Od czegoś trzeba zacząć. Najlepiej rozłupać czaszkę i zobaczyć jak tam się to wszystko poukładało. Zabieg wymagający, być może sterylnych warunków, ale kogo w tych czasach stać na sterylność. Poza tym, nie bądźmy tacy delikatni – tak sobie mówię, przykładając młotek do czoła. Ręka opada zemdlona – w ostatniej chwili dociera do mnie wrzask jelit – Tylko nie czoło – rozwalisz się w pionie!
Wstrzymuję więc zabieg- staram się myśleć, ale głowa jakaś sparaliżowana – może obecność młotka ją wyprowadził z równowagi? Wstrzymana akcja nie zwalnia tempa wirującej planety – skąd nagle wzięły się te helikoptery pod powiekami? Aż kusi, żeby zajrzeć w źrenicę, chociaż wiadomo, że raczej w wątrobę by trzeba.
Wracam po chwili – nie wiem skąd, ale czuję to wracanie, jak mnie ściąga do poziomu młotka – przecież cel był inny i ciągle czeka na wyrażenie swojego potencjału – uderzam na oślep – najpierw w ścianę, by sprawdzić pewność uderzenia. Pewność jest – skutki mało estetyczne – pęknięcie dźwiękiem przypominające pierdnięcie – mało poetyckie, rozbawiające nawet.
A przecież się mówi, że trzeba próbować – mnie to trochę zniesmaczyło, choć z perspektywy sumienia, nic się nie stało. Sumienie się tylko sfochowało – aj bez przesady.
– Trzeba walić w potylicę – wtedy odzyska się jasność widzenia, poprzez zamglenie.
Ktoś przekazuje mi instrukcję- krok po kroku na kolanach – obrazując w ten sposób skutek uderzenia. Kuszące – tak raz w życiu zostać i leżeć – bez metafory.
Nie wiem co robić – spoglądam w prawo, potem w lewo, potem na pobladłe kłykcie- dłoń znudzona już badaniem kształtu młotka – niech się w końcu coś stanie – porządne pierdolnięcie i sprawa się zacznie.
No ale jak uderzyć, by doświadczyć zachwytu – w którym punkcie? z jaką szybkością? Pytania się namnażają, a wiejskie jajka w lodówce za chwilę wykiełkują nie doczekawszy się śniadania – czyżby żołądek miał dziś wygrać? Nie, żarcie mnie nie rozproszy – muszę zobaczyć, ba dotknąć, ba zemdleć pod wpływem tej feerii percepcji zmysłowej – chcę w końcu wyciągnąć z mózgu tę patchworkową kołdrę, którą tradycyjnie szyją w Ameryce kobiety by przekazać ją młodej mężatce. Każda wkleja kawałek swojego życia, mądrości, rady, zdrady, lęki i radości i bez skrępowania przekazuje ten bagaż dalej – a nich ktoś sobie z tym teraz radzi – taka namacalna forma przekazania traumy. Więc może ja też mam w głowie taką kołdrę – chociaż jestem z Polski więc pewnie ja to raczej mam pierzynę i ona nie jest pięknym kolorowym obrazem, ale zestawem piór wyrywanych z tyłka przerażonym gęsiom.
Im dłużej czekam tym młotek staje się cięższy – walnąć raz i zapomnieć – tak by się czasami chciało. Niech te wszystkie strzygi i wymiociny zatrutego pokarmu, którym karmię się od zarania mojego wieku obryzgają ściany – i tak trzeba w końcu je pomalować.
Sumienie jednak nie pozwala – Sumienie przez duże K – jak kara, jak katolicyzm – tak się to u mnie zaplątało, że to co powinno mi pomagać i czynić szczęśliwą ciągle tylko karze i poniża.
Ono w swojej jasności, w roli drogowskazu jest wrzodem na dupie, a powinno być łagodnym i kochającym kucykiem który unosi mnie ponad małostkowość nienawiści, zazdrości i chęci przypieprzenia sobie młotkiem w głowę.
Sumienie nie jest wcale miłe – a powinno, skoro ma do czynienia ze złamanym człowiekiem. Nie kopie się przecież leżącego, serio? Jak już kopać to tylko tych niżej, tych na wysokości stopy, żeby się nie zmęczyć.
Sprawy toczą się swoim biegiem – nagle czaszka i jej abstrakcyjne zasoby warte miliony, schodzi poniżej pasa – poniżej nawet poziomu morza.
Nie chcę już jej otwierać – teraz będę operować sumienie – bez znieczulenia oczywiście – a niech będzie przytomne, poczuje zdrętwienie, i gęsią skórkę – no tak, ono też z Polski.
Operacja będzie krótka – precyzyjna i doskonała – zabieg się udał, pacjent niestety nie przeżył.
Uśmiecham się do wątroby – będziesz następna.
Ostatnie znieczulenie niemal mnie zabiło.
Wzywano do mnie pogotowie. Także zdecydowanie czasem lepiej bez znieczulenia😉 potwierdzam.
Oj sumienie wie co robi. Zawsze wie, jeśli karze to zasłużenie. Jest nasze w pełni. Kucyki też bywają aleeee na takie odczucia uniesienia trzeba zasłużyć.😉 Niezwykle spodobał mi się fragment z kopaniem😁 „Jak już kopać to tylko tych niżej, tych na wysokości stopy, żeby się nie zmęczyć”Okrutne😁😁😎 Ależ okruuutne. Kurdę, aż się wrednie uśmiecham.
„Od kop”
wciąż wciskają przed źrenice
powiększ
ten potencjał
a mnie żółć zalega na wątrobie
upraszam by przestać!
w dłoń wpychają młotek
ten gumowy
tak bezpieczniej
uderz
ściana to nie człowiek
lecz po drugiej stronie co jest? nie wiem!
jak za karę cisną czekam
lecz nie słucham
tych prawideł co bez ładu
nazywają w strzępach
(istna to wygoda)
mówią – popatrz na dół
strzyga!
kopać każą leżącego – a mi kapci szkoda!
biały jednorożec patrzy filuternie
zrozumiałam
nie od razu
czasem samą mnie zadziwia
gdzie bywa sumienie
poczułam aż w piętach!
😁🦄
PolubieniePolubienie
Dzień dobry. Super, że się pojawiłaś. Twoja wytrwałość w komentowaniu moich tekstów jest dla mnie czystą radością. Ps. Rizwalił mnie fragment o piętach- taka wisienka na torcie. Dziękuję i pozdrawiam
PolubieniePolubienie
Nigdy nie wiem co będzie w Twoim kolejnym tekście, jednak gdy dostaję powiadomienie cieszę się, bo wiem, że będzie to coś oryginalnego.😊👍
Wytrwałość powiadasz? Aaach! Rozgryzasz mnie.😉
Z tym kopaniem to musiałam po swojemu, wybacz😉😉 jeśli zaś rozwaliła puenta to rewelacja. Taka była jej rola😁😁😁
Z uśmiechami i niezmiennie z serdecznością pozdrawiam😊❤️
Pst.od dziś szukam kapci z białym jednorożcem.
PolubieniePolubienie