Jeśli wejdziesz między Szczęście, kracz jak ono

Postanowiłam, że napiszę dzisiaj tego posta, z co najmniej dwóch powodów. I jeszcze z miłości – ale o tym zmilczę – na razie.
Po pierwsze – pisanie odciąga mnie od innych rzeczy, po drugie stęskniłam się za myślami, które układają się pod tekst – tak jakby tekst już istniał i potrzebował pośrednika, żeby zaistnieć. Tak więc – użyj mnie Tekście.
Tekst się wypręża – czuję to w mrowieniu dłoni. Nagle zaczynam dostrzegać obrazy – jeszcze mgliście i chaotycznie zawieszone w przestrzeni. Tak więc z głowy znika mi chłód stóp i niechęć do gotowania obiadu. Znika potrzeba patrzenia na świat własnymi oczami. W czyje oczy zaopatrzy mnie Tekst? Lepiej przedwcześnie nie pytać – jeszcze się obrazi albo speszy bezpośredniością pytań. Moje własne zawstydzenie przysłania obraz gzymsu i wysiadujących na nim kruków. Siadają tam albo chyba stoją? – jak tylko zaczyna mocno wiać. Na gzymsie, na budynku, który stoi naprzeciw mojego okna. Kiedyś myślałam, że chowają się przed wichurą – dziś dostrzegam w nich ekstremalną potrzebę sprawdzania swoich umiejętności. Zupełnie jakby gzyms i wykonywane z niego skoki były testem ich umiejętności latania.
Tekst się uśmiecha, chce być o tych krukach. O tym, jak ich rozwiane pióra pochłaniają nadmorską bryzę, pozwalając jej pieścić ich pneumatyczne kości. Może jeszcze o tym, jak niektóre z nich odgarniają te niesforne pióra z oka gestem Marilyn Monroe.
Tekst może również ogarnąć ukrytą i jawną rywalizację między nimi – bo co rusz któryś zupełnie z dupy podskakuje na skraj gzymsu i leci, oj leci. I tylko w obserwatorze kiełkuje myśl, czy to kruk leci czy wiatr krukiem. Ale jak robi jeden tak i następne – każdy jednak zgodnie ze swoimi preferencjami i poziomem lęku. Niektóre zupełnie ulegle poddają się żywiołowi i dostrzec można jedynie w ich oku takie samo zaskoczenie, które mnie obejmuje za każdym razem, kiedy mówisz, że mnie kochasz. A potem już nie wracają, poleciały gdzieś indziej- może na skraj wiatru?
Inne znowu – te bardziej atletyczne – z determinacją rzucają wyzwanie wiatrowi i tutaj w końcu zaczynam rozumieć sens amerykańskich rodeo – kto dużej usiedzi na wierzgającym byku – w wersji kruczej – kto dużej weźmie w posiadanie dzikość wiatru.
Coś się odkleiło – wyglądam przez okno, na gzymsie jeden kruk, grymas niezadowolenia w holistycznej naturze Tekstu. Wybrałam nie tę drogę myślową. Czuję, że muszę wrócić na rozstaje, w miejsce krzyżowania się dróg ścieżek neuronowych. Rozum zanosi się ze śmiechu – szyderczo śmieje się aż łzy ciekną – wyświetla mi obraz mózgu – teraz dopiero zdaję sobie sprawę z jego rozbawienia. Jasne, generalnie przecież ciągle jestem na rozstaju dróg w moim mózgu – w nim nie ma przecież autostrad, są same pajęczyny, serpentyny czy jakkolwiek by to nazwać.
Tekst mnie ratuje. Trochę przecież to jego wina, więc sam siebie ratuje. Kruki ćwiczą szczęście. A więc teraz o szczęściu. Dziesięć tysięcy godzin i będziesz w nim mistrzem. Kruki o tym wiedzą i ćwiczą. Ćwiczą w ekstremalnych warunkach- może liczą na bonus, albo skrócenie wyroku? Dziesięć tysięcy godzin to nawet dla mnie jest osiągalne i chyba nie muszę w wichurę stawać na gzymsie gdzieś pod niebiosami, narażając stabilność fryzury i poglądów?
Myślę Tekstem – nie bardzo mi to wychodzi. Tekst się uparł. Trzeba go przechytrzyć – zagrajmy w słowne warcaby – ja i ty – ty i kruki. A ten ukryty sprawca zamieszania? Północny, cyniczny wiatr? Co z nim? On pojawi się w ostatnim akcie, żeby wystrzelić.
Światłość zalewa mi serce – a tak, czuję miłość – ogólną miłość i jej odmianę – bardzo precyzyjną, ukierunkowaną niczym promień lasera. Czerwona wiązka światła za którą tak szaleją koty. Koty wiedzą wszystko.
Odwracam głowę do wczoraj – Tekst się obrusza – po co? Więc patrzę w jutro – taka sama reakcja.
Wystawiam głowę przez okno – patrzę i widzę, jak moje myśli, jedna po drugiej wylatują mi z głowy, wiatr je porywa, nawet trochę brutalnie je rozszarpuje na strzępy. W pierwszym obronnym odruchu chce je złapać, posklejać, wsadzić z powrotem do głowy. Wracajcie, jesteście moje, co ja bez was pocznę? Najpierw się rozryczę pewnie. Tak, to pewne.
Tekst się uśmiech. Ja też. Już wiem, że ćwiczyłam szczęście. Od zawsze, od kiedy się urodziłam. Może mam już za sobą jakieś 112 minut, a może i więcej a może i mniej. Tak czy siak, każda godzina zbliża mnie do mistrzostwa. Wiatr nie pojawi się w ostatnim akcie by spointować dramat. Wiatr jest w Tekście od pierwszego słowa. Zobacz, poczuj, rozłóż skrzydła i leć.

2 myśli na temat “Jeśli wejdziesz między Szczęście, kracz jak ono

  1. „trafiając w tekst”

    zamiast tytułu nadam mu gwiazdki

    bo dziś będzie o niczym

    wszystkim

    rozłożyste palce chwytają znaki

    miękko układają

    w tekstury podskrzydłe

    próbuję

    i nie mam im żalu – nie wszystkim przecież pisane zostać białymi krukami

    i nic mnie nie dziwi – jednako pełne dzioby nie czekają 

    ludzkiego pierwiastka 

    wymowy

    oddając piórom naturę

    komu? (z tym moim szczęściem!)

    światło przyciąga nie tylko 

    będących w locie

    czuję – kryterium liczy się w krokach –

    dopóki chodzę

    zawieje zdają się

    niedościgłe

    lecz nawet będąc pod cudzym – czyn rywalizujący posłowiem?

    sięgam w uśmiechy 

    ćwicząc

    za w ł a s n e

    racje

    uniesień

    … 🤔Czy i tak można…?

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do niekoniecznienierozwojowo Anuluj pisanie odpowiedzi