – więc ta pogarda jest olbrzymia – nie, wcale nie chodziło o pieniądze – pani Grażynka kupiła go subtelniej. Wiedział bowiem, że jeśli napierdzieli Łukaszowi, to prawdopodobnie nie będzie mógł przychodzić do jego domu. A tego nie chciał. I znowu nie chodziło tylko o obiady – ale o szlafroczek pani Grażynki, który miała zawsze na sobie, nie zależnie od pory dnia o której podawano obiad. Ten błyszczący, odsłaniający zgrabne łydki i dość zaskakująco duże uda kawałek delikatnego materiału w taki dziwny sposób przylegał do ciała kobiety, że Patrykowi czasami się wydawało, że to nie szlafrok a on i jakoś mu się ciepło w dole brzucha robiło.

– Zjedz mięsko Patryczku.

– Dziękuje pani Grażynko, ale już nie mogę.

– Jak to nie możesz? Jedz, mężczyźni muszą jeść dużo mięsa, żeby być silni, jeszcze kiedyś mi za to podziękujesz – i nachylając się nad stołem szlafroczek rozchyla się dokładnie w miejscu, w którym prawa pierś niesfornie wypadła ze staniczka, oślepiając Patryczka na tyle skutecznie, że już na zawsze będzie miał problemy ze wzrokiem.

Reszta członków rodziny z czasem przyzwyczaiła się do obecności chłopaka, na tyle, że kompletnie ustąpili ze swoich przynależnych im miejsc na liście troski, opieki i nawet miłości- zarówno ze strony ich matki i żony jak i teściowej i babci.

Obrót spraw nie mógł przybrać innego kierunku. Zapadła decyzja o adopcji. Patryczek na pewno chce u nich zamieszkać – obiady mu tak bardzo smakują – a pani Krysia ucieszy się, że pozbędzie się jednej gęby do karmienia – ma ich przecież jeszcze pięć czy sześć.

Tutaj muszę wyjaśnić, że pani Grażynka od zawsze miała problemy z liczenie – pewnie dlatego wybrała ten szlachetny zawód pielęgniarki – bo przecież wiadomo, gdyby umiała liczyć nigdy nie pracowałaby za te marne grosze.  Patryk miał dwóch braci więc z nim było ich trzech – może myśląc o gębach do karmienia pani Grażynka miała na myśli również konkubentów matki? Wtedy to by się zgadzało.

Uzbrojona w swój pielęgniarski profesjonalizm i futro z norek, pewnego zimowego wieczoru zapukała więc do na wpółotwartych drzwi na śmierdzącej moczem klatce, pohitlerowskiej kamienicy przy ulicy Węgielnej i nie czekając na zaproszenie przekroczyła próg.

Patryk się zdziwił, no ale ucieszył się z wizyty – mama trochę mniej – wiadomo, miała gorszy dzień.

– Dobry wieczór Patryczku – kobieta zwróciła się do chłopca, ignorując całą resztę osobników w liczbie o wiele przekraczającej możliwości kwaterunkowe kuchni i dwóch małych pokojów.

– Chciałabym z panią porozmawiać – tym razem zauważyła mamę – uspokoiło to chłopca – w ogóle był spokojny, wiedział przecież, że Łukasz nie wygadał, że znowu mu przywalił – gówniarz wie, że nie ma co się skarżyć matce – i tak by mu nie uwierzyła.

– Co on znowu nawywijał – skaranie boskie z tym…

– Nie, absolutnie nie o to się rozchodzi. Ja w innej sprawie. Czy mogłybyśmy porozmawiać na osobności? – Niby było to pytanie, bo na końcu zdania głos się trochę w dół skłaniał, ale przypominało to raczej rozkaz z pytajnikiem na końcu – takie zawiłości miały wtedy miejsce.

Przez chwilę Patryk się zastanawiał, dlaczego pani Grażynka tak dziwnie mówi – do niego mówi normalnie a do jego mamy jakoś tak, jakby jej nagle się szyja wydłużyła i musiała na mamę patrzeć z góry.

– To chodźmy do kuchni – powiedziała mama, spuszczając głowę jak przed księdzem w środę popielcową.

-Co tu się odpierdala? – pomyślał dorośle Patryk.

Nie słyszał całej rozmowy, tylko krzyk mamy

– Pani jest popierdolona!

A potem, kiedy pani Grażynka wyszła, zobaczył w oczach mamy coś co czasami dostrzegał w oczach ojca Łukasza – tylko oczy kogoś kto ma nad kimś władzę tak wyglądają. Wtedy Patryczek pomyślał z dumą, że jego mama jest wyjątkowa – choć nigdy o tym pewnie nie wiedziała – jego mama ma przewagę nad bogatą panią, bo ma jego i resztę bękartów. A on jest tym co bardzo chce mieć pani Grażynka a nie może -bo mama nie chce go oddać, bo nie chcieć może i już. Tylko raz w życiu mogła doświadczyć tej władzy i dzięki bogu Patryk mógł to zobaczyć.

Oczywiście nic się nie zmieniło. Patryk dalej chodził na obiady, Łukasz się go bał a życie upływało od jednego rozchylenia się szlafroczka do następnego. A potem, kiedy Patryk skończył dwanaście lat i pierwszy raz zamoczył – szlafroczek nie robił już na nim wrażenia i nie było sensu tam chodzić.

Chociaż – tak między nami – kiedy już jako dorosły ma czasem problem ze swoim sprzętem to wspomnienie z dzieciństwa robi robotę.

 

Skoro już przez zupełny przypadek dotknęliśmy tego fenomenu społecznego nazywanego przez wykształconych ludzi patologią, przez chwilę podryfujmy w mózgu Patryka i dajmy się unieść fali jego przemyśleń. Nie wiadomo bowiem skąd mały chłopiec wiecznie poobijany i zaniedbany wiedział, że ta zupa jest za słona, a za słoną zupę należy się lanie. Nie wiadomo również, dlaczego mimo siniaków, nigdy, ale to naprawdę nigdy, nie przyszło mu do głowy, że życie wcale nie przypomina krwiaków na skroni. Takich rzeczy przecież nie da się wiedzieć. Oczywiście dla dzieciaków najważniejszy jest przykład, a Patryk przecież doświadczył troski i opieki raz w życiu – u pani Grażynki, ale właśnie wtedy na szali w jego mózgu jakiś cholerny przypadek postawił – na jednej bezpieczeństwo a na drugiej miłość i lojalność. A miłość zwycięża wszystko nawet codziennie spożywanie mięsa. Poza tym – bądźmy szczerzy, tacy jak on nic za darmo nie dostają. Zakładam, że jesteście już dorośli, więc już się pewnie domyślacie, że ten wybór Patryka wcale nie był taki oczywisty.

Dorośli ludzie wiedzą, że za ich wyborami, niejako w ich cieniu, kroczą dumnie konsekwencje. Dzieci nie do końca, co wcale nie oznacza, że za ich wyborami ich nie ma. Są, tylko mało widoczne i zazwyczaj pojawiają się po kilku latach – wyłażą jak wspomniane wcześniej siniaki, długo po tym jak już przestało boleć.

Największą konsekwencją – lubię używać tego słowa, bo cokolwiek by o tym nie myśleć, zawsze wiąże się ono z czymś nieprzyjemnym, a tego potrzebuję, by zbudować atmosferę – tak więc sztandarową konsekwencją w życiu Patryka była ta związana z niedokonywaniem żadnego wyboru. Już na wczesnym etapie swojego życia dostał on w prezencie od nieudolnych rodziców, brak siły sprawczej skierowanej w kierunku kierowania swoim życiem – słowo – kierować- jest kluczem. Tak jakby na chrzcie zamiast przyjęcia do szeregów katolików, przyjęto go do szeregów patoli.

Więc skoro się dostaje taki prezent no to zgodnie z dobrym wychowaniem trzeba być wdzięcznym. A wdzięczność to olbrzymia siła, która może z mózgu zrobić galaretę. I jak tak czasem patrzę, no to robi. Mechanizmy psychologiczne – tak oczywiste i tak obce dla Patryka, choć przynależne do niego jak marskość wątroby i sporadyczne jąkanie – doprowadziły go do miejsca, w którym jest teraz. A ja trochę się boję zapytać, gdzie to dokładnie jest. No ale dość już tych jałowych przemyśleń – sztorm w mózgu dorosłego Patryka ucicha, więc pora wrócić do pana Tadeusza, Tadka powszechnie znanego jako posterunkowy Skowroński.

Posterunkowy przygląda się denatce. Mieszkanie na Węgielnej to typowa melina – brud, smród i ubóstwo. Nic nadzwyczajnego – rozpacz w oparach taniego alkoholu zza wschodniej granicy. Gdyby nie pech, który wbił jej nóż w tętnicę udową i tak by pewnie w końcu umarła. Posterunkowy sam siebie zadziwił skąd w nim takie głębokie refleksje -Pewnie to wynik wcześniejszego spuszczenia się w spodnie.

Dopiero po chwili połączył już bezrefleksyjne fakty – denatka to matka Patryka Wróbla, czyli stara, zapijaczona Wróblowa. W przypadku takich zapijaczonych Wróblowych sprawcą zawsze jest ktoś z rodziny albo z konkubinatu. Wróblowa od jakiegoś czasu nie miała konkubina – nie miała nic oprócz synów. Więc podejrzenie pada samo na synów. Synów jest trzech w tym dwóch siedzi na Rakowieckiej. Zostaje tylko jeden, którego ta wyszczekana gówniara nie widziała na ulicy z ruskimi babami i ich dzieciorem. Sprawa sama się rozwiązała – Patryk Wróbel zabił swoją matkę.

Posterunkowy znowu ma wzwód – tak już z nim jest, kiedy się ekscytuje. Ten chłopak od zawsze mieszał mu w życiu i miał w sobie coś takiego, co wzbudzało w nim nienawiść. Grażynka – jego żona, do której przecież coś czuł zawsze, tak jak się czuje coś do swojego samochodu – miała na punkcie tego gówniarza obsesję. Mały w ich domu rozpierdalał cały porządek, który on ustalił. Dobrze pamięta tamte czasy, kiedy Grażyna chciała go zaadoptować – smarka z patologii. Dobrze pamięta, jak sobie wyobrażał szydercze uśmiechy współpracowników, że stał się takim miękkim fiutem i się na to zgodził. Sprawa wprawdzie się dobrze skończyła, bo Wróblowa akurat w przypływie uczuć macierzyńskich wywołanych etapem wyparowywania bimbru z kończyn dolnych i mózgu, nie zgodziła się na adopcję. I sprawa się skończyła zanim oficjalnie się zaczęła i wiedzieli o niej tylko oni. Ale właśnie to oni, spowodowało, że posterunkowy przez następne lata nie mógł zaznać spokoju. Najbardziej doskwierała mu myśl, że ten gówniarz panoszący się w jego domu, zna słabość jego żony, którą jest on sam w swojej małej zawszonej postaci.

Misją posterunkowego Skowrońskiego stało się uprzykrzanie życia gówniarzowi – i naprawdę świetnie mu szło. Nie musiał się zbytnio wysilać, bo młody sam wdeptywał w gówna. Nic jednak nie koiło dumy posterunkowego – ani izba dziecka, ani poprawczak, ani kilka miesięcy w pierdlu za kradzież – Patryk wychodząc na wolność od razu zasmradzał sobą powietrze, którym oddychał.

Teraz jednak jest inaczej – morderstwo to poważna sprawa. Podświadomość podpowiadała posterunkowemu, że to jakaś bzdura, ale rozum w tym samym czasie mówił, że to już ostatnia szansa usadzenia skurwysyna zanim pójdzie na emeryturę. Kolegów jakoś przekona – odciski palców i te inne dowody sama się znajdą. No i ma świadka, który nie widział, żeby Patryk był gdzieś indziej niż tylko w domu.

Całe śledztwo przebiegło bez zakłóceń. Patryk dostał dziesięć lat. Siedzi na Rakowieckiej i odnawia zerwaną więź ze starszymi braćmi. Jak na ironię, nigdy wcześniej bracia nie obdarzali go takim szacunkiem jak właśnie teraz kiedy dowiedzieli się, że zadźgał ich wspólną matkę – czego nie zrobił oczywiście, ale też nie widział sensu, żeby temu zaprzeczać. Dla zasady od razu dostał wpierdol od braci, ale przeżył i przez resztę odsiadki miał już spokój.

Po raz kolejny musimy się zatrzymać. Pewnie się zastanawiacie, dlaczego Patryk wziął na siebie odpowiedzialność za coś czego nie zrobił? No cóż, niezbadane są ścieżki neuronowe jego mózgu. Można snuć przypuszczenia, że zadziałało tutaj coś co można nazwać siłą stygmatyzacji – skoro ktoś twierdzi, że on to zrobił i uznano go za winnego, to nic tego nie zmieni. Można się szarpać jak ryba wyrzucona na brzeg i wykrzykiwać swoją niewinność – ale to tylko przyspieszy zgon i jest takie kurwa upokarzające. Więc lepiej przyznać innym racje i spróbować zachować twarz. Skoro chcą w nim widzieć patola dźgającego matczyne uda- to on bierze to na klatę. Dla rozwiania wątpliwość tatuuje sobie jeszcze łezkę pod okiem – niech patrzą i się boją.  Chuj im w dupę.

Jedyną osobą, która odwiedza Patryka w więźniu jest Wera. Dobrze kojarzycie, to ta dziewczyna, która nie dała Patrykowi alibi.

Ta sama także, która w wieku szesnastu lat, od trzech nie była dziewicą a wręcz przeciwnie. Przelecieli ją prawie wszyscy zdolni do aktu cielesnego na tyłach spożywczaka. Wera czuła się wyalienowana przez bogactwo ojca, dlatego rozpaczliwie poszukiwała kontaktu ze społecznością – tak by powiedzieli terapeuci a społeczeństwo mówiło, że jest puszczalską, bo to lubi.

Jako pierwsza w miasteczku miała fioletowe rzęsy, zakupione w Niemczech. Jako jedyna również używała perfum i chodziła na koturnach – wyglądało to trochę zabawnie, ale nikt się otwarcie nie śmiał tylko bluzgał i wyszydzał. Dostała od natury olbrzymie balony – zupełnie jakby natura wiedziała, że będą jej nieustannie potrzebne. Na swój sposób była szczęśliwa i piękna – jak te wszystkie panienki w niemieckich pornolach – bo niemieckie pornole cieszyły się od zawsze największą popularnością, jeszcze wtedy, kiedy wymieniało się kasety wideo na okolicznym targu.

Zupełnie obiektywnie więc, miała fajne życie. Po kilku latach trochę przygasła, bo inne dziewczyny zaczęły podążać ścieżką, którą własnoręcznie odgruzowała. I potem już można było dostrzec, że za spożywczak prowadzi chodnik z płyt. Nowy prezydent zadbał o bezpieczeństwo mieszkańców, zaalarmowany statystykami z liczbą połamanych kończyn w tamtej okolicy. W pewnym momencie bowiem chirurdzy nie nadążali z zakładaniem gipsu mężczyznom a ich żony uskarżały się na zaniedbania władzy, co ograniczało zdolność ich mężów do zarobkowania pieniędzy. Można by jeszcze przytoczyć bulwersację co niektórych z nich i skargi oficjalnie złożone na spowiedzi, ale były to naprawdę odosobnione przypadki.

Tak więc po przygaśnięciu blasku w Werze urodziło się uczucie do Patryka. Wiadomo, że nie był on wymarzonym facetem ever, ale jeszcze jej nie pieprzył. Powszechnie wiadomo, że najbardziej chce się tego co od nas ucieka i Wera właśnie jego chciała. Miała czasami przemyślenia, że może jest z nią coś nie tak – może za bardzo jest inteligentna albo za bardzo seksy – no ale potem szła za sklep i owe myśli wydawały jej się głupie.

Błędem Wery było to, że nie pochodziła z patologii – była za bogata dla Patryka a on wiedział, że to nie koniecznie uczyni z niego dobrego kochanka. Bo Patryk do bogatych miał ambiwalentne uczucia – pożądał i nienawidził. Nienawidził, bo było obce i z tej samej przyczyny pożądał. Ot i cała tajemnica, dla której Patryk nie pieprzył Wery, choć przecież mu stawał na jej widok. Patologia ma też swoje demony – jak by powiedział ktoś obeznany w temacie.

Szukając przyczyn psychologicznych wyrafinowanej zemsty Wery wobec Patryka, natrafimy oczywiście na syndrom odrzucenia. W tym przypadku sprawa naprawdę nie ma drugiego dna – jest tak bardzo banalna jak zatkane rury kanalizacyjne, z których wybija szambo.

Owa przyczyna ma swoje korzenie w przeszłości –w tym czasie, w którym Patryk miał osiem lat i właśnie wikłany był w sprawę adopcji, w tym samym czasie, w którym posterunkowy zapałał nienawiścią do niego, a pani Grażynka perwersyjną potrzebą posiadania go. W tym czasie, o którym wiemy, że jego matka odkrywała w sobie cudowności działania przemycanego bimbru, dzięki któremu nie tylko świat się rozmywał, ale i jej własny instynkt samozachowawczy, przez co już na resztę życia stała się bardziej rzepem niż człowiekiem. To był właśnie ten czas, tak szczególny dla Patryka i dlatego pewnie, przez brak doświadczenia i kolejny wpierdol w domu, zareagował na powitanie starszej o trzy lata Wery, bez reakcji.

Ludzki mózg jest skomplikowany – wiemy, że jest w nim tyle kabli, że małe spięcie gdzieś na przykład w okolicach ucha, może zgasić całą choinkę. Tak przynajmniej wyobraża sobie Wera myśląc o Patryku. Jest on spięciem, które zgasiło jej choinkę. Od tamtej pory wygląda jak drzewko wigilijne które stoi ubrane przez cały rok pod zakurzoną płachtą foliową. Od tego się zaczęło- od nie powiedzenia przez Patryka niczego. I trwało i buzowało aż do tamtego czasu. W końcu bogactwo ojca nasunęło myśl, że może się zemścić. Pieniądze już nie tylko miały służyć do zakupu rzęs i wizyt u fryzjera. Mogły ukoić jej dumę przez odcięcie chłopaka od pokus innych kobiet. Nie chciała go zabić – na to było zbyt pragmatyczna – w końcu, dopóki żyje tli się jeszcze iskierka nadziei, że ją wypieprzy – chciała tylko by nie pieprzył innych. W głowie Wery istniały tylko dwa miejsca, w których byłoby to możliwe – klasztor i więzienie. Pochylmy się w ciszy nad naiwnością bogatej dziuni.

Gdyby Patryk wiedział co planuje Wera, to by ją wypieprzył wcześniej za tym sklepem – wbrew swojej dumie biedaka. Takie poświęcenia często mu się zdarzały, tak jak wszystkim, ale nikt o tym nie mówił, choć wszyscy wiedzieli. Zupełnie tak jak o tym, że chłopaki chodzili do starego Kowalskiego, który im obciągał i jeszcze im za to płacił. Wiadomo było, że jak któryś wracał od starego to najpierw się najebał a potem chciał najebać innym i trzeba było mu na to pozwolić. Większość przez to przechodziła. A potem się zapominało, nikt nie komentował no, bo każdy przez to przechodził. Dla kasy dużo się robi, o wiele więcej niż się do tego przed sobą przyznaje.

Wera to nie stary Kowalski więc pewnie będzie łatwiej. Zresztą nie ma co go winić – który facet potrafi odczytywać znaki od kobiet – nawet jeśli w genach odziedziczył po nieobecnym ojcu wiedzę, że kobieta jak mówi nie, to znaczy tak?

Przeczucie nadciągającej burzy a może zwykła litość, spowodowały, że tamtego wieczoru Patryk ciepło pomyślał o Werze i biorąc na klatę przyjemność wynikającą z szybkiego aktu seksualnego – zdecydował się, że jednak zrobi jej tę przysługę i się z nią przepieprzy – niestety – my już o tym wiemy, ale on jeszcze nie – było już za późno. Przywołajmy więc wydarzenia tamtej nocy raz jeszcze.

Patryk jest spłukany. Ostatnią piątkę dał małemu – w ramach inwestycji, ale teraz brakuje mu na szlugi. Wiedział, że od Łukasza do rana nic się nie wydębi – pani Grażynka ma nocny dyżur i dopiero rano można podejść do szpitala. Teraz zajęta jest w jakiejś izolatce z praktykantem – jak na każdej nocce, o czym wiedzieli wszyscy oprócz jej debilnego męża posterunkowego. Pani Grażynka po prostu lubi młodych, nic w tym złego. Więc dopiero rano bezrobotny syn może liczyć na dychę – po nocnym dyżurze mózg pani Grażynki jest zalany jakimś hormonem co ułatwia wyciąganie od niej kasy.

Ta część opowieści jest najtrudniejsza. Bo okoliczności są na tyle głupie a konsekwencje na tyle przerażające, że zupełnie nie pasują do żadnego ludzkiego życia a co dopiero do życia Patryka.

Trzeba to wszystko opisać w skrócie – bo inaczej będzie zbyt wybujałe i fantastyczne.

Tak więc – Patryk idzie za sklep z zamieram przespania się z Werą -nie czas teraz na wspominanie jego moralnych wątpliwości – więc idzie za sklep w pełnym wzwodzie – dzięki wspomnieniu rozchylającego się szlafroczka pani Grażynki – o tym była mowa gdzieś wyżej w tekście – idzie zdecydowany, czasami się potknie, ale idzie.

W tym samym czasie zza rogu – no może to było parę minut wcześniej – Wera podgląda jak Patryk flirtuje z Ruską. Krew się w niej burzy – nie wie, że gdyby odczekała te parę minut – do momentu teraz, to krew burzyłaby się w niej z innych zgoła powodów.  

Wera jednak nie udźwignęła tych paru minut. W furii szybkim krokiem – na tyle na ile pozwalały jej koturny udała się do Miejscowego bez imienia, słynącego ze swojego debilizmu i ciągłego braku kasy. Obiecała mu pięć dych za załatwienie Wróblowej i zatarcie śladów. Miejscowy debil – nie różniący się od innych, którzy podobnie jak on pochodzili z środowisk patologicznych- zgodził się na interes, nie rozumiejąc czemu jego pięćdziesiątka jest przedarta na pół. No ale do Wróblowej i tak pójdzie, bo już wcześniej się do niej wybierał, na bimber oczywiście.

U Wróblowej jak to u niej jest – po chwili doszło do szarpaniny – zawsze się szarpali – niezależnie kto tam był, zawsze się szarpali. Bimber piło się z butelki i zawsze to była kwestia czasu, kiedy ktoś zauważy, że inni biorą większe łyki niż pozostali. Nawet gdyby ktoś rozsądny chciał wytłumaczyć, że pod wpływem bimbru zaburza się percepcja i niekoniecznie czas i przestrzeń są takie jak się wydaje współbiesiadnikom – to i tak awantura zawsze się wykreuje.

Tamtej nocy Wróblowa miała pecha a Miejscowy bez imienia fart.

Są bowiem takie miejsca na ziemi, gdzie grawitacja się zakrzywia i zapominając o swojej ziemskiej powinności – może pod wpływem oparów ukraińskiego bimbru – doznaje chwilowego zawieszenia. A kiedy ona się zawiesza to i wszystko inne wraz z nią – a szczególnie noże kuchenne. Takim miejscem jest Węgielna w małym miasteczku gdzieś w Polsce. I właśnie to było przyczyną fartu Miejscowego, który zarobił połowę kasy – no bo tyle tylko miał w kieszeni. Nóż kuchenny niczym w jakimś starym filmie nagle się uniósł potem opadł i wbił się w udo Wróblowej, dosięgając jej tętnicy. Burdel się zrobił jak w rzeźni. Ostatkiem sił jeszcze Wróblowa chciała sobie pomóc wyciągając narzędzie zbrodni czym przyspieszyła upływ krwi – która według pamięci Miejscowego opowiadającego później, po długich latach, kiedy już Patryk wyszedł na wolność – miała jakiś żółty kolor. Miejscowy był daltonistą dlatego też sprzedał Patryka za połowę dwóch dych- nie pięciu- bo nie rozpoznał koloru banknotu. A że go sprzedał no to wiadomo przecież nie od dziś.

No bo tak – Wróblowa zeszła – pierwszy fart Miejscowego, który miał spowodować, żeby zeszła – tyle, że potem zapomniał kto mu zlecił te robotę i chodził struty przez dwa dni. Czuł przecież że ma połowę kasy, ale przez jej podarcie nie może jej wydać – co zrobić z dwudziestoma pięcioma złotymi zamkniętymi w połowie banknotu pięćdziesięciozłotowego? Ale tutaj pojawia się drugi fart – posterunkowy wracając z Węgielnej, gdzie dokonywał oględzin miejsca zbrodni, potknął się o Miejscowego na klatce w okolicach zejścia do piwnicy. Nie wiadomo po co posterunkowy szedł do piwnicy, skoro miejsce zbrodni było na pierwszym piętrze budynku. Możemy się jedynie domyślać, że chodziło o roboto godziny do raportu. Tak więc natknął się na niego posterunkowy i od razu pod wpływem nienawiści do Patryka zaproponował Miejscowemu debilowi pięćdziesiąt złotych za zeznanie, że widział, jak syn dokonuje zbrodni na matce. Miejscowy przystał na propozycje, jednak znowu coś poszło nie tak, bo po raz kolejny dostał tylko połowę banknotu. Tak czy siak Miejscowy kapusiem nie był, ale wykombinował, że jeżeli już teraz dostanie połowę kasy to sklei ją i będzie miał całość.

Jak pomyślał tak zrobił, jednak w sklepie okazało się, że połówki do siebie nie pasują – wbrew temu co można sądzić o wątpliwej moralności posterunkowego, naprawdę dał Miejscowemu połowę pięćdziesiątki, a ona nie pasowała do połowy dwudziestki.

Tak więc ze względu na rozpacz trzęsącą jego ciałem wchodzącym bezwiednie w proces detoksu – Miejscowy na procesie opisał bardzo trzeźwo – co już powinno podważyć wiarygodność świadka, który trzeźwy nigdy w swoim życiu nie był, więc nie wie co mówi – tak więc opisał Patryka wbijającego nóż w udo matki.

Ot i cała historia. W skrócie, ale konkretnie.

Istnieje jeszcze mały dramat – w postaci zawiedzionych doznań erotycznych Wery, która w końcu się Patrykowi przyznała do swoich czynów.

Reakcja Patryka wynikająca z całej sytuacji nie zaskoczy nikogo -w ogóle nie było reakcji.

Dziś Patryk już dawno wyszedł z więźnia. Instytucje niczego go nie nauczyły. Czasami pozwoli nawet Werze sobie obciągnąć – bo seks już dawno przestał być dla niego sprawą honoru. Teraz jego honorem jest rodząca się w nim potrzeba posiadania własnej rodziny. Posiadanie własnych dzieci wydaje mu się teraz takie cholernie ważne, bo wie, co trzeba im mówić, żeby łatwiej im się żyło – chociaż przecież wiadomo, że z patologii się nie wychodzi ona jest jak bielactwo -zaczyna się od małej plamy a potem ogarnia całą skórę. To jednak go nie powstrzymuje – jest uparty i wie, że skoro pływasz w szambie to lepiej żebyś się nauczył wstrzymywać powietrze na dłużej niż przeciętny człowiek.

Nie będzie końca tej historii, bo to nie jest historia. Dlatego, że nie ma końca nie jest też opowieścią, a nie jest opowieścią, bo nie ma końca. Przecież to takie proste. Jeszcze tylko zdjęcie – tak znam tego chłopaka, widziałam jak wczoraj kupował nowe buty – nowe buty na nowy początek.

 

 

3 myśli na temat “Przyciasne buty Patryka

  1. Tym razem nie odnajduję tu siebie, ale to chyba dobrze😁 chociaż …jest jeden fragment…nie ujawnię który…😉
    Wiesz, Sis, jak zaczęłam czytać pomyślałam, że to jakiś kryminał będzie…a tu jednak głównie cudze rozważania, próba zrozumienia mechanizmów i w sumie sposobu myślenia „patologii”. Dużą wagę przywiązałaś napięciu seksualnemu, popędom? Zdaje się, że coś podobnego robił ojciec psychoanalizy😉 …
    Dziwne, że czytając o tym ciągłym miotaniu się bohaterów, wynikłym z frustracji, ja jakoś nie czuję niesmaku, nawet wobec tego ciągłego podniesienia tego tam policjanta 😁 tylko olbrzymie politowanie dla nich..interesujące profile psychologiczne🤔 i nie wyglądają na fikcyjne…

    Odbieram tekst, a jedyne kolory jakie dostrzegam to barwa sztucznych rzęs, krwi i banknotów… dziś ewidentnie oglądam czarno-biały film czytając Twój tekst.

    (Niech Cię to nie dziwi, sny również miewam czarno-białe…trochę nad tym myślałam i doszłam do wniosku, że tak mój mózg widzi trudniejsze emocje🙂, kontrast uspokaja i łatwiej je identyfikować, a może też tak masz?)

    Saluti:))

    Pst.nowe buty to dobra decyzja.😉

    Polubienie

    1. Dzień dobry. Nie odnajdujesz siebie w moim tekście- cholera coś poszło nie tak🤣.
      No ale tak na serio- to chyba pierwsza świadoma próba z mojej strony zmierzenia się z czymś co pozornie wydaje się takie oczywiste. Trochę zabiegów erotyczno- obleśnych miało na celu zbudowanie atmosfery. Poza tym nowa stylistyka to zawsze jakieś wyzwanie. Dziękuję za komentarz i aktywny udział w mojej twórczości.
      Ps. Pochlebia mi że dzielisz się ze mną autoanalizą snów. Buziole

      Polubienie

      1. Myślałam, że może też miewasz czarno-białe…
        Zauważam, że próbujesz różnych tematów w pisaniu, nie boisz się trudnych i to jest bardzo dobre dla osób piszących. 👍💪
        Ale i tak widać indywidualny styl, u Ciebie są to wątki z mechanizmami, psychologiczne kąski😁 cacy. To jest takie „Twoje”- lubię 🙂
        Tak na marginesie wielu takich Patryków siedzi w więzieniu…
        Prawdziwe. Mam kuzyna, który studiował resocjalizację, krótko rzekł: większość z tych ludzi nigdy już nie powinna wracać do społeczeństwa.
        A wracają…
        Ty dałaś Patrykowi nowe buty…jestem ciekawa, czy to wystarczy by pójść inną drogą…skoro tak po prostu przyjmował „na klatę” wszystko…🙂 No ale Autorka zarządziła, c.d.nie nastąpi🙂 nie domagam się, w domyśle też dam mu szansę?
        Jasne, że będę Cię czytać.😁

        Polubienie

Dodaj komentarz